Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
12.10.2014 08:59

Niebo i ziemia

Oficerowie pochylają się nad mapą, tak że niemal stykają się głowami. Czerwona kredka w ręku jednego z nich precyzyjnie oznacza miejsca zrzutu.

Oficerowie pochylają się nad mapą, tak że niemal stykają się głowami. Czerwona kredka w ręku jednego z nich precyzyjnie oznacza miejsca zrzutu. Na lewo od niebieskiej wstęgi dzielącej mapę na pół pojawiają się kolejne krzyżyki i koła. Mężczyzna stuka kredką w punkt na Wiśle – o, tu, gdzie aleja 3 Maja przechodzi w aleję Poniatowskiego, i przywołuje do siebie lotników.

Teraz coś długo i cierpliwie tłumaczy. Chłopcy potakują, szczerzą zęby w uśmiechu. Nad Warszawą kłęby dymu, ale poza tym niebo jest puste i ciche. Właśnie wybiła czternasta, pułkownik daje „spocznij” i każe się rozejść. Mają godzinę. Później, jak co dzień, wrócą na niebo i będą robili swoje. „Ordnung ist das halbe Leben”.

Najważniejsze, by nie tracić perspektywy dziejowej, by wiedzieć, na co i po co to wszystko. Albo przeciwnie – traktować rzecz technicznie i metodycznie, tak jak lotnik znad Wielunia, który w swoim dzienniku zawarł następujący opis bombardowania: „Ulice w dole wyglądają jak obrazek z pocztówki, a ciemne punkty, które się na nich poruszają, są celem. Niczym, tylko celem. Na wysokości 2500 metrów życie na ziemi traci swoją wagę… Wysokość – 1200 metrów… pierwsza bomba spada!... A teraz spojrzenie w dół. Bomba upadła dobrze, wprost na ulicę. Wybucha dym, a czarna masa, która sunęła wzdłuż ulicy, zatrzymuje się. Na miejscu, w które trafiłem, powstało ciemne kłębowisko. I w to kłębowisko padają serie bomb z innych samolotów”. W Warszawie jest co prawda nieco inaczej – atakuje się z mniejszej wysokości, tak że dość dobrze widać ludzkie postacie; można zbliżyć się do nich lotem koszącym i patrząc, jak rozbiegają się w różnych kierunkach, szyć z karabinu maszynowego.
Za dzień, za dwa wyrwiemy im to miasto.

Polowanie na dorniery

Uczestnik obrony Warszawy mjr Zdzisław Żórawski (jego wspomnienia zatytułowane „Juornal d’un défenseur de Varsovie” ukazały się w Paryżu w marcu 1940 r.) daje na kartach swojego dziennika niezwykle plastyczny opis bitwy powietrznej, która rozegrała się nad stolicą 4 września 1939 r.

Jak wyglądała Warszawa tamtego dnia, kiedy polskie lotnictwo nie zostało jeszcze doszczętnie rozbite, a nasi piloci mogli z powodzeniem rywalizować z Niemcami? Żórawski porównuje hitlerowskie dorniery – bombowce z czteroosobową załogą i ośmioma karabinami maszynowymi, zabierające tonę pocisków – do „olbrzymich dzikich gęsi” przemieszczających się po niebie w zwartym szyku. Pojawienie się samolotów wywołuje natychmiastową reakcję polskiej obrony przeciwlotniczej – odzywają się działa, pociski fruną w niebo z głośnym wyciem i pękają w powietrzu, pozostawiając po sobie ogniska dymu.

„Spoza zasłony obłoków – relacjonuje autor »Dziennika« – wypływało coraz więcej czarnych kluczy. Zdawało się, że korowód ich nie skończy się nigdy. Zataczały one regularne linie, obejmując swym zasięgiem coraz większą połać Warszawy. Bomby jednak jeszcze nie spadły; najwidoczniej lotnicy niemieccy szukali dopiero wyznaczonych im celów. Gdy już około siedemdziesięciu wielkich samolotów niemieckich ściganych przez obłoczki pocisków naszej artylerii przecinało w różnych kierunkach nieboskłon, spoza tych samych chmur, jak zza kurtyny, zjawiły się inne sylwetki, o wiele smuklejsze, zręczne w swych ruchach, a przede wszystkim znacznie szybsze. Byli to nasi myśliwcy. W przepięknych akrobatycznych ewolucjach wypełniły one natychmiast luki między Niemcami. Niebo zaroiło się mrowiem samolotów, kotłujących się we wszystkich kierunkach. Ogień artylerii przeciwlotniczej umilkł, a jego miejsce zajął dochodzący z nieba piekielny jazgot wielu dziesiątków karabinów maszynowych. Przed oczyma warszawiaków, którzy powychodzili ze schronów, roztoczył się piękny w swej niesamowitej grozie, hipnotycznie przykuwający do siebie wzrok, mrożący krew w żyłach – widok bitwy powietrznej. Z kłębowiska samolotów zaczęły się oddzielać złowrogie czarne punkciki spadających bomb. Lotnicy niemieccy zrzucali je, gdzie się dało, bez żadnego celowania, aby tylko pozbyć się groźnego ciężaru – zanim dojdzie do bezpośredniego starcia w powietrzu z naszymi myśliwcami”.

Wtedy, w pierwszych dniach wojny, skuteczna walka z agresorem była jeszcze możliwa. Każda doba działała jednak na niekorzyść obrońców miasta – wraz z napływem kolejnych jednostek Wehrmachtu w okolice Warszawy wzrastała wszak liczebna i sprzętowa przewaga oblegających nad obleganymi. Miała się ona uwidocznić szczególnie w zmaganiach powietrznych.

 Gruzy i trupy

8 września rozpoczął się artyleryjski ostrzał Warszawy. Od tego dnia mieszkańcy miasta musieli przyzwyczaić się do podwójnego zagrożenia. Halina Regulska notowała na gorąco: „Podczas nalotów mieliśmy – jeżeli w ogóle można tak powiedzieć – unormowany tryb życia. Wiedzieliśmy, że od świtu zaczynają się naloty i trwają – przenosząc się w różne punkty miasta – przeważnie do godziny 1. Między godziną 1 a 3 jest zwykle przerwa. Mówimy, że Niemcy jedzą obiad. Potem znów zaczyna się bombardowanie i trwa do zmierzchu. [...] Obecnie pociski padają wszędzie i o każdej porze dnia i nocy”. Ludność stopniowo przenosi się do piwnic lub – w najlepszym wypadku – na niższe piętra budynków.

W podziemiach kamienic powstają prowizoryczne sypialnie i kuchnie, na podłogach rozkłada się materace i koce.
Tymczasem niemieccy lotnicy prowadzą metodyczny ostrzał miasta, ze szczególnym upodobaniem niszcząc budynki użyteczności publicznej i obiekty historyczne. Coraz częściej zdarza się, że samoloty zniżają lot nawet do stu metrów nad ziemią, by ogień z karabinów maszynowych kierować przeciwko cywilom – uchodźcom stłoczonym na ulicach, kobietom kopiącym ziemniaki w polu, ludziom oczekującym w ogonkach na otwarcie sklepu, w którym chcą kupić bochenek chleba.

10 września, w niedzielę, bombardowanie trwa od 5.30. Wciąż nadlatują nowe samoloty. Zrzucają bomby burzące i zapalające. Płoną budynki Pragi i Wawra. Trafione zostają kamienice Śródmieścia. Następnego dnia Niemcom udaje się uszkodzić Belweder. Podczas nalotów zniszczeniu całkowitemu lub częściowemu ulegają liczne warszawskie świątynie.

16 września Niemcy po raz kolejny zrzucają ulotki wzywające do kapitulacji miasta. Zostaje w nich sformułowane ultimatum – za dwanaście godzin, które oblegający dają cywilom na opuszczenie miasta, rozpocznie się szturm. Być może do wydarzeń tego właśnie dnia odnosi się zapisek w „Dzienniku” majora Żórawskiego, opowiadający o grupie trzech tysięcy osób (kobiet, dzieci i starców), które postanowiły skorzystać z niemieckiej propozycji i przygotowawszy białe flagi, ruszyły jedną z dróg wylotowych ku Błoniom: „Zaledwie […] kolumna minęła linie naszych czołowych posterunków i zbliżyła się do rejonu zajmowanego przez Niemców – na dużym froncie odezwał się gęsty ogień karabinów maszynowych, krzyżowo biorąc w pole swego działania długą i gęstą kolumnę bezbronnych ludzi.

Zaskoczenie było tak wielkie, że przez bardzo długą chwilę nikt nie pomyślał o ucieczce. […] Wściekłość naszych żołnierzy, na oczach których rozegrała się ta tragedia, była nieopisana. Wielkiego wysiłku musieli dokonać oficerowie i podoficerowie, aby powstrzymać ich od bezpośredniej reakcji i dać czas na uprzątnięcie zabitych i rannych. Nie zważając na ogień Niemców, wyjechały na miejsce mordu karetki Czerwonego Krzyża. Jakby wstydząc się swej zbrodniczości, na ich widok zamilkły stopniowo niemieckie karabiny maszynowe. Do późnego wieczora trwało uprzątanie trupów i rannych”.

Ludzkie przygody

Miasto zamknięte, odcięte od świata, pozostawione samo sobie – zmienia się nie do poznania. Regulska porównuje je do „rozkopanego mrowiska”. Ludzie są tu niczym owady, które rozpierzchły się, gdy ich świat został rozbity butem olbrzyma. Nie działają dotychczasowe ciągi komunikacyjne, ulice toną w gruzie, góry cegieł stanowią zaporę trudną do przebycia. Ale rzeczywistość nie znosi próżni, ruch musi znaleźć ujście, więc – zgodnie z poleceniem władz cywilnych – wybija się przejścia w murach między podwórkami. Trzeba się uczyć nowych dróg, błądząc w labiryncie korytarzy, bram, zaułków. Trzeba przywyknąć do głodu – cieszyć się kilkoma pomidorami kupionymi od przypadkowego przechodnia, ciepłą herbatą z cukrem, ziemniakiem i zupą z kapusty.

Czy człowiek może żyć w świecie, z którego uciekły koty i ptaki? Tak, może. Człowiek do wszystkiego przywyknie. Będzie biegł, kiedy na chwilę umilknie kanonada, przez całą szerokość ulicy, będzie wymijał leje po bombach, wspinał się na szczyt wzniesienia, którego jeszcze wczoraj tu nie było, a potem zsuwał po zgruchotanej ścianie czyjegoś nieistniejącego mieszkania, by wraz z innymi pochylić się nad padłym koniem i długim nożem kuchennym wycinać pasy mięsa. Zawinie krwawy kawał w starą ścierkę lub poszarpaną koszulę i ruszy z powrotem. A gdy uderzy pierwszy pocisk, pochyli się, przypadnie do ziemi, serce będzie mu biło jak oszalałe, on rozejrzy się i poderwie do lotu, ku tamtej bramie, ku ciemności piwnicznego korytarza, gdzie zaduch, ciasnota i złudzenie bezpieczeństwa.

Jeśli ma szczęście, jeśli przeżył, wieczorem, po bombardowaniach, wychynie z piwnicy i ze świecą w ręku będzie się wspinał na piąte, szóste piętro, wejdzie na żeliwną drabinkę i uniesie klapę w ostatnim suficie, klapa z głuchym trzaskiem uderzy o dach. Po chwili głowa człowieka, kobiety lub mężczyzny, pojawi się w otworze. W ludzkich oczach, szeroko otwartych, odbije się łuna, łuna od Czerniakowa i Saskiej Kępy, od Grochowa i Pragi. Ludzkie usta będą się zamykały i otwierały, mięśnie twarzy zagrają i z oczu puści się słona kropla. Tylko jedna.

Później będzie noc. Świst pocisków. Nierówne oddechy śpiących. Życie.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE