Ćwiczenia z arytmetyki (1)
Julien Bryan, jedyny zagraniczny korespondent, który rejestrował na światłoczułej taśmie sceny z oblężonej Warszawy, w komentarzu do swoich fotografii przedstawił dwa przykładowe zadania arytm
W pierwszym z nich pytał o liczbę „samolotów, z których każdy przenosi trzy bomby i wykonuje po dwa, trzy loty dziennie”, potrzebnych do zniszczenia „tysiąca wsi i miast w kraju wroga”. Drugie z zadań mogłoby, zdaniem amerykańskiego reportera, brzmieć następująco: „Jeżeli w polskim mieście znajduje się dziesięć tysięcy cywilów i pięciuset żołnierzy broniących miasta, a niemieccy lotnicy zrzucą sto bomb, z których każda zabije pięciu ludzi i jeżeli bomby te będą zrzucane losowo na całe miasto, zabijając w takiej samej proporcji cywilów co żołnierzy, ilu będzie martwych, kiedy niemieccy piloci powrócą do swojej bazy?”. Bryan obliczył wynik: „czterysta siedemdziesięciu pięciu cywilów, w tym pięćdziesięcioro dzieci, i zaledwie dwudziestu pięciu żołnierzy”.
Na służbie
W polskiej stolicy, bombardowanej i ostrzeliwanej przez artylerię, każdego dnia ginęli ludzie. W późnej fazie oblężenia grzebano ich tam, gdzie ponieśli śmierć, lub w najbliższej okolicy – na miejskich placach i skwerach, potem także w lejach utworzonych przez wybuch bomby, które zasypywano ziemią. Inni, trafieni odłamkami, przywaleni przez walące się mury, uwięzieni w ruinach, wymagali natychmiastowej pomocy i opieki lekarskiej. Zapełniały się warszawskie szpitale, a kiedy nie mogły już przyjmować nowych pacjentów, władze miasta naprędce organizowały we wszelkich miejscach do tego się nadających prowizoryczne punkty opieki medycznej.
8 września Halina Regulska odnotowuje w swoim dzienniku wizytę w jednym z powstających szpitali, dokąd wybrała się ze swoją dziewiętnastoletnią córką Hanią: „Pomieszczenie jest dobre. Przygotowano już 60 łóżek z pościelą. Brak tylko stołu opatrunkowego, wyposażenia lekarskiego i bielizny. Wobec tego zbieramy […] nadal koszule nocne, prześcieradła, ręczniki itp.”. W zapiskach z kolejnego dnia pojawia się informacja o oddaniu do użytku szpitalnego starego rodowego mebla – dziewiętnastowiecznego stołu, który dotąd stał w jadalni Regulskich. „Spędziłam przy nim całe moje dzieciństwo, odrabiając lekcje. Oddaję go jak kogoś bliskiego na służbę ojczyźnie. Niech i on służy obronie Warszawy”.
Tymczasem w wielu punktach miasta służba medyczna ma już ręce pełne roboty. Wacław Stefański, lekarz z przeszło trzydziestoletnim doświadczeniem, w pierwszych dniach września zostaje wezwany do pracy na oddziale chirurgicznym. Władze stolicy pozwalają mu wybrać lecznicę. Stefański decyduje się na Szpital Dzieciątka Jezus. 3 września trafiają tam pierwsi ranni z Warszawy i z prowincji. Trzy dni później doktor Stefański przez siedemnaście godzin stoi przy stole operacyjnym – o pierwszej w nocy opuszcza oddział, by pożegnać się z synem, który, zgodnie z wezwaniem pułkownika Umiastowskiego, ewakuuje się na południowy wschód od Warszawy. „Codziennie w godzinach od ósmej do dwunastej – wspomina Stefański – pracowałem w Szpitalu Dzieciątka Jezus, stamtąd, pod ustawicznym ostrzałem, chodziłem przez ulicę Żelazną do Pańskiej lub Złotej, aby dostać się do gmachu Ubezpieczalni przy ulicy Mariańskiej, gdzie pracowałem w ambulatorium ginekologicznym […]. Później znów jakąś wybraną bezpieczną drogą pod ścianami domów, przez stworzone dorywczo barykady przemykałem się od bramy do bramy, w czasie nieustannych nalotów i kanonady artyleryjskiej, do siebie do domu na Marszałkowską 71”. Inny z lekarzy, pracujący w Szpitalu Wolskim, zapisuje w swoim dzienniku: „Coraz częstsze i bardzo długo trwające naloty bombowe. […] Kilka lekarek pozostało w szpitalu na noc. Noc bezsenna. Praca w izbie przyjęć bardzo ciężka. Ranni bardzo zmęczeni i brudni”.
Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"