Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
16.11.2014 09:21

Dziewięć kręgów Warszawy (3)

Jeśli chcesz podjąć wędrówkę przez miasto w agonii, weź ze sobą doświadczonego przewodnika – znającego główny trakt, ale także wszystkie boczne dróżki i niewidoczne ścieżki, mnogie odgałęzieni

Jeśli chcesz podjąć wędrówkę przez miasto w agonii, weź ze sobą doświadczonego przewodnika – znającego główny trakt, ale także wszystkie boczne dróżki i niewidoczne ścieżki, mnogie odgałęzienia, skrzyżowania i zaułki. W mieście, które umiera, łatwo się zgubić, bo to, co jeszcze kilka dni wcześniej było zrozumiałe i oswojone, staje się obce i niepojęte.

Wergiliuszem niech ci będzie ten, kto tkwiąc tu od tygodni, posiadł wiedzę, jakiej ty nigdy nie zdobędziesz. Słuchaj jego poleceń, wykonuj wszystko zgodnie z instrukcjami. Chcesz przeżyć? Przemykaj pod ścianami, zapadaj w szczeliny w murach i zagłębienia w ziemi. Tam nie dosięgnie cię bomba, pocisk ni granat. Albo, jeśli trzeba, maszeruj samym środkiem ulicy, w gryzącym dymie, w spiekocie pożaru trawiącego piętro po piętrze, dom po domu.
Idź, by poznać i nie zapomnieć.

Krąg siódmy

Szepty. Usta powtarzające to, co zasłyszane. Uszy rejestrujące dźwięk. Postaci ludzkie – w kolejkach przed sklepami, na szpitalnych łóżkach; rodziny skupione w kątach piwnic; sąsiedzi tłoczący się w bramie, z niepokojem wyglądający na ulicę. Mowa, ludzka mowa. Chór miliona głosów, wznoszący się i opadający. Podobno. To pewne. Tak mówią. Nie ma wątpliwości. Nareszcie! Nie mogło być inaczej!

Najpierw: tłumy wiwatujące przed ambasadą Wielkiej Brytanii i ambasadą Francji. Flagi i śpiew. Marsylianka i Warszawianka. Do walki, ludu, stań! Mąż z mężem, z bronią broń... Jeszcze nie zginęła! Radio relacjonuje: „Na balkonie ambasady ukazali się członkowie ambasady angielskiej. Powiewają rękami, chusteczkami, uśmiechają się do zebranych tłumów. Pozdrawiają bratni naród polski i bratni naród polski pozdrawia sojuszników i przyjaciół Anglików.

Niech żyją Anglicy! Niech żyje Wielka Brytania! Połączeni zwyciężymy wroga! Zwyciężymy!!! W tej chwili przejeżdża Nowym Światem auto ciężarowe wypełnione naszymi dzielnymi żołnierzami. Ludzie wznoszą ręce. Entuzjazm. Łapią ich za ramiona […]. Niech żyje nasza armia kochana! Niech żyje!!!”. Przemawia minister Beck: „Oba rycerskie narody: Anglia i Polska podały sobie ręce, by ramię przy ramieniu walczyć w obronie wolności. Anglia nie zawiedzie się na Polsce, tak jak i Polska nie zawiedzie się na Anglii. Jeśli ktoś będzie miał rozczarowanie, to na pewno nie my”. Wtóruje mu ambasador brytyjski sir Howard William Kennar: „Chwila, którą przeżywamy, jest historyczna i pełna tragizmu. Zjednoczone siły Waszego kraju i mojego, wraz z siłami Francji, stoją naprzeciw napastnika. Jestem przekonany, że jakiekolwiek byłyby ciężkie koleje wojny, zwycięski pokój uwieńczy nasze wysiłki, sprawiedliwość znów zapanuje. Bądźcie dobrej myśli, wiedząc, że słuszność jest po naszej stronie, walczymy przeciwko tyranii, agresji i prześladowaniu”.

Potem: bombardowania, ostrzał artyleryjski, pierścień wojsk niemieckich zaciskający się wokół Warszawy, w której nie ma już polskiego rządu. Nieznośne pytania bez odpowiedzi. Jak długo mamy czekać? Dlaczego się nie ruszają? O co im chodzi? „Dziwnie samotni czujemy się wśród tego świata, który ze współczuciem obserwuje przebieg wojny w Polsce i czeka, co z tego wyniknie – notuje pułkownik Stanisław Rostworowski 15 września. – Przychodzą pięknie wystylizowane depesze pod adresem prezydenta Warszawy, wyrażające podziw dla rozpoczętej wojny i zachęcające do wytrwania. Odpowiada na nie uprzejmie major Starzyński, ale żołnierz wie, że może liczyć tylko na siebie”.

Ulicami przemykają gazeciarze. „Kurier Poranny!” – krzyczą. – „Kurier Poranny!”. Podchodzisz do chłopca, z prawej kieszeni spodni wyławiasz dziesięć groszy i wciskasz je w małą dłoń. Gazeta składa się z jednej małej kartki. Rzut oka na nagłówki: „Pomyślne wiadomości z frontu”, „Zwycięstwo floty polskiej i angielskiej na Bałtyku”, „Na całym froncie zachodnim trwają walki”. A więc jednak! Dobra nasza! Niedługo potrwa ta wojna. Trzeba wytrwać, jeszcze dzień, dwa, tydzień.

Z ust do ust płynie stugębna plotka. Francja i Anglia uderzyły na Niemcy! Walki na Zachodzie odciągną wojska agresora od Warszawy!

A przecie nic się nie zmienia. Dzień za dniem upływa wśród huku bomb, świstu szrapneli i granatów. Walą się w gruzy kolejne kamienice, ulice pełne są strzaskanych szyb, ludzkie ciała grzebie się w zbiorowych dołach. Brytyjskie radio nadaje komunikat, w którym roi się od wzniosłych słów. „Raz jeszcze przez bohaterskie walki Polska stała się chorążym wolności w Europie”. Dzielnie nieś chorągiew bohaterstwa, ludu stolicy! Maszerujcie, cienie, przez wymarłe ulice, przez place i skwery zmienione w cmentarze! Premier Francji Daladier przesyła wam słowa otuchy i wsparcia: „Odnosimy się z szacunkiem do wszystkich bohaterów. Składamy hołd zmarłym, których krew stworzy urodzajną glebę pod zasiew nowej Polski”.

Siejcie, siewcy, wrzucajcie ziarno w żyzną ziemię ojczystą. Z waszych ciał rozszarpanych, z waszych rąk oderwanych od kadłubów, z waszych głów toczących się Krakowskim Przedmieściem, Miodową i Dunajem, Świętojańską, Bugajem i Boleścią – wyrośnie nowe. Niechybnie wyrośnie.

Krąg ósmy

W przedsionku panuje półmrok. Tłok większy niż podczas pasterki. Przecisnąć się można jedynie z największym trudem. Przed sobą widzisz plecy przewodnika, postępujesz tuż za nim.

Jest 17 dzień września, niedziela. W katedrze Świętego Jana trwa uroczysta msza. Od ołtarza płyną łacińskie zdania. Setki ust powtarzają słowa pieśni. „Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały”. W górze, ponad gwiaździstym sklepieniem, ryk samolotów. Ale przecież tu jesteśmy bezpieczni, w domu Pańskim nie dosięgnie nas żaden pocisk, wojna nie ma wstępu w mury świątyni. Pokój wam wszystkim, bracia i siostry stłoczeni w prezbiterium i w nawach bocznych, pokój wam, zgromadzeni na krużgankach i w kościelnej kruchcie. Bądźcie pozdrowieni wy, którzy zjechaliście do Warszawy ze wschodu i z zachodu, z północy i z południa, którzy porzuciliście domy i z dorobkiem całego życia, samochodami i bryczkami, na wozach i pieszo przywędrowaliście do tego miasta.
Spoglądasz w oczy pogrążonych w modlitwie, zbolałych, wołających o miłosierdzie i pocieszenie. Jest w tym rozmodlonym tłumie jakaś niepochwytna, wewnętrzna siła, jest zjednoczenie w bólu i cierpieniu – w tym miejscu uświęconym wszyscy stanowią jedno ciało. „Domine, non sum dignus ut intres sub tectum meum – wołasz razem z nimi – sed tantum dic verbo, et sanabitur anima mea”.

I wtedy to słyszysz.

Bomba przebija dach świątyni, rozlega się grzmot. Lecz to nie trąba archanielska, wzywająca zmarłych do powstania z grobów. To dom Pański wali się, zmieniony w wielką zbiorową mogiłę. Kamienie chóru miażdżą kobiety, mężczyzn i dzieci. Drewniane bale, gruz i cegły spadają na głowy wygnańców, na barki i plecy tych, co wylegli z piwnic i schronów. W ogniu staje dach katedry. Płacz i krzyk mieszają się ze słowami błagania, żalu i skruchy.

„Przyjdź królestwo Twoje” – powtarzasz machinalnie, krok po kroku zbliżając się do dziury ziejącej nieco poniżej miejsca, gdzie podłoga chóru łączyła się z boczną ścianą. Litościwy mur przykrył większość ciał, mimo to widok, jaki otwiera się przed patrzącym, przyprawia o prędkie bicie serca. Czujesz, jak włosy wstają ci na głowie. Przyjdź królestwo, bo nie mamy już sił. Stajesz bez ruchu i ogarniasz pobojowisko przeciągłym spojrzeniem.

Chcesz przechować ten obraz, by przywołać go przed trybunał przyszłości, który z historii uczyni przestrzeń interpretacji i manipulacji. Sceny, którą oglądasz, nie będzie w podręcznikach wnuków i prawnuków tych, co zrzucili bomby. Zastąpią ją przyczyny i skutki. A także niuanse, roztrząsania i wątpliwości. Nade wszystko zaś: pamięć o własnych cierpieniach, o wypędzeniu i poniewierce. Bo polityka – wiesz to nazbyt dobrze – lubi odcinać przeszłość od teraźniejszości i przyszłości. Albo (to jeszcze bardziej owocne) przykrawać ją zgodnie z własną wizją. Ciach! – nie ma dni, miesięcy i lat. Nie ma ciał, nie ma ruin, nie ma rozdzierającego krzyku Antygony.

„Bądź miłościw nam grzesznym” – szepczesz. Spod rumowiska wystają nogi. Przysypane kurzem, bardziej przypominają nogi manekina niż nogi ludzkie. Gdyby nie purpurowa kałuża krzepnąca krok dalej, pomyślałbyś, że wszystko to jest jakimś kolosalnym złudzeniem, teatrem odgrywanym nazbyt realistycznie, instalacją współczesnego artysty nachalnie apelującą do wyższych uczuć widza.

Na zewnątrz nie widać nieba. Ciemny tuman przykrywa miasto, zamazuje kontury budynków, przemienia rzeczywistość w sen. Ręka natrafia na pryzmę dymiących cegieł. Przecierasz oczy, strzepujesz pył z włosów. Wynoszą ciała. Układają w zaułku, jedne na drugich.

Ktoś kładzie dłoń na twoim ramieniu. Najchętniej zostałbyś tu na zawsze, z opuszczoną głową, w bezruchu, ze słowami modlitwy zamarłymi na ustach – ludzka ruina na ruinie świata.

Wiesz jednak, że wędrówka musi trwać. Czas ruszać dalej.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE