Dziewięć kręgów Warszawy (1)
Jeśli chcesz podjąć wędrówkę przez miasto w agonii, weź ze sobą doświadczonego przewodnika – znającego główny trakt, ale także wszystkie boczne dróżki i niewidoczne ścieżki, mnogie odgałęzieni
W miejscu, gdzie każdego popołudnia tłum czekał na tramwaj, zieje lej po bombie głęboki na kilka metrów. Bank nie przyjmuje interesantów, a szpital pacjentów. Wszędzie leżą ciała z groteskowo wykręconymi kończynami, obnażone, wydane na pastwę powietrza i ognia.
Wergiliuszem niech ci będzie ten, kto tkwiąc tu od tygodni, posiadł wiedzę, jakiej ty nigdy nie zdobędziesz. Słuchaj jego poleceń, wykonuj wszystko zgodnie z instrukcjami. Chcesz przeżyć? Przemykaj pod ścianami, zapadaj w szczeliny w murach i zagłębienia w ziemi. Tam nie dosięgnie cię bomba, pocisk ni granat. Albo, jeśli trzeba, maszeruj samym środkiem ulicy, w gryzącym dymie, w spiekocie pożaru trawiącego piętro po piętrze, dom po domu.
Idź, by poznać i nie zapomnieć.
Krąg pierwszy
Ciemność. Wzrok jest bezużyteczny, bo obowiązuje tu całkowity zakaz używania świateł. Szum motorów, od czasu do czasu klakson, stukot końskich kopyt i turkot drewnianych kół. A jeszcze niepowstrzymany, wszechogarniający szmer ciał w ruchu, stukot obcasów. Nawoływania i płacz.
To przesuwają się ludzie, zwierzęta i pojazdy. Leniwy nurt porywa głowy, kadłuby, ręce i nogi. Kiedy wytężysz wzrok, ujrzysz zarysy postaci, dłoń wynurzającą się z odmętu, błysk oka, które wychynęło z głębiny. Nie wiedziałeś, że śmierć zabrała tak wielu? Przecież nie mogą być żywe – te żałosne cienie, ludzie bez ziemi, maszerujący z zachodu na wschód, z północy na południe. Dokąd wędrują? – pytasz przewodnika. I słyszysz odpowiedź: do domu, którego nie ma.
Ciemność jest dobra, na początek. Człowiek przyzwyczaja się do myśli, że świat przestał być realny, że nie można go ujrzeć, a nawet dotknąć. Jest tylko ten ruch ciał pozbawionych materialności, monotonia posuwania się naprzód noga za nogą, monotonia kroków i przystawania, kiedy na drodze wyrośnie przeszkoda, którą trzeba usunąć, by ludzka rzeka mogła płynąć dalej, w głąb mroku. Maszerując przez ciemność, zaczynasz wątpić w swoje przeszłe życie; zadajesz sobie pytanie, co było prawdą, a co złudzeniem. Może wszystko, co brałeś za rzeczywistość – osoby, miejsca, krajobrazy, przedmioty – może wszystko to tylko ci się przyśniło, a teraz właśnie się obudziłeś, powróciłeś do siebie? Może tym właśnie jesteś – cieniem znikliwym, niewidocznym, cząstką czerni zabłąkaną w mroku, ćmą wyciętą z ciemności?
Z „Dziennika obrońcy Warszawy” Zdzisława Żórawskiego (zapisek z 9 września): „Śródmieście, zatłoczone chłopskimi wozami, kierującymi się nieprzerwanym sznurem do mostów na Wiśle. [...] z długimi szeregami chłopskich wozów [...] mieszają się staroświeckie landary folwarczne, powyciągane z zapadłych kątów prowincji, eleganckie powoziki, i gdzieniegdzie nawet samochód, ciągnięty przez konie, by zaoszczędzić benzynę”. I dalej, to samo źródło: „Tłumy uciekinierów szły bez końca. Nadchodzący wieczór nie przerwał ich wędrówki, i długo jeszcze potem, gdy ulice Warszawy pokryły się mrokiem, ani na chwilę nie rozjaśnionym błyskiem latarni, od wielu dni już niezapalonych w mieście, rozlegał się [...] przyciszony gwar ludzkich głosów, które nawet tu, w sercu kraju, bały się podnieść, jakby w obawie, żeby nie ściągnąć na siebie wroga”.
Krąg drugi
Najpierw się burzy, potem pali. Strzaskane szafy, podarte zasłony, stoły, krzesła, tapety, płaszcze i sukienki, firanki i obrusy zajmują się ogniem. Płomień jest żarłoczny, skacze po ścianach, wstępuje na sufity i podłogi. Zagarnia salony i kuchnie, łazienki i drewniane wygódki w podwórzu. Wszystko mu jedno, byle mógł się rozprzestrzeniać. Mieszkania, klatki schodowe, poddasza i stryszki, komórki i piwnice – wszędzie wtargnie. Żadne drzwi nie będą stanowiły dla niego zapory, sforsuje wszystkie zamki. Będzie się przechadzał po pomieszczeniach, przeskakiwał z budynku na budynek. Spójrz na to morze ognia, na widowisko z płomieni, żaru i gorącego powietrza. Zanurz rękę w popiele, który nie stygnie.
Nie Wisła, lecz Flegeton, Strumień Ognisty, płynie przez Warszawę. Na nic zaciemnienie – płonie milion ognisk. Halina Regulska notuje: „Pod nami rozpościera się wymarłe miasto. Okaleczałe pociskami domy zieją pustką. Łuny pożarów czerwonym blaskiem oświetlają to tragiczne cmentarzysko. Pali się Czerniaków, Saska Kępa, Grochów, Praga. Czarny horyzont […] w regularnych odstępach czasu i w określonych punktach rozświetla się błyskami. […] Pociski rwą się, wyrzucając słupy ognia. […] W powietrze wytryskują różnokolorowe rakiety. Rysują na niebie ognistą linię, po czym zamieniają się w świecącą kulę, która majestatycznie spływa na ziemię, by oświetlić nasze lub nieprzyjacielskie pozycje”. Podobne wspomnienie znajdujemy w zapiskach Stanisława Rostworowskiego: „Zapadł mrok, jakiś dziwnie wczesny. Wyszliśmy ze sztabu [na Pradze] do portu na Wiśle. Warszawa, ta kochana Warszawa jaśniała jak pochodnia. W kłębach dymu, w podmuchach nagłych czarnych chmur, w trzasku aż tu słyszanym przepalonych murów – płonęła Warszawa. Królewski Zamek palił się jasnym ogniem. […] Powoli, w miarę zapadającej nocy, rozszerzała się po niebie nad stolicą Polski coraz czerwieńsza, coraz bardziej krwawa łuna. Zabarwiła się od niej Wisła i tak wśród dwóch łun na chmurach i na wodzie gorzał stary Zamek. Ludzie stali na Pradze, patrząc w ciszy na ogień, który niszczył naszą dumę, nasze narodowe pamiątki, nasze dzieła sztuki, polski dorobek i pracę pokoleń...”.
Nie ma ucieczki z morza ognia, chyba że przez któryś z ostrzeliwanych przez artylerię i bombardowanych przez samoloty, podziurawionych mostów. Znajdują się szaleńcy, którzy próbują pokonać je pieszo – ich trupy zalegają jezdnie i chodniki. Czasem samochód z dowództwa pędzi setką przez most Poniatowskiego lub most Kierbedzia (na jego środku, przed kratą z wąskim otworem, trzeba gwałtownie zwolnić) – ściga go gwizd pocisków i rechot detonacji.
Krąg trzeci
Życie chroni się w podziemiach, w piwnicach i na niższych piętrach domów. Ludzie znoszą z góry wszystko, co nadaje się do zniesienia i co może się pomieścić w ciasnych klitkach miejskich katakumb: materace, koce, poduszki, lampy naftowe i świece. Czasem z cegieł z odzysku (ulice są ich pełne) ktoś bardziej pomysłowy wymuruje niewielki piec, by w piwnicznej namiastce mieszkania możliwe było choćby podgrzanie wody. Są oczywiste problemy z dbaniem o higienę – przez wiele dni śpi się i chodzi w tym samym ubraniu i obuwiu. Jeśli kamienica stoi, można zaryzykować wycieczkę w górę, można w opuszczonej łazience naprędce nalewać wodę do wanny, pośpiesznie zdejmować ubranie (co jednak, jeśli w trakcie trwania ablucji zawyją alarmowe syreny i da się słyszeć grzmot silników, jeśli w pobliżu zaczną padać i wybuchać bomby?). Później, kiedy Niemcy zbombardują miejskie filtry wody, i to okaże się niemożliwe. Ludzie jaskiniowi zostaną z tym, co zdążyli zgromadzić – z szaflikami i garnkami, z których będzie się skrupulatnie wydzielać po kwaterce, po pół kwaterki na głowę.
Tadeusz Tomaszewski, szef sztabu Obrony Warszawy: „Oto gdzieś z piwnicy wychodzi wysoki w pięknym futrze pan, jakiś inżynier, bankowiec, może profesor, Bóg raczy go znać. Uciekł z Żoliborza wraz z trojgiem dzieci i ukrywa się w jakiejś piwnicy od paru dni na gołej ziemi. Dzieci – sam drobiazg, żona wraz z matką zgubiły się gdzieś po drodze. I oto człowiek ten przechodzi nieśmiało ulicę, podchodzi do mnie i chce mi coś powiedzieć, cofa się, czuję, że ma jakąś prośbę czy tajemnicę, ogarnia go jednak lęk czy wstyd i chce odejść, przeprasza, a ma przy tym taki błagalny wyraz oczu, że mnie aż uderza, więc mówię mu: mów pan śmiało, o co chodzi, bądź pan mężczyzną. Wydusza wreszcie z gardła to słowo, którego się wstydził: »Chleba, kawałek chleba dla dzieci«. I opowiada w paru słowach swoją gehennę”. Uciekinierzy, niemający żadnego kąta w Warszawie, samowolnie zasiedlają podziemia tych domów, które nie są jeszcze zniszczone. Wacław Lipiński, odpowiedzialny za stołeczną informację i propagandę, wspomina swoją wizytę w kamienicy przy Szucha 16, wypełnionej uchodźcami i pogorzelcami – dom „jest pełen obcych rodzin z dziećmi, pozajmowano piwnice, mieszka się tam, śpi, załatwia wszystkie potrzeby, smród i brud”.
Regulska sugestywnie przedstawia sytuację ludzi zamkniętych w piwnicy w trakcie trwania dywanowego nalotu: „Samoloty niemieckie wyją, pikują i zniżają się prawie do naszych dachów. Zarzucają nas bombami. W piwnicach i schronie ludzie jak spłoszone ptaki zbili się w gromadki. Przy każdym pikowaniu chowają odruchowo głowy w ramiona”. Od niskiego sklepienia odbijają się wypowiadane drżącymi głosami słowa modlitwy: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas, Panie! ”. Wszyscy spodziewają się uderzenia bomby, które tym razem rzeczywiście następuje: „Ogłusza nas wybuch, którego nie słyszymy. Ogień rozświetla na moment wnętrze piwnicy. Pęd powietrza porywa nas i rzuca gdzie popadnie. […] W koło rumor walących się ścian, brzęk sypiącego się szkła, chmura pyłu. Dom od góry zaczyna się walić. Ściany, belki, stropy pękają, a łoskot walących się murów złowrogo zbliża się do naszych głów”. Na szczęście strop piwnicy wytrzyma. „Jesteśmy jak w grobie” – napisze autorka „Dziennika z oblężonej Warszawy”.