"Donald Trump tonie w sondażach. Amerykanie mają dość wojny i drożyzny” – głosił 19 maja tytuł jednego z polskich portali. Zalew podobnych doniesień opanował polską debatę o polityce w USA. Wszystkie razem tworzą wrażenie, że dzieje się coś bezprecedensowego.
Tymczasem pozytywnie pracę prezydenta ocenia, według średniej serwisu Real Clear Politics, około 40 proc. Amerykanów. W tym samym okresie swojej prezydentury Joe Biden cieszył się średnią wynoszącą 41 proc. Miesiąc później notowania były jeszcze niższe i wyniosły 37 proc. Podczas pierwszej kadencji, w maju 2018 roku, pracę Trumpa pozytywnie oceniało zaś średnio 43 proc. Amerykanów.
Mamy więc raczej do czynienia z potwierdzeniem reguły, a nie wyjątkiem od niej, obowiązującej w amerykańskiej polityce od ponad dekady. Polaryzacja sprawia, że żaden lokator Białego Domu nie może liczyć na trwałe przekroczenie granicy 50 proc. społecznego poparcia. Trumpowi udało się to dosłownie na moment, krótko po inauguracji. Regułą jest też to, że partia prezydenta ponosi straty w wyborach śródterminowych.
Czyszczenie szeregów
Choć sam Donald Trump życzyłby sobie pewnie lepszych wyników w sondażach i będzie robił wszystko, by odrobić straty przed listopadowymi wyborami do Kongresu, obraz, w którym jego władza się chwieje, jest bardziej wynikiem myślenia życzeniowego w Polsce niż stanu faktycznego. Wynika to z dwóch rzeczy.
Po pierwsze, Trump znajduje się w centrum kryzysów, które nas bezpośrednio dotykają: od negocjacji w sprawie wojny na Ukrainie przez starcia z sojusznikami w Europie, wojnę w Iranie aż po niejasności dotyczące obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Jeśli Trump jest naprawdę słaby, to może te wszystkie kryzysy się jakoś magicznie skończą, gdy tylko on zniknie ze sceny.
Po drugie, o wykrzywiony obraz rzeczywistości łatwiej, bo tworzą go już nie tylko media liberalne, tradycyjnie nastawione wrogo do Trumpa, lecz także spora część komentatorów prawicowych. Ci ostatni, jak na przykład Wojciech Cejrowski, który ostatnio ogłosił swoje zerwanie z Trumpem, tworzą wizję, która mówi, że amerykański prezydent „zdradził rewolucję MAGA” i utracił zaufanie swoich wyborców.
Spora część argumentów w tej narracji jest powtarzana za amerykańskimi komentatorami, takimi jak: Tucker Carlson, Megyn Kelly czy Candace Owens, którzy w ostatnim czasie zaczęli głośno krytykować Trumpa, oskarżać go o zbyt bliską współpracę z Izraelem i głosić całą gamę teorii spiskowych dotyczących listy Epsteina, zabójstwa Charliego Kirka czy prób zamachu na samego Trumpa.
O tych podziałach na amerykańskiej prawicy można powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, wpływ Carlsona czy Owens na szerszą koalicję stojącą za Trumpem jest często zdecydowanie przeceniany. Po drugie, z polskiego punktu widzenia fakt, że to właśnie ta część koalicji jest z niej wypychana lub sama ją opuszcza, jest zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym. Tucker Carlson czy Candace Owens nie tylko z sympatią patrzyli na Władimira Putina i powtarzali tezy rosyjskiej propagandy, lecz także podważali sens amerykańskiego zaangażowania na rzecz sojuszników.
Jeśli czegoś można się było obawiać w związku z drugą kadencją Trumpa, to właśnie tego, że bardziej tradycyjnych republikanów zastąpią ludzie myślący o polityce zagranicznej podobnie jak Carlson. Choć takie osoby są nadal w administracji, na przykład Tulsi Gabbard czy Robert Kennedy Jr., to w sprawach dotyczących polityki zagranicznej są regularnie marginalizowane.
W międzyczasie z polityki odeszło dwoje przedstawicieli frakcji izolacjonistycznej – najpierw Matt Gaetz, a potem Marjorie Taylor-Greene, która pomimo skrajnych poglądów i opowieści o „żydowskich laserach” zapewniła sobie pięć minut sławy w liberalnych mediach, opowiadając o tym, jak zawiodła się na Trumpie.
Nieprawdziwa byłaby też teza, że od Trumpa odwraca się „najbardziej prawicowe” skrzydło. Gabbard i Kennedy Jr. to wprost przeszczepy z Partii Demokratycznej. Carlson zaczynał pracę w mediach od CNN, a spora część jego opowieści o świecie, złym amerykańskim kompleksie militarno-przemysłowym i wszechobecnych spiskach jest zaczerpnięta z dorobku radykalnej lewicy z lat 60. i 70.; to idole antyamerykańskiej lewicy, jak reżyser Oliver Stone czy dziennikarz Seymour Hersh, są idolami Tuckera. Po zerwaniu z Trumpem w sprawie wojny w Iranie Megyn Kelly chwaliła się, że ona i Carlson zyskali sporą grupę nowych widzów, którzy są… muzułmanami. Stwierdziła też, że należy walczyć z islamofobią.
Massie i perspektywy wyborcze
Podobnie pozytywnym, z polskiego punktu widzenia, zjawiskiem jest porażka kongresmena Thomasa Massiego w jednych z najgłośniejszych prawyborów w najnowszej amerykańskiej historii. Massie, który reprezentował Kentucky w Kongresie od 13 lat, przegrał z nikomu bliżej nieznanym Edem Gallreinem, farmerem i byłym żołnierzem Navy Seals. Za tym drugim stanął nie tylko prezydent Trump, lecz także spore pieniądze organizacji prożydowskich.
Massie twierdził, że prawybory to referendum w sprawie tego, czy „Izrael może kupić sobie miejsca w Kongresie”, a po przegranej 10 pkt proc. stwierdził, że miał trudności w złożeniu gratulacji swojemu rywalowi, bo „musiał go odnaleźć w Tel Awiwie”. Ale referendum dotyczyło tak naprawdę czegoś innego. Pokazało, że w Partii Republikańskiej otwarty konflikt z prezydentem jest najprostszym przepisem na porażkę.
Choć wielu na polskiej prawicy kibicowało zapewne Massiemu, za sprawą jego stosunku do Izraela, warto pamiętać, że ten sam kongresmen w końcówce 2025 roku złożył w Kongresie projekt legislacji, która jeśli zostałaby przyjęta, miałaby zobowiązać prezydenta USA do formalnego wyjścia z NATO.
Jakie są szanse republikanów w nadchodzących w listopadzie wyborach śródterminowych? Reguła mówi, że prezydent, którego notowania są pod kreską, ma niewielkie szanse na uniknięcie poważnych strat, szczególnie w wyborach do Izby Reprezentantów. Obama stracił w 2010 roku 63 mandaty, Trump w 2018 roku – 41, wynik Joego Bidena z 2022 roku, ze stratą dziewięciu miejsc w Izbie, jawi się w tym kontekście jako całkiem niezły.
Na palcach jednej ręki można policzyć prezydentów, którym udało się odwrócić ten trend: Franklin Delano Roosevelt w 1934 roku, John F. Kennedy w 1962 roku, Bill Clinton w 1998 roku (dzięki boomowi gospodarczemu) i George W. Bush (po zamach 11 września). Problemem republikanów jest jednak to, że ich obecna przewaga w Izbie jest minimalna – wynosi zaledwie pięć miejsc. To oznacza, że nawet niewielkie straty mogą się równać z utratą kontroli.
Warto jednak spojrzeć na sprawę z innej perspektywy. Pomimo negatywnych trendów, przeciągającej się wojny w Iranie, rosnących cen benzyny zwycięstwo demokratów nie jest wcale pewne. Nikt na razie nie spodziewa się „niebieskiej fali” – zdecydowanego triumfu, dającego przewagę kilkudziesięciu miejsc w Izbie.
Wygląda też na to, że GOP (Grand Old Party) zachowa kontrolę nad Senatem, co kompletnie wykluczy impeachment Trumpa, choć zwycięstwo w Izbie Reprezentantów sprawi, że demokraci i tak zdecydują się na rozpoczęcie procedury. Do wyborów pozostało jednak jeszcze ponad pięć miesięcy i pewne czynniki działają na korzyść partii prezydenta.
Po pierwsze, za sprawą zatrzymania przez sądy części prób demokratów w zmianie dystryktów i dokończenia tych z inicjatywy GOP, ocenia się, że obecny kształt okręgów wyborczych daje republikanom strukturalną przewagę, która może się przełożyć nawet na 10 dodatkowych miejsc w Izbie.
Po drugie, siła obozu Trumpa nie jest tylko funkcją jego notowań widzianych w izolacji, lecz także siły przeciwnego obozu politycznego. Jak pokazało ostatnie badanie Pew Research Center, 58 proc. wyborców ma negatywne zdanie na temat Partii Republikańskiej, ale 59 proc. jest tego samego zdania o Partii Demokratycznej. Dla demokratów porażka Harris w 2024 roku była czymś więcej niż tylko przegraną, była końcem pewnego modelu, partia nie ma pomysłu na samą siebie, a coraz częściej najlepiej słyszalny głos należy do radykałów. Według badania Gallupa 62 proc. wyborców demokratów uważa, że partia przesunęła się za bardzo na lewo.
Paradoks obecnej sytuacji polega na tym, że podczas kampanii może się okazać, iż „antysystemowy” Trump i GOP pod jego wodzą pójdą do wyborów pod hasłem stabilności i nieulegania szaleństwom radykalizmów. Nowa koalicja Trumpa może się opierać na podziale na tych, którzy wierzą w Amerykę, i na tych, którzy uważają ją za źródło zła. W 2025 roku 92 proc. republikanów i tylko 36 proc. demokratów stwierdziło, że są dumni z bycia Amerykanami.
📷 Goścmi programu „Wysokie Napięcie” @MiloszKleczek w @RepublikaTV byli przedstawiciele #KlubGazetyPolskiej Pabianice
— Kluby "Gazety Polskiej" (@KlubyGP) June 1, 2026
Gratulujemy występu! pic.twitter.com/oraBTZTApc