Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
07.11.2013 14:48

Geopolityczny mecz Europa–Rosja

Wyrwanie Ukrainy z niemalejącej rosyjskiej strefy wpływów byłoby ziszczeniem politycznego planu Józefa Piłsudskiego, ale też decyzją strategiczną dla politycznego meczu Europa vs Rosja.

Wyrwanie Ukrainy z niemalejącej rosyjskiej strefy wpływów byłoby ziszczeniem politycznego planu Józefa Piłsudskiego, ale też decyzją strategiczną dla politycznego meczu Europa vs Rosja.

Dla narodów Kaukazu Południowego (poza Ormianami) w tym roku październik jest czasem wyborów. Tak było na początku zeszłego miesiąca w Azerbejdżanie, tak było też pod jego koniec w Gruzji. W drugiej części dawnego Związku Sowieckiego – na Ukrainie – też odbywały się swoiste wybory – nasi sąsiedzi decydowali, czy spełnić warunki Unii Europejskiej i uwolnić byłą premier Julię Tymoszenko, a zatem zrobić wielki krok ku „zapisaniu się” w przyszłości do Unii Europejskiej, czy też zrobić prezent Rosjanom i unijnym zadaniom nie zadośćuczynić. O tym, jak na Kaukazie, ale i przy naszej wschodniej granicy ścierają się wpływy Moskwy i Europy (a więc i nasze), mogłem przekonać się osobiście – w ciągu 11 ostatnich dni byłem dwukrotnie w Kijowie, spędziłem pięć dni w Gruzji i trzy dni w Armenii. W programie moich wizyt były spotkania z prezydentami wszystkich tych trzech krajów (oraz przyszłym, po 27 listopada, prezydentem Gruzji), dwoma premierami, trzema przewodniczącymi parlamentu. Wszędzie też spotykałem się z liderami opozycji. Mogę więc teraz powiedzieć, że mniej więcej wiem, co w tej wschodniej trawie piszczy.

Teren postsowiecki jest terytorium wyraźnego starcia ekonomicznego i politycznego między Kremlem, Europą, USA, po części też Iranem i Turcją. To oczywiste. Obecnie ta rywalizacja, niezależnie od deklaracji dyplomatycznych, narasta. W tym wszystkim usiłują się odnaleźć tamtejsze kraje, z lepszym czy gorszym skutkiem broniące swojej faktycznej niepodległości przed starym-nowym hegemonem z Moskwy. Oto fotografia tych wysiłków w kontekście międzynarodowej gry, która się toczy.

Gruzińska ciepła woda

Gruzja pod koniec listopada podpisze w Wilnie układ stowarzyszeniowy z UE. Zmieniły się władze w Tbilisi – jesienią zeszłego roku rząd, teraz nastąpi zmiana głowy państwa (formalnej tylko, ale jednak), lecz nie zmieniły się europejskie aspiracje i samych Gruzinów, i ich potwornie skłóconych elit. Skonfliktowanych do granic absurdu – ale nie w sprawie europejskiej. Elity wiedzą, że Tbilisi nie może podążać drogą w kierunku Moskwy. Jedyny oficjalnie prorosyjski kandydat na prezydenta Nino Burdżanadze, była przewodnicząca parlamentu i przywódczyni, oprócz Micheila Saakaszwilego i Zuraba Żwanii, „rewolucji róż” (dzięki której obalono prorosyjskiego prezydenta ekskomunistę Eduarda Szewardnadze) uzyskała ledwie 10 proc. poparcia. To pokazuje nastroje Gruzinów. Ustępujący premier Bidzina Iwaniszwili zaproponował swoim rodakom kaukaską wersję „ciepłej wody w kranie” oraz świętego spokoju, czyli „niedrażnienia” Rosjan. Myślał, że Kreml rzuci się mu na szyję i wesprze ekonomicznie. Moskwa tymczasem co prawda wreszcie odblokowała eksport gruzińskich win do Federacji Rosyjskiej oraz znanej wody Borjomi (jej fabrykę kupili Rosjanie), ale na eksport gruzińskich warzyw i owoców zgodziła się już po sezonie letnim, upokarzając premiera miliardera, który tak przecież chciał ocieplić relacje z Kremlem. Co gorsza, umacnia i nawet przesuwa faktyczną, choć międzynarodowo nieuznawaną granicę „wewnątrzgruzińską”. Między częścią Gruzji, gdzie nie ma rosyjskich wojsk, i tą częścią, gdzie one są (temu służy wykopywanie tam przez rosyjskich żołnierzy pięciometrowych dołów). Skądinąd na owej „granicy”, choć to formalnie terytorium niepodległej Gruzji, loguje się rosyjska sieć telefonii komórkowej... W tej sprawie Iwaniszwili, ośmieszany przez niby-sojusznika, zarządził specjalne śledztwo.

Gdy chodzi o akces do NATO, to zapowiadana przez prezydenta Saakaszwilego data – rok 2014 – jest całkowicie nierealistyczna, ale nie tyle z winy nowego rządu, ile z powodu oporu Berlina, Paryża oraz w mniejszej mierze Rzymu. Jednak prawdę mówiąc, przedstawiciele NATO mówili mi w Tbilisi, że od roku obecna władza wiele o NATO mówi, ale robi na rzecz euroatlantyckiej drogi Gruzji mniej niż poprzednia.

Europeizowany Azerbejdżan

W Azerbejdżanie nadal będzie Ilham Alijew kontynuujący dzieło ojca Heydara (Gajdara) Alijewa. Ostatnie wybory w tym jedynym muzułmańskim państwie Kaukazu Południowego były z całą pewnością bardziej demokratyczne niż kiedyś. Postęp jest zauważalny choćby dlatego, że przywódcy rodzin czy klanów nie głosowali już… w imieniu kilkunastu osób, jak to zdarzało się wcześniej. Pozytywną opinię o tych wyborach wystawiła delegacja obserwatorów Parlamentu Europejskiego, ale później w rezolucji mówiącej o tym regionie europarlament władzę w Baku skrytykował. Ta swoista brukselska schizofrenia wzięła się nie tylko z uznania, że należy żądać w stu procentach spełniania standardów zachodnich od republik postsowieckich na pograniczu Europy i Azji, ale także z zarzutów kierowanych przez silne w Europie lobby homoseksualne. Lobby to zarzuca Azerbejdżanowi, że nie przestrzega praw gejów i lesbijek. Swoją drogą, atakom na Baku od lat przyklaskuje Moskwa, która robi wiele, aby maksymalnie popsuć wizerunek tego najbardziej – po odejściu w Gruzji ekipy Saakaszwilego – antyrosyjskiego kraju w regionie.

Armenia wybrała Kreml

Moja wizyta w Armenii była trzecią w tym roku. Podczas spotkania od najwyższych władz tego państwa, prezydenta, premiera i przewodniczącego parlamentu, dostałem wraz z towarzyszącym mi brytyjskim europosłem Charlesem Tannockiem jasny przekaz – Erywań do Unii Celnej z Rosją został zmuszony. Oczywiście można mówić o swoistym wiarołomstwie Ormian, którzy po kilku latach negocjacji z Brukselą pokazali Unii figę z makiem i wypili piwo nawarzone im na Kremlu w przeddzień podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Ludzie sprawujący od lat rządy w Armenii, niemal zresztą bez wyjątku z Górskiego Karabachu, precyzyjnie wyliczali – w pierwszym roku funkcjonowania umowy z UE dostaliby z Brukseli ok. 150 mln euro, od Rosji dostaną, w różnej postaci, m.in. ulg na surowce, więcej. W kuluarach mówiono też o oczywistych względach „bezpieczeństwa narodowego”: rosyjskie wojska nie tylko stacjonują na terenie tego kraju, ale strzegą dwóch z czterech jego granic, w tym mającej specjalne znaczenie granicy z Turcją.

Nie usprawiedliwiam Ormian, ale mimo tego „numeru”, który wycięli Unii, zwracając się w stronę rosyjską, uważam, że należy to z nimi rozmawiać, nie odwracać się plecami i traktować jako dożywotniej części rosyjskiej strefy wpływów.

Ukraińska piłka w grze

Dziś, w czwartek, Rada Najwyższa w Kijowie decyduje, czy Ukraina będzie stała w rozkroku między Europą a Rosją, czy pożegluje w kierunku unijnego portu. W interesie Polski byłoby oczywiście to drugie. Wyrwanie naszego sąsiada z niemalejącej rosyjskiej strefy wpływów byłoby ziszczeniem politycznego planu Józefa Piłsudskiego, ale też decyzją strategiczną dla politycznego meczu Europa vs Rosja.

Dla Rzeczypospolitej przesuwanie Kijowa, ale też Kiszyniowa (w którym toczy się zażarta walka o wpływy między Kremlem a Brukselą i Waszyngtonem) oraz Tbilisi, Baku czy Erywania do naszej, europejskiej, polskiej strefy wpływów, jest kluczowym zadaniem z punktu widzenia polityki zagranicznej i narodowego bezpieczeństwa. To długi proces – i nawet podpisanie w Wilnie umów stowarzyszeniowych z dwoma czy trzema krajami tego regionu nie przesądza całkowicie ostatecznego wyniku tej batalii. Piłka nadal będzie w grze – na szczęście Polacy też mogą mieć wpływ, w którą stronę poleci.

NAJNOWSZE