Andrzej Poczobut był w Warszawie gościem specjalnym XII Zjazd Federacji Mediów Polskich na Wschodzie. Wśród przedstawicieli reprezentujących redakcje m.in. z Ukrainy, Litwy, Białorusi i Mołdawii przypomniał o tym, że niezależnie, gdzie znajdują się redakcje to „łączy nas polskość”. Przypomniał o zawodowej odpowiedzialności za słowo i przekazywane informacje. – Nie każdy, kto ma telefon i popularny profil w mediach społecznościowych, jest dziennikarzem – powiedział Poczobut.
Redakcji portalu Niezalezna.pl udało się zadać kilka pytań na marginesie spotkania. Więziony przez reżim Aleksandra Łukaszenki dziennikarz z Grodna niedawno wrócił do Polski m.in. z krótkiej wizyty na Białorusi. Pytany o białoruską opozycję odpowiedział ze swojej perspektywy, jak wygląda obecnie jej sytuacja.
Gdybyśmy rozmawiali w lutym 2020 roku i Pani by mnie zapytała o białoruską opozycję, to ja bym powiedział, że jest słaba, podzielona i na nic nie ma wpływu. Ale już pół roku później widzieliśmy, że cały kraj był biało-czerwono-biały. I gdy dzisiaj Pani pyta o opozycję, to powiem, że jest słaba, podzielona i na nic nie ma wpływu. A jak będzie? To zależy już od wielu czynników, na przykład od tego, co się dzieje na Ukrainie. Społeczeństwo białoruskie zasadniczo się nie zmieniło tak naprawdę - ono jest zastraszone, ono jest sterroryzowane. Żyje w podwójnym świecie, gdzie jedno można powiedzieć, a drugie się myśli; jedno mówi się w jednym otoczeniu, drugie mówi się w drugim otoczeniu. Tak niestety wygląda dzisiejsza Białoruś
– odparł Poczobut.
Zapytany o swoją rolę w tłumaczeniu polskiemu odbiorcy specyfiki białoruskiej opozycji przyznał, że „każdy z Polaków, który mieszka poza granicami jest swoistym ambasadorem jednej strony i drugiej strony”.
Dlatego, że łączy dwie rzeczywistości i potrafi je wyjaśnić
– tłumaczył i zastrzegł, że jest mu trudno być „rzecznikiem” białoruskiej opozycji.
Dopytany o swoją rolę jako dziennikarza w tym zakresie zwrócił uwagę na bardzo ważny aspekt wynikający ze specyfiki nie tylko różnic w języku, ale i sytuacji politycznej, ustrojowej krajów
Zasadniczy problem to jest pytanie jak opisywać rzeczywistość. Jak pisać o danej sytuacji, jeżeli twój tekst może złamać ludzkie życie. Bo zwrócenie uwagi na jakieś zjawisko może spowodować też represje wewnątrz kraju. I to jest najtrudniejsze, bo w dzisiejszych czasach normalne dziennikarstwo na Białorusi nie jest możliwe. Nie ma takiej możliwości. To jest jak różnica pomiędzy politologią i sowietologią. Sowietologia to sytuacji, w której pierwszy sekretarz nagle staje w trakcie defilady na innym miejscu niż zazwyczaj. I to jest jakiś sygnał, który należy zinterpretować. Dzisiaj tak to wygląda i wyzwania stojące przed dziennikarstwem na Białorusi są ogromne
– tłumaczył w rozmowie z portalem.
Przestrzegał także dziennikarzy, który piszą teksty na tematy białoruskie przypominają, że „kiedy ktoś pisze o Białorusi, to powinien wiedzieć, że mogą nastąpić reakcje” i że mogą być one zupełnie inne niż zamierzenie autora piszącego dany tekst.