Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
16.03.2014 09:41

Ciemności kryją ziemię

Kaplica katolicka w więzieniu na Montelupich. Ołtarz nakryty obrusem, otwarty mszał, kropidło zanurzone w misie z wodą święconą. Przy ścianach podłużne drewniane ławki.

Kaplica katolicka w więzieniu na Montelupich. Ołtarz nakryty obrusem, otwarty mszał, kropidło zanurzone w misie z wodą święconą. Przy ścianach podłużne drewniane ławki. Naprzeciwko ołtarza, pod krótszą ze ścian, konfesjonał, nieco dalej stół.

Podłoga brudna, zakurzona, podobnie jak okienne kraty. Okien nie można uchylać, chyba że chce się być zastrzelonym. W kaplicy 50–60 osób stojących, siedzących, przestępujących z nogi na nogę lub maszerujących. Wzrastający zaduch, zapach potu, dym z papierosów. Dwie–trzy godziny temu jeden z mężczyzn kupił kilka paczek tytoniu macedońskiego. Palacze ślinią bibułki, częstują się skrętami. Palą dużo. Nerwy, strach i niepewność robią swoje.

Sztuka punktualności

Jest 6 listopada. Dopiero pod wieczór strażnicy pozwalają wyjść do toalet. Później i to będzie zabronione – Niemcy postawią u stóp ołtarza ogromne wiadro na urynę i kał. Pot, dym, smród z prowizorycznego ustępu. Noc spędzą pokładłszy się, gdzie się da – na ławkach, na podłodze. Adam Krzyżanowski, sześćdziesięciosześcioletni kierownik Katedry Ekonomii Politycznej i Skarbowości, będzie spał w konfesjonale. Sześćdziesięciu mężczyzn – to zaledwie część zatrzymanych, pozostali zamknięci są w innych pomieszczeniach. Profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i trzy osoby przypadkowe – niejaki Jachimowicz, syn krakowskiego dentysty, aresztowany, kiedy wracał z lekcji muzyki, nauczyciel gimnazjalny Stanisław Majcher oraz Zygmunt Starachowicz, absolwent prawa, który chciał załatwić w dziekanacie ostatnie formalności związane z uzyskaniem dyplomu. Ten ostatni nieco później, po powrocie z obozu w Dachau, spisał swoje wspomnienia z pierwszych dni uwięzienia. Z tych wspomnień teraz korzystam.

„Ja byłem jak najlepszej myśli – relacjonuje Starachowicz – nęciła mnie nowość sytuacji, tym bardziej że przypuszczałem, że wobec nas zastosują taki sam »dowcip zwycięzców«, jaki, jak słyszałem, zastosowano raz względem ludzi pchających się w ogonku, a mianowicie wywieziono ich autami poza miasto i tam puszczono, stracili miejsce w ogonku, stracili szanse nabycia chleba czy też mleka, ale na drugi raz będą pamiętali, żeby się nie pchać. Myślałem więc, że i nas wywiozą gdzieś na Bielany i puszczą piechotą do domu. Martwiłem się jedynie tym, że nie będę punktualny – przecież umówiłem się na wpół do pierwszej. Moje skrupuły punktualnego człowieka szybko się rozwiały, tak jak od tej chwili rozwiewać się miało wszystko to, co sam lub wspólnie z innymi wymyśliłem, wszelkie nadzieje, rachuby czy rozumowania mające jako taką logikę”.

„Sławianie” i „sielanki”

„Skrupuły punktualnego człowieka” zderzone z rzeczywistością, w której czas nabiera innej faktury, innej ziarnistości, każda minuta, kwadrans, godzina dłużą się w nieskończoność i coraz dotkliwiej uwierają. I ludzie, często starsi, u końca swojej naukowej kariery lub nawet po jej zakończeniu, jak Ignacy Chrzanowski, w chwili aresztowania siedemdziesięciotrzylatek (umrze w Sachsenhausen w styczniu 1940 r.). Starachowicz zapamiętał go jako tego, który „długimi krokami człowieka silącego się na spokój przemierzał kaplicę, długimi powolnymi krokami. Marsz taki wymagał nieustannego omijania innych, ciągłej zmiany obranego kierunku, sztuczek wprost cyrkowych. Dosyć wysoki, o kwadratowej twarzy okolonej siwizną, z dużym wąsem, miękkie włosy rozsypywały się ciągle niesfornie, a długie nerwowe palce nerwowym ruchem starały się co chwilę nadać im jakiś określony kierunek”.

Uniwersyteccy profesorowie, naukowcy i dydaktycy, oderwani od swojej codzienności, od ksiąg i studentów, od codziennego uporządkowanego życia (wymaga ono trybu harmonijnego, jeśli chce się prowadzić pracę badawczą, pisać i publikować). Zebrali się w przekonaniu, że zajęcia akademickie zostaną uruchomione, że okupant będzie postępował w sposób cywilizowany. Ich słowiańska naiwność („Sławianie, my lubim sielanki”) podpowiadała raczej rozwiązania pojednawcze, kazała widzieć nowy najazd przez pryzmat doświadczeń z czasów austro-węgierskich, z epoki Wolnego, Niepodległego i Ściśle Neutralnego Miasta Kraków. Realność okazała się twarda jak podłoga kaplicy lub deska drewnianej ławy.

Podsumowania

Czy leżąc na płaszczu rzuconym na brudną posadzkę, wśród jęków i utyskiwań młodszych kolegów, Ignacy Chrzanowski przyrównywał własne położenie do położenia bohaterów dziewiętnastowiecznego arcydramatu, o którym w odczycie „Kilka myśli o poezji Mickiewicza” (wygłoszonym w marcu 1938 r.) mówił, że „bez obsłonek” obnażył w nim poeta „niegodziwość wroga i męczeństwo narodu”? Czy więzienna kaplica na Montelupich przywiodła mu na pamięć przylegającą do ściany kościoła celę Konrada? O czym myślał tamtego wieczoru i tamtej bezsennej nocy? Czy pamiętał swoje własne słowa zamykające „Kilka myśli…”, słowa, które wtedy, dwa miesiące po wybuchu nowej wojny, mógłby chcieć odnieść do własnego doświadczenia i doświadczenia towarzyszy niedoli: „I doszedł Mickiewicz w swojej poezji do Boga, nie uciekając jednakże z ziemi, jak tylu poetów romantycznych. Mocno jak dąb wrósł w pełną okropności i ciemności rzeczywistość, ale »dłonie wyciągał w niebiosa«, ściągał z nich w okropną i ciemną rzeczywistość ziemską promienie ideału i wierzył, że one, przy dobrej woli człowieka, rozproszą okropności i ciemności ziemi”?

A prof. Adam Krzyżanowski, specjalista w dziedzinie skarbowości, próbujący spać w konfesjonale – czy robił przegląd sumienia, czynił podsumowania, zamykał życiowe rachunki? Z niejakiego oddalenia zerkając na swoich kolegów – czy rozumiał ciężar chwili, przeczuwał definitywność wyroku?
Leżę tam z nimi. W zaduchu, w ścisku. Słucham narzekań, świszczących oddechów, słów wypowiadanych przez płytki sen.

I Wy spoczywacie na twardej podłodze, Wy, którzy czytacie te słowa.

Jest ciemno. Nie wiemy, co będzie.

NAJNOWSZE