Od Beethovena po Czajkowskiego
W Londynie jak zwykle w kulturze dzieje się wiele ciekawych rzeczy.
Jak powszechnie wiadomo, Londyn niewiele ma wspólnego z resztą Wielkiej Brytanii, a nawet Anglii. Jest to miasto, w którym prawie wszyscy czują się jak u siebie. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w tym mieście, czterdzieści lat temu. Wysiadłem z autokaru na zaśmieconym dworcu Victoria i wbrew logice – kiepsko znałem angielski, w kieszeni miałem dziesięć dolarów, a w perspektywie żadnej pracy – poczułem się bezpieczny i szczęśliwy. Dworzec wypełniony był kolorowym tłumem, wszędzie jaśniały reklamy i pachniało nieznanym mi wówczas jedzeniem orientalnym. Dziesięć dolarów to wówczas cztery funty, a więc prawie dniówka na budowie. Wymieniłem pieniądze i za piętnaście pensów zjadłem bajecznie smakujący baton, popijając go zimną colą. I ruszyłem w Londyn! Cóż to było za miasto... Po pierwsze niezwykle rozległe.
W porównaniu z takim Paryżem – który można przejść wzdłuż i wszerz w jeden dzień – niezmierzone. Po drugie, niezwykle przyjazne. Wystarczy stanąć na chodniku i bezradnie rozejrzeć się wokół. Za chwilę znajdzie się ktoś, kto zapyta, jak mógłby nam pomóc. Najczęściej powtarzanymi słowami są: „przepraszam” i „dziękuję”. W pubie każdy rozmawia z każdym.
Autoportret a
I przez ten czas, czyli czterdzieści lat, to się nie zmieniło. Nadal istnieją puby w centrum miasta, w których spotykają się japiszony, a w dzielnicach wokół City w swoim gronie popijają piwo robotnicy. Jeśli coś się zmieniło, to przede wszystkim ceny. W 1974 r. za jednego funta mogłem zjeść obiad w restauracji, za niecałe cztery jeździć metrem cały tydzień. Teraz jedno i drugie to wydatek minimum trzydziestu funtów. Choć np. na targu sześć owoców awokado lub dwa ananasy można kupić za funta, czyli pięć złotych. Do wszystkich muzeów i galerii wstęp jest darmowy, lecz za wystawy czasowe trzeba słono płacić. Tak jest z wystawą „Rembrandt – The late works”. 91 prac, w większości obrazów olejnych, zostało stworzonych w czasie ostatnich kilkunastu lat życia genialnego holenderskiego artysty. Największe wrażenie robią portrety. Każdy z nich to skończone arcydzieło, można przyglądać się im bez końca. I warto, bo nawet ci, którzy byli w Amsterdamie nie widzieli prac, które są wypożyczone z kolekcji ze Szwecji, Niemiec, Francji, Stanów, Kanady czy Australii. Ostatni autoportret malarza, stworzony w roku jego śmierci, pozostaje w pamięci na zawsze.
Beethoven nad Tamizą
I najważniejsze. Wizyta w Royal Festival Hall to zawsze spore wydarzenie. Tym razem Londyńscy Filharmonicy pod batutą fińskiego dyrygenta Jukka-Pekka Saraste w wypełnionej do ostatniego miejsca prawie dwuipółtysięcznej sali wykonali Koncert potrójny C-dur Beethovena. Solistami byli – pianistka Maria Joao Pires, francuski skrzypek Augustin Dumay i brazylijski wiolonczelista Antonio Meneses. To nie było niepowtarzalne wydarzenie, ale świetne muzykowanie doskonałych instrumentalistów. Znakomicie zagrano też V Symfonię Czajkowskiego, a także Preludium do I aktu Wagnerowskiego „Lohengrina”.
W tym czasie w Warszawie wystąpiła po raz pierwszy w historii Chicago Symphony Orchestra. To zespół należący do tzw. wielkiej piątki amerykańskich orkiestr symfonicznych, obok nowojorczyków, filadelfijczyków, bostończyków i clevelandczyków. Opromienieni sławą wielkich kapelmistrzów, którzy nimi kierowali – Arturem Rodzińskim, Rafaelem Kubelikiem, Fritzem Rainerem i Georgiem Soltim – uznawani są nadal za jedną z najlepszych orkiestr na świecie. Pod batutą Riccardo Mutiego symfonicy chicagowscy wykonali „Koncert gotycki” Andrzeja Panufnika, suitę z baletu „Ognisty ptak” Igora Strawińskiego i III Symfonię Esdur „Reńską” Roberta Schumanna. A jak grali? Moi przyjaciele, którzy zawodowo zajmują się muzyką, stwierdzili, że była to najlepsza orkiestra, jaką kiedykolwiek słyszeli. Wspaniałe, ciemne brzmienie smyczków, precyzja blachy. Pełna doskonałość. Nie mogę darować sobie swojej nieobecności. Jedynym pocieszeniem jest przyjazd za dwa tygodnie berlińczyków i ich koncert w Filharmonii Narodowej.
Pustki na widowni
Tymczasem w radiowym Studiu im. Witolda Lutosławskiego odbył się bardzo interesujący polsko-amerykański tryptyk z okazji wspólnego jubileuszu 70-lecia Związku Kompozytorów Polskich i 90. Rocznicy urodzin Andrzeja Markowskiego, znakomitego kompozytora, dyrygenta, twórcy Wratislavii Cantans. Byłem w poniedziałek na ostatnim koncercie. Przy prawie pustej sali orkiestra Sinfonia Iuventus pod dyrekcją amerykańskiego dyrygenta Kennetha Slovika wykonała „Uwerturę”, utwór Grażyny Bacewicz z czasów okupacji oraz dzieła kompozytorów amerykańskich – Charlesa Ivesa, Lowella Liebermanna i Aarona Coplanda oraz Igora Strawińskiego. Świetnie wypadła w koncercie na flet i orkiestrę Liebermanna Jadwiga Kotnowska, nasza najlepsza flecistka. Przedziwna sprawa. Niezwykle interesujący, oryginalny program, bardzo dobra orkiestra... i niewielka, świecąca pustką sala z przypadkowymi, klaszczącymi gdy nie należy słuchaczami.
Na koniec wspomnę o jednym z czterech spektakli „Kupca weneckiego” Andrzeja Czajkowskiego w Teatrze Wielkim. Wiedziałem, że łatwo nie będzie. Wyszedłem, wykorzystując pierwszą nadarzającą się okazję. Mimo interesującej scenografii i dobrych śpiewaków. Nie miałem wyboru. Dla mnie to było nie do zniesienia...