„Polscy Indianie” – mówią o sobie do dzisiaj ci, którzy gehennę sowieckich zsyłek przeżyli dzięki pomocy ludzi o otwartych sercach: polskich dyplomatów i wojskowych, z gen. Władysławem Andersem na czele, brytyjskich urzędników i wreszcie hinduskim gospodarzom, którzy użyczyli sierotom z odległej Rzeczypospolitej swej gościnnej ziemi. Prezes Koła Polaków z Indii, Andrzej Chendyński, opowiadał o swojej, i nie tylko swojej, historii na spotkaniu poświęconym albumowi, które odbyło się w Centralnym Przystanku Historia 21 stycznia bieżącego roku. Dyskusję prowadziła Marzena Kruk, dyrektor Archiwum IPN i dobry duch całego przedsięwzięcia.
Los dziecka
Historia ponad 5 tys. polskich dzieci uratowanych w Indiach przestaje być znana niszowej garstce zainteresowanych osób – i to w tym wszystkim najważniejsze. Środowisko dzieci uratowanych przez indyjskich maharadżów przekazało Instytutowi tysiące dokumentów, zdjęć, listów, pamiątek. W sensie archiwalnym to skarb. W sensie możliwości opowieści o losach polskich obywateli w czasie II wojny światowej to także skarb. Wreszcie w wymiarze uniwersalnym – jako świadectwo losu człowieka, losu dziecka wobec okrucieństwa świata – to skarb bezcenny. Każda taka opowieść, jak ta Andrzeja Chendyńskiego, pełna jest bowiem wszystkiego, co prawdziwe, ludzkie, „nielukrowane” pod patosik czy publiczkę, a jednocześnie tak mocno poruszające – jak śmierć mamy, a potem braciszka na statku płynącym do Pahlavi z Krasnowodzka. Ciało brata zabrało Morze Kaspijskie. Mały Andrzejek został sam. Ale przeżył dzięki łańcuchowi dobrych ludzi. Oraz dzięki hinduskim maharadżom.
Poznaliśmy cenę polskości
Deportacje. Zawsze zaczynały się podobnie. Walenie do drzwi sowieckich sołdatów. Krzyki po rosyjsku: „Zabirajtie wieszczi i uchoditie” („Wychodźcie, zabierając rzeczy!”). A potem dworce kolejowe, wagony towarowe, tłum przerażonych ludzi. W dokumentacji związanej z losem dzieci uratowanych w Indiach są też takie materiały. Bo ten los zaczyna się od września roku 1939 i ataku Sowietów na Polskę, a następnie masowych deportacji w roku 1940. Zawarty pod koniec lipca 1941 roku układ Sikorski–Majski, będący wynikiem ataku Niemiec na Związek Sowiecki i odwrócenia w związku z tym sojuszy, otwierał drogę do uratowania setek tysięcy Polaków wywiezionych wcześniej na zsyłkę. Wśród nich wielu dzieci. Pisał o tym druh Ryś, czyli późniejszy kapłan Zdzisław Peszkowski:
Co robić z dziećmi?
Polacy byli uwalniani z więzień, łagrów czy miejsc zsyłek na podstawie „amnestii” – ten termin pojawił się w umowie Sikorski–Majski, bo jakoś światu trzeba było „wyjaśnić”, czemu Polakom odebrano wcześniej wolność. Ale już owo słowo „amnestia” było kłamstwem…
W każdym razie zaświtała nadzieja. Tworzyło się wojsko pod dowództwem gen. Andersa, a wraz z tym wojskiem, w czasie dwóch dużych ewakuacji przeprowadzonych wiosną i latem 1942 roku, udało się wyprowadzić do Iranu z południowych republik sowieckich (Uzbekistan, Tadżykistan) około 40 tys. cywili, w przeważającej mierze rodzin żołnierzy, a także, dzięki wyrazistej postawie gen. Andersa, wiele dzieci, nierzadko sierot. Znalazły się one w obozach polskich w Iranie. Powstało pytanie, co z tymi biedactwami – osieroconymi, wychudzonymi, często chorymi – zrobić. Szybko narodziła się idea, by cywili ratować, przerzucając ich z Iranu do innych państw będących wówczas częściami, dominiami wielkiego Imperium Brytyjskiego. Stąd powstające obozy uchodźcze w Iranie, Palestynie, Egipcie, Libanie czy w Południowej Afryce, Nowej Zelandii, Meksyku. Oraz w Indiach właśnie.
Inicjatorką pomysłu z Indiami była Angielka Barbara Vere-Hodge z Women’s Voluntary Services for Defence. Opracowała ona dla brytyjskiego rządu specjalny projekt, który przewidywał przerzucenie polskich uchodźców do Afryki i do Indii.
Indyjski dom
Polskie dzieci trafiły do „kraju maharadżów” dwiema drogami – lądową (kolejową) i morską. W Indiach powstały dwa ośrodki dla polskich dzieci.
Pierwszy znajdował się w Balachadi, na terenie posiadłości maharadży Jama Saheba Digivjava Sinhji. Ośrodek ten miał być symbolem wsparcia Indii dla Polaków – początkowo postanowiono przyjąć tam pół tysiąca polskich dzieci, w efekcie schronienie znalazło tam 650 sierot. Potem powstał ośrodek większy, w Valivade, gdzie zbudowano całe osiedle dla polskich dzieci, młodzieży i rodzin. Tu dostało opiekę, a także możliwości kształcenia się i rozwoju, około 5 tys. młodych Polaków. Nie sposób nie wspomnieć także bardzo zaangażowanych w cały proces, ów system ratunkowy, ówczesnych przedstawicieli państwa polskiego: konsula generalnego RP w Indiach Eugeniusza Banasińskiego, jego żony Kiry, a także wicekonsula Tadeusza Lisickiego. Ba, ich wysiłki zmierzające w stronę ratowania rodzin polskich, skazanych na wyniszczenie i wegetację w dalekich otchłaniach Związku Sowieckiego, zaczęły się jeszcze przed atakiem Hitlera na sojusznicze państwo sowieckie. Podejmowali oni wówczas starania za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża.
Mała Polska
W ośrodkach polskich w Indiach, jak i wcześniej już w Iranie, pomimo tragicznych, fatalnych warunków bytowych zaczęto organizować dla dzieci zajęcia szkolne. I pojawiło się, rzecz jasna, harcerstwo. Początki jego „na uchodźstwie” były też bardzo trudne, bo przecież brakowało wszystkiego – sprzętu, mundurów, podręczników. Ale dzięki pomocy wojska udawało się załatwić to i owo. A pieśni? Te w końcu znano na pamięć, można było uczyć młodszych. Doktor hab. Janusz Wróbel podaje, że na Bliskim Wschodzie do harcerstwa zapisało się około 1800 osób! Przez obóz przejściowy w Ahwazie także harcerze ruszali szlakiem innych uchodźców i również oni trafili do ośrodków w Indiach, zapisując piękną kartę w ich historii. Najbardziej znanym był rzecz jasna, wspomniany już, druh Ryś. Notabene to wykonana przez niego własnoręcznie mapa Indii z naniesionymi miejscami pobytu Polaków i zdjęciami ukazującymi zabytki i kulturę Indii stanowi ozdobę wielkiej kolekcji Archiwum IPN, zbioru pamiątek po „polskich Indianach”. Oba tomy wydanego właśnie albumu aż pękają w szwach od niesamowitych, poruszających zdjęć dokumentujących życie polskich sierot, najpierw w czasie trudnej wędrówki z „nieludzkiej ziemi” i potem z okresu indyjskiego. To była naprawdę „mała Polska” – wraz ze szkołami, szpitalami, kulturą, teatrem, zawodami sportowymi. A jednocześnie doświadczali w Indiach Polacy dwojakiego rodzaju zjawisk. Z jednej strony była to gościnność okazana przez hinduskich gospodarzy, a z drugiej strony coś, co ich spajało najmocniej: miłość do ojczyzny.
Bez wymarzonej ojczyzny
O tym bardzo silnym patriotyzmie mówił na spotkaniu prezes Andrzej Chendyński – to właśnie ta siła miała powodować, że wszyscy trzymali się razem (i trzymają do dzisiaj, bo między słowami można wyłowić, jak mocno serdeczne więzi wiązały i wiążą „polskich Indian”), a także w jakiejś mierze nie byli podatni na procesy asymilacji z Hindusami. Nie byli, gdyż tak mocno ich myśl i wyobraźnia skupiały się na Polsce – ojczyźnie utraconej, ale też ojczyźnie wymarzonej, do której chcieli wrócić. Do polskich ośrodków w Indiach docierały oczywiście informacje ze świata, w tym z frontu we Włoszech, gdzie walczyły polskie oddziały 2 Korpusu Polskiego. Zwycięstwo pod Monte Cassino, a potem wyzwolenie Ankony i Bolonii to były rzecz jasna informacje krzepiące ducha, ale wraz z nimi płynęły te smutne i złe. Oto przynoszono wieści o śmierci poległych żołnierzy – czasem ojców, czasem starszych braci. Lały się łzy. I przychodziły też informacje dotyczące wydarzeń geopolitycznych – Teheran, Jałta, Poczdam. Los Polski stawał się losem tragicznym i to odciskało piętno na cywilach rozsianych po świecie.
Indie uzyskały niepodległość w 1947 roku. Wtedy zaczął się proces wyjazdów z ośrodków, historia „polskich Indian” w kraju gościnnych maharadżów dobiegała końca. Większość młodych wygnańców wyruszyła do rodzin w Wielkiej Brytanii. Z wiadomych względów jedynie około 10 proc. zdecydowało się na powrót do Polski. Andrzej Chendzyński opowiadał o lekcjach, których udzielała mu pewna miła nauczycielka. Mały Lwowiak wcale uczyć się nie chciał i co ona odwróciła głowę – zwiewał gdzieś nad rzekę. Nauczycielka zaczęła go zatem przywiązywać nicią za nogę do stołu. Zapamiętał tę nić. I dzisiaj ją rozumie jako nić, która łączyła go z innymi. Tych nici było wiele: wszystkie tworzyły wielką sieć. Polacy z Indii byli wspólnotą. Nicią, która ich łączyła, była miłość. Miłość do Polski.
🎶 #KędzierzynKoźle | Klub Gazety Polskiej Kędzierzyn-Koźle zaprasza na otwarty koncert pieśni patriotycznych Pawła Piekarczyka
— Kluby "Gazety Polskiej" (@KlubyGP) February 2, 2026
🗓️ 𝟭𝟵/𝟬𝟮/𝟮𝟬𝟮𝟲 🕔 godz. 𝟭𝟳:𝟬𝟬
📍 Dom Kultury „Alchemik”, Al. Jana Pawła II 27, Kędzierzyn-Koźle pic.twitter.com/anSbJtGi5F