Konferencja tej kanadyjskiej polityk stała się internetowym wiralem. Należąca do lewicowej Nowej Partii Demokratycznej 54-letnia Leah Gazan „była zszokowana”, że ministerstwa jej kraju, które zajmują się kontaktami z rdzenną ludnością, otrzymały z budżetu 7 mld dolarów (kanadyjskich), a „nie przekazały ani jednego dolara na walkę z trwającym ludobójstwem ludzi MMIWG2SLGBTQQIA+”. Kanadyjska parlamentarzystka wcale nie strapiła się falą szyderstw i krytyki, jaka spotkała ją ze strony dosłownie setek tysięcy internautów, wśród których byli nawet Elon Musk czy Marco Rubio. Polityk upiera się, że o prawa kolejnych członków tęczowych wspólnot trzeba po prostu walczyć. Dodatkowo rozwinięcie skrótu LGBTQ+ nie jest jej pomysłem, lecz wynikiem wieloletnich dyskusji w łonie badaczy i aktywistów queer i gender. Czym więc są MIMW czy też 2S?
Dwie nowe tożsamości
Sprawa dotyczy nieuwzględnianych wcześniej mniejszościowych tożsamości. MIMW to „zaginione i zamordowane rdzenne dziewczynki”, a 2S to „dwa duchy”, w które wierzyły niektóre plemiona rdzennych Amerykanów. Ci pierwsi to wielcy nieobecni, ale przecież w związku z niszczeniem ich swobody wyrażania siebie mają prawo do osobnej tożsamości. Sami nie upomną się o dotacje i odszkodowania, ale mogą to za nich zrobić aktywiści i celebryci.
A „dwa duchy” dotyczą już ludzi żyjących, znanych z imienia i nazwiska. Dawni Indianie mieli więc postrzegać płeć inaczej niż w podziale kobieta – mężczyzna, ale mieć w sobie dwa pierwiastki płci, które mogły się wymieniać, przeplatać i rozdzielać wedle ich potrzeb. Taka tożsamość dotyczy więc tylko rdzennych Amerykanów (i to też nie wszystkich) i jest niedostępna dla białych. Nazwę po raz pierwszy zgłosiła w 1990 roku Myra Laramee podczas konferencji mniejszości seksualnych w Winnipeg. Nowy termin miał jej się objawić... we śnie i być odpowiedzią na obraźliwe określenia białych.
To znaczy biali Europejczycy i Amerykanie mają swoich gejów, lesbijki i osoby niebinarne, ale – zdaniem tego nurtu – są to pojęcia kolonialne, nieoddające istoty świadomości nieheteronormatywnych Indian. Brzmi zawile? Brzmi absurdalnie? Wbrew pozorom jest w tym logika, która pozwala nam sięgnąć do głębszego mechanizmu nakręcania społecznych patologii świata zachodniego.
Kawałki tortu męczeństwa
Od lewackiej rewolucji 1968 roku ruszył na Zachodzie wyścig, kto bardziej został skrzywdzony przez tradycyjny świat Zachodu. Nowa fala feminizmu stwierdziła, że rola żony-matki była formą represji. Betty Friedan stwierdziła nawet, że tradycyjna rodzina ma cechy obozu koncentracyjnego. Nie bez podstaw pokrzywdzona czuła się czarnoskóra społeczność USA, wywalczając sobie pozamerytoryczne punkty w rekrutacji na uniwersytety czy specjalne programy społeczne. Po zamieszkach w gejowskim klubie Stonewall w Nowym Jorku lewica do katalogu męczenników świata chrześcijańskiego dołączyła homoseksualistów. Rozpędzona machina szukania ofiar włączała kolejne grupy: dzieci uciskane przez rodziców, ateistów uciskanych przez katolików, zwierząt uciskanych przez osoby jedzące mięso, muzułmanów uciskanych przez Europejczyków, a także oczywiście – również nie bez powodu – rdzennych Amerykanów. W praktyce establishment polityczny zaczął opłacać rzekomo poszkodowane grupy oraz wyróżniać je kolejnymi przywilejami. Oprócz tych oficjalnych i usankcjonowanych prawnie – jak na przykład środki na organizacje aktywistów – były też bonusy kulturowe, jak na przykład promowanie mniejszości w popkulturze, muzyce, filmie i edukacji. Bycie ofiarą białego, chrześcijańskiego kolonializmu stało się modne i opłacalne, ale wraz z rozrośnięciem się listy poszkodowanych na scenie obdarowywanych zaczęło się robić ciasno. Nie tylko z powodu pieniędzy – ofiary systemu muszą być w centrum uwagi, zyskiwać współczucie i oburzać się na krytykę. Gdy jednak samych płci kulturowych wymienia się ponad 50, to jak tutaj stać się wyjątkowym? Już na początku lat 90. co sprytniejsi ideolodzy i aktywistyczni hochsztaplerzy wymyślili swoją metodę na ukrojenie większego kawałka cierpiętniczego tortu – łączenie tożsamości dla „sumowania” punktów własnej martyrologii. Lesbijki były więc poszkodowane i za orientację, i za płeć, czarnoskórzy geje – podobnie. Indianie o zmiennej płciowości dodawali jednak kolejne punkty – oni byli nie tylko inni przez rasę i orientację seksualną, lecz także przez to, że aktywiści LGBT dyskryminowali ich za „kolonialne” nazewnictwo. Słowem: określenia „gej” czy „lesbijka” było dla nich uwłaczające, bo mieli swoje nazwy.
Dwa duchy też dyskryminują?
Z bycia ofiarą można nieźle wyżyć. Ma-Nee Chacaby zdobyła rozgłos jako autorka autobiografii, w której opisuje szkolną dyskryminację jako osoba lesbijsko-dwuduchowa. Chelazon Leroux z kolei ma wielomilionowe zasięgi w mediach społecznościowych, wybierając tożsamość drag-two spirits. Do tego producenci odzieży czy „dwuduchowych treści” (książek, nagrań, muzyki) też mają swoich odbiorców wśród zwolenników tęczowej lewicy. Bycie ofiarą stało się modne, choć także w tym nurcie gender-queer znaleźli się i tacy, którzy „dwuduchowych” uznają za... dyskryminujących. Wszak „dwa duchy” występowały w ciałach członków tylko niektórych plemion i wypowiadanie się tych aktywistów w imieniu całej rdzennej ludności Ameryki jest – a jakże – dyskryminujące. Zdaniem Qwo-Li Driskill „dwa duchy” lekceważą przeszłość własnych przodków i pierwiastek etniczny, skoro skupiają się na swojej płciowości i „queer resistance”, czyli oporze mniejszości seksualnej przeciwko prawicy. Wreszcie „dwa duchy” mogą dyskryminować osoby trans, które mają też elementy płci męskiej i żeńskiej, ale nie należą do tradycji indiańskiej. Zawsze znajdzie się ktoś poszkodowany, wobec którego przyjdzie ktoś poszkodowany jeszcze bardziej. Tak, zwariować z nimi można, ale zrozumienie tej logiki jest przydatne. W ostatnich dekadach każde kolejne pokolenie obudowuje się mentalnością ofiary, jakby bycie przegranym w przeszłości było cnotą samą w sobie. Często też prawica wchodzi w te same koleiny i licytuje się na bycie poszkodowanym.
Wirus na prawicy
Prawicowy nurt „red-pilla” odpowiada za przekonanie, że biali, heteroseksualni mężczyźni są dyskryminowani i w kulturze powszechnej lansuje się taki model życia, który utrudnia im zawarcie związku z kobietami. Redpillowcy tropią w internecie promowanie obrazków z parami on czarny, ona biała, zaczytują się w feministycznych tekstach, w których europejskie czy anglosaskie kobiety gardzą swoimi mężami. Jest też rodzaj prawicy, która permanentnie czuje się prześladowana przez wszechmocnych masonów i Żydów do tego stopnia, że ostatnio w universum Grzegorza Brauna wydano książkę o Mieszku I, który stworzył swoje państwo nie dla obrony przed Germanami, ale właśnie przed... Żydami. W Polsce zresztą poczucie bycia ofiarą pada na szczególny grunt – 123 lata rozbiorów, dwa totalitaryzmy, niewdzięczność aliantów – wszystko to daje podstawy do goryczy, jednak współcześnie staje się to jakimś elementem niezdrowej tożsamości. Co innego jest bowiem stwierdzić fakty, a co innego robić z nich esencję swoich resentymentów. Dodatkowo tę nutę użalania się nad sobą stworzyli PRL-owscy komuniści wszystkich nurtów: a to „pańska Polska” znęcała się nad chłopem i robotnikiem, a to „żydowscy staliniści” drwili z polskiego partyzanta, a to wreszcie żydowscy komuniści czuli się najważniejszymi ofiarami PRL za wydarzenia 1968 roku. Syndrom „dwóch duchów" łączących kilka martyrologicznych ról przedziera się i do nas, pchając nas w wyścig pod hasłem: kto bardziej ucierpiał. Może lepiej niech tamci mnożą płcie i zwalczają się między sobą, która z nich jest najbardziej dyskryminowana: dwa, trzy czy pięć duchów. My tych duchów nawet nie liczmy.
Polecam lekturę. Dziękuję za rozmowę @GPtygodnik. pic.twitter.com/GhXBbAk5Hx
— Mariusz Kozłowski (@mario_kozlo) April 25, 2026