Leczenie eutanazją
33 lata po powstaniu Solidarności związki znów muszą walczyć o to, co wydawało się tak wielkim polskim sukcesem – o demokrację. I walczymy – z coraz lepszym skutkiem. Notowania władzy systematycznie się pogarszają, koalicja się sypie, a społeczeństwo
W prezencie na 33. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych politycy PO chcą uwolnić firmy od utrzymywania etatów związkowych, siedzib na terenie zakładu pracy i obowiązku potrącania składek. Realizacja tych trzech pomysłów zmierza de facto do likwidacji związków zawodowych. Mówiąc obrazowo, nasi politycy uznali, że jedyną skuteczną terapią na kryzys jest eutanazja związków. W ten sposób historia zatoczyła koło.
Pierwszym i jednym z najważniejszych postulatów wysuniętych przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80”. była akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych. Pamiętam Wałęsę wypowiadającego słowa: „Mamy niezależne samorządne związki zawodowe, resztę wywalczymy sobie sami”. Powstała Solidarność, której siła stała się realnym zagrożeniem dla władzy. Jakiej władzy? Antyobywatelskiej, antypracowniczej, antyspołecznej, anty-, anty- itd. I co zrobiła ta władza? Zlikwidowała związki zawodowe, a potem tak zmieniła prawo, że mógł istnieć tylko jeden – zależny od partii.
Władza tchórzy i kłamców
Jaką dzisiaj mamy władzę? W ostatniej kampanii wyborczej rządząca PO nawet nie wspomniała o zamiarze wydłużenia wieku emerytalnego. Dlaczego? Bo chciała wygrać wybory. A więc dla zdobycia władzy dopuściła się oszustwa. Gdy Solidarność uruchomiła inicjatywę referendalną, aby demokracja skorygowała zapędy polityków, ta władza, korzystając z ułomnego prawa, nie dopuściła do referendum i wyrzuciła ponad 2,5 mln podpisów do kosza. A więc ta władza to tchórze i kłamcy.
Jednak konflikt wokół wydłużenia wieku emerytalnego pokazał, że Solidarność wraz z innymi związkami zawodowymi to realna siła mogąca przeszkadzać rządowi Donalda Tuska w swobodnym sprawowaniu władzy. Zdolna wspierać i jednoczyć wokół siebie inne środowiska, organizować protesty, przeprowadzać spektakularne akcje. Czy zatem przypadkowa jest pospieszna nowelizacja ustawy o zgromadzeniach, tak aby prawo do protestów uzależnić od decyzji i dobrej woli urzędników? Co ciekawe, ta nowela, wprowadzając liczne sankcje, bardzo przypomina prawo wprowadzone kilka miesięcy wcześniej przez Putina.
Mimo to Solidarność z żelazną konsekwencją nadal piętnuje działania rządu. Przeprowadziła ogromną kampanię przeciwko tzw. umowom śmieciowym, co bardzo jest nie w smak przytulonemu do władzy biznesowi. Nie tylko ostro sprzeciwiła się zmianom w kodeksie pracy, ale także składa i wygrywa skargi przed Trybunałem Konstytucyjnym, Komisją Europejską, Międzynarodową Organizacją Pracy. I to przynosi coraz lepszy skutek. Notowania władzy systematycznie się pogarszają, koalicja się sypie, a społeczeństwo coraz bardziej ma dość propagandy zielonej wyspy, która tak bardzo przypomina gierkowską retorykę.
Powrót przeszłości
Czy w tym kontekście należy się dziwić, że premier sięga po sprawdzone w przeszłości metody? Czy propozycje posłów PO znowelizowania ustawy o związkach zawodowych, pojawiające się na krótko przed kolejną falą protestów, to przypadek? Nie. To bezczelna polityczna zemsta. Co gorsza, robiona przez ludzi, którzy swój rodowód określają jako opozycyjny, solidarnościowy. I to w 33. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych!
Proponując zmiany, politycy PO argumentują, że chodzi tylko o nadmierne przywileje działaczy związkowych. Przeanalizujmy je. Pierwszy to etaty związkowe płacone przez pracodawców. Tyle że to europejska norma, a nie wyjątek. Wszędzie w Europie pracodawcy lub państwo bezpośrednio je utrzymują. Siedziby na terenie zakładu pracy? Dokładnie tak samo. Jeśli nie bezpośrednio organizacje związkowe, to rady pracownicze, które i tak są związkowe. A trzeci – potrącanie składek związkowych przez pracodawcę? Europejska norma. A więc po co te zmiany? Bo one w swojej istocie są podstawą materialnej egzystencji związków zawodowych. W polskich warunkach wprowadzenie tych trzech zmian oznacza fizyczną ich likwidację. A więc likwidację jedynej siły przeszkadzającej w nieskrępowanym sprawowaniu władzy.
Tuska niewiele różni od Gierka, a Platformę od PRL u. Taka sama propaganda sukcesu, taka sama filozofia rozwoju gospodarki prowadząca do gigantycznego zadłużenia, takie same niedemokratyczne metody ograniczające prawa obywatelskie. Taki sam mechanizm obsadzania swoimi intratnych stanowisk, gabinetów politycznych, spółek skarbu państwa. Powszechne podsłuchy, ułomny wymiar sprawiedliwości, Amber Goldy i inne takie.
Czas walki
33 lata po powstaniu Solidarności znów musimy walczyć o to, co wydawało się tak wielkim polskim sukcesem – o demokrację. O istnienie niezależnego ruchu związkowego i to walcząc z ludźmi, którzy kiedyś ten ruch współtworzyli. Znowu musimy walczyć o prawo do protestów, o prawo do referendów obywatelskich – tych krajowych i lokalnych. Być może dlatego rocznice powstania Solidarności są coraz smutniejsze. Zbyt wielu ludzi w Polsce nie ma się z czego cieszyć. Ale jest i nauka. Ta sprzed 33 lat, która mówi, że wszystko trzeba sobie wywalczyć. Przez lata pozwalaliśmy sobie, swoją biernością, kawałek po kawałku odbierać to, co przyniosła nam odzyskana wolność. Przez lata pozwalaliśmy sobie uelastyczniać rynek pracy, ślepo wierząc w samoregulujący się kapitalizm.
Wbrew doświadczeniu Solidarności daliśmy sobie wmówić, że najważniejszy jest indywidualizm, a nie grupowe działanie. Czy zatem powinno dziwić, że dziś dominuje śmieciowe zatrudnienie i praca za przysłowiową miskę ryżu? Niestety nie. Sprawdziła się stara maksyma, że nic nie jest nam dane raz na zawsze, a pozbawiona kontroli władza się degeneruje. I jak się okazuje, nie ma znaczenia, czy to komunizm, czy demokracja. Na nowo musimy walczyć o 21 postulatów, bo nigdy nie zostały wypełnione.
Autor jest rzecznikiem prasowym przewodniczącego KK NSZZ „Solidarność”