Piekło dyrygentów
Co prawda festiwal „Chopin i jego Europa” trwa i dopiero dociera do półmetka, ale dotychczasowe koncerty skłoniły mnie do smutnych refleksji.
Wiele lat temu wielki znawca opery prof. Janusz Łętowski w swojej książeczce „Galeria portretów muzycznych” tak właśnie zatytułował rozdział poświęcony dyrygen-tom. Z grubsza rzecz biorąc, chodziło o to, że obecnie pozycja dyrygentów uległa degradacji wraz z powszechną demokratyzacją.
Autorytaryzm
Wiemy, że demokracja nie jest najlepszą formą stosunków międzyludzkich, ale co z tego, kiedy lepszej dotychczas nie wymyślono. Są jednak instytucje, które istnieją na innych zasadach. Należy do nich choćby Kościół katolicki. Co więcej, istnieje on nieprzerwanie tysiące lat dzięki temu, że zachowuje swoją hierarchiczną strukturę, będącą zaprzeczeniem prosto pojmowanej demokracji. Podobnie było kiedyś w instytucjach muzycznych. Orkiestrą rządził dyrygent. Sam decydował o jej składzie osobowym i repertuarze. Na dobrą sprawę był panem życia i śmierci muzyków tworzących zespół. Instrumentaliści bledli, czując na sobie wzrok kapelmistrza. Zdarzało się, że rozwścieczony dyrygent ciskał, czym miał pod ręką w skrzypka, który zagrał niezgodnie z zapisem nutowym. Na ogół była to batuta, przedmiot w miarę lekki. Na szczęście nie była to już wówczas laska o długości przewyższającej wzrost „kierującego”, której niegdyś kapelmistrze używali do wybijania rytmu o podłogę. Od czasów jednak, gdy francuski dyrygent i kompozytor Jean-Baptiste Lully, prowadząc orkiestrę, zamiast w scenę, uderzył ciężką lagą w swój duży palec u nogi, czego rezultatem była gangrena i rychłe jego zejście, ten sposób dyrygowania przestał być popularny.
Bez dyskusji
Prawa ręka (na ogół z batutą) służy do taktowania. Lewa zaznacza wszelkie niuanse. Inna sprawa, że istnieją różne sposoby dyrygowania, a jest ich prawie tyle, ilu było i jest wybitnych dyrygentów. Ryszard Strauss na przykład mówił, że prawa ręka służy do wyznaczania tempa, a właściwym miejscem dla ręki lewej jest kieszeń surduta. Prawdziwe dyrygowanie jako odrębna specjalizacja zawodowa rozwinęło się dopiero pod koniec XIX w., ale największy autorytet zyskali dyrygenci XX-wieczni: Toscanini, Furtwangler, Stokowski, Walter, Klemperer, a później Reiner, Klecki, Rodziński, Mitropoulos i Szell. Po II wojnie światowej największą sławę zyskali Karajan, Solti, Kleiber, Bernstein, Mehta i Muti. Niezależnie od metody i sposobu dyrygowania wszyscy oni cieszyli się jeszcze niekwestionowanym autorytetem i całkowitym posłuchem w orkiestrze. Nikt nie śmiał dyskutować z dyrygentem o kształcie artystycznym przygotowywanej kompozycji. Jego słowo było święte i nie podlegało negocjacjom. Jednym z niewielu wyjątków było wydarzenie w czasie prób i koncertu z udziałem Glenna Goulda i Leonarda Bernsteina. Obaj mieli odrębne koncepcje interpretacyjne i obaj nie chcieli ustąpić. Co prawda do wspólnego występu doszło, ale poprzedziło go emocjonalne oświadczenie Bernsteina przed samym koncertem. Rzecz niespotykana po dziś dzień!
Odwrócenie ról
Jedną z najlepszych polskich orkiestr – jeśli nie najlepszą – była Polska Orkiestra Kameralna, poprzedniczka Sinfonii Varsovii. Jerzy Maksymiuk stworzył ją i doprowadził nieomal do doskonałości. Dzięki wspólnej, tytanicznej pracy. Próby trwały codziennie po kilkanaście godzin. Nikt nie protestował, nie liczył minut. Dzięki temu powstała najlepsza w Europie orkiestra kameralna. A teraz? Po pierwsze w orkiestrze rządzą związki zawodowe i inspektor, a nie stały czy gościnny dyrygent. Nie ma mowy, aby przekroczyć choć o pięć minut czas trwania próby. Wspomniany maestro Maksymiuk, pracując w pocie czoła z jedną z polskich orkiestr nad jako takim kształtem koncertu, miał rzucić do inspektora: „Nie muszę patrzeć na zegarek. Jak pana widzę, wiem, że jest za pięć pierwsza i muszę kończyć”. Na dobrą sprawę nie zdarza się, aby zespół poprosił dyrygenta o dodatkową próbę, albo dodatkowe wskazówki. Co gorsza, ignoruje niekiedy jego sugestie i polecenia. I nie jest tak wcale tylko w Polsce. Opowiadał mi jeden ze znajomych dyrygentów, że w czasie prowadzenia próby z jedną z wybitnych niemieckich orkiestr dostrzegł na pulpitach nutowych kartki ze swoim nazwiskiem i dwie kratki do zakreślenia – „ja” albo „nein”. A więc o tym, czy będzie jeszcze kiedyś zaproszony, miał zdecydować kwintet, dęte i perkusja. Nie efekt artystyczny czy choćby aplauz słuchaczy. Nic też dziwnego, że dyrygenci – poza małymi wyjątkami – robią, co mogą, aby przypodobać się orkiestrze. To często ich być albo nie być. Nie ma więc mowy o słownych reprymendach. Sprawy są rozwiązywane na poziomie kumpelskim. Warto popatrzeć na kokieteryjne uśmiechy i wdzięczenie się maestro do muzycznego kolektywu. Uśmiechy nieczęsto odwzajemniane.
Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"