Już tytuł tego badania, którego autorami są Paul M. Barrett i J. Grant Sims z Centrum Biznesu i Praw Człowieka Uniwersytetu w Nowym Jorku, jasno pokazuje, jaka będzie puenta. Autorzy zatytułowali je bowiem „Fałszywe oskarżenia: nieudowodnione twierdzenia, że media społecznościowe cenzurują konserwatystów”. We wstępie autorzy wskazują na to, że wielu przedstawicieli prawicy od lat oskarża media społecznościowe o cenzurę, a temat ten został ostatnio mocno spopularyzowany przez Donalda Trumpa, „ale dowody na tę tezę, nawet te anegdotyczne, nie wytrzymują konfrontacji z faktami”.
Zdaniem Barretta i Simsa przypadki cenzury w mediach społecznościowych – usuwania postów czy blokowania kont – nie są motywowane ideologicznie. Twierdzą, że ich prawdziwym powodem jest to, że te treści naruszają regulaminy w takich kwestiach jak zakaz prześladowania, mowa nienawiści albo – jak w wypadku Trumpa – chwalenie przemocy. Przekonują też, że traktowanie prawicowych i lewicowych użytkowników jest dokładnie takie samo. W wypadkach ewidentnych naruszeń, tłumaczą autorzy, najwyraźniej powodem jest błąd ludzki, a nie cenzorskie zapędy.
Autorzy odnieśli się również do głośnej sprawy ocenzurowania „New York Post” przez Twittera. Przed wyborami dziennikarze „NYP” – jednego z największych dzienników w USA – opublikowali tekst dotyczący podejrzanych interesów syna Joe Bidena na Ukrainie i z chińskimi komunistami. W odpowiedzi Twitter zablokował ich konto i uniemożliwił użytkownikom podawanie dalej linków do ich materiału. Facebook również cenzurował ten materiał, ale w mniej dosadny sposób. Według autorów to działanie było „rozsądne”, gdyż „NYP” użył w tym artykule informacji, które nie były publicznie dostępne”. Wielu komentatorów zauważa, że jeżeli miałoby to być powodem cenzury, to poddane by jej było 90 proc. artykułów w mediach.
Wielu komentatorów zwraca jednak uwagę na to, że sama metodologia badania Barretta i Simsa wyklucza je z grona prac naukowych. Jego autorzy wygłaszają stwierdzenia ex cathedra, rzadko przedstawiając na nie jakiekolwiek dowody. Na przykład pisząc o tym, że proporcje blokad na Twitterze wśród prawicowców i lewicowców są takie same, przyznają kilka linijek później, że ich obliczenie jest... niemożliwe, bo Twitter nie udostępnia takich danych.
Dziennikarz śledczy Chuck Ross zwrócił też uwagę na to, że kulisy powstania tego „badania” również każą wątpić w jego wiarygodność i bezstronność. Jego powstanie sfinansował bowiem przedstawiciel Big Techu (określenie amerykańskich gigantów komputerowych i programistycznych), miliarder Craig Newmark, który dorobił się fortuny na stworzeniu portalu z ogłoszeniami Craigslist. Ustalenie jego sympatii politycznych nie było trudnym zadaniem. Według danych Federalnej Komisji Wyborczej Newmark w 2020 przekazał 100 tys. dol. na Fundusz Zwycięstwa Bidena i ponad 35 tys. Partii Demokratycznej. Wcześniej przekazywał też ogromne datki na kampanie Baracka Obamy, Hillary Clinton czy Nancy Pelosi. W zeszłym roku powiedział też magazynowi „Forbes”, że planuje przekazać do 200 mln dol. na „walkę z dezinformacją w sieci” i na nowe portale informacyjne, żeby pomóc pokonać Trumpa. Barrett powiedział „Daily Caller”, że informacja o tym, że to Newmark ich sponsorował, znalazła się w treści „badania”, ale uznali, że nie ma powodu informować czytelników o jego sympatiach politycznych.
Carlson zauważył też, że Barrett już wcześniej, we wrześniu zeszłego roku, wydał „badanie” będące jedną wielką pochwałą postępowania Big Techu. Wtedy sponsorem też był Brytyjczyk Peter Newmark, ale dodatkowe pieniądze dołożył George Soros. „Czy nadążacie za tym, jak to działa? Czy staje się to jasne?” – pyta konserwatywny prezenter Tucker Carlson związany z Fox News. I dodaje:
„W 2021 roku miliarderzy fundują badania i w zamian za tę inwestycję dostają wyniki, jakie chcą, a reszta z nas ma się do nich stosować. To nazywa się nauka panie i panowie, i nagle jest wszędzie”.