Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Jak się żyje w białoruskim łagrze? Maciejewski o najmroczniejszej stronie reżimu

Filmy dokumentalne albo reportaże na temat Korei Północnej biją w internecie rekordy popularności, fascynując widzów swoją egzotyką, skalą zniewolenia i rachitycznością systemu. Tymczasem nieopodal geograficznego centrum Europy, na Białorusi, Aleksandr Łukaszenka co prawda nie ma statusu Kim Dzong Una, ale od sześciu lat dokręca śrubę swojej dyktatury. Śmiało można pisać o białoruskich łagrach, które wywołują obojętność podobną do dawnych opisów Aleksandra Sołżenicyna - pisze Jakub Maciejewski w "Gazecie Polskiej".

W Polsce żyje ponad 200 tys. Białorusinów, można ich zapytać. Największa fala imigracji przyszła w 2020 roku, gdy nie udało się, mocą społecznego sprzeciwu, obalić reżimu. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, zwłaszcza ci, którzy choćby tylko wyszli na ulicę, nawet na spacer latem 2020 roku, do dziś mają traumy i psychiczny defekt w poczuciu własnej wolności. Pavel ma 23 lata, jest studentem i fotografem. Poprosiłem go, by zrobił zdjęcia do mojego reportażu na temat studenckich protestów w Krakowie – wrócił po kwadransie z drżącymi rękami. „Tam stoi policja" – mówi. „Wiem, no takie procedury" – uspokajam chłopaka. „Nie dam rady, czuję taką presję, jakby mogli stamtąd wypaść i mnie porwać” – odpowiada młody człowiek, na co dzień niczym nieróżniący się od pokolenia Z przesiadującego w kinach i kawiarniach. I Pavel nie przesadza – więźniowie białoruskich kolonii karnych właśnie tak wspominają swoje pierwsze kroki do wnętrza systemu penitencjarnego własnego kraju, a praca wydana przez Ośrodek Studiów Wschodnich pt. „Archipelag Białoruś”, zbierająca wyznania zwolnionych więźniów politycznych, jest tego pokaźnym udokumentowaniem. 

To, co jednak należy podkreślić w opisie tych wygładzonych białoruskich łagrów, to konsekwentna ciągłość między tym systemem a stalinowskim Gułagiem. Sowieckie obozy pracy, po pierwszej morderczej fazie doprowadzającej do śmierci setek tysięcy ludzi, zostały po 1953 roku zreformowane.

Ławrientij Beria tuż po śmierci Stalina doszedł do wniosku, że ten system, wbrew komunistycznej mitologii, wcale nie jest opłacalny dla socjalistycznej gospodarki i cała machina kontroli w zestawieniu z niską wydajnością pracowników przymusowych po prostu jest nieopłacalna. System więc ewoluował, ale nadal niewolił ludzi, choć na inną skalę i mniej krwawymi metodami. Przyglądając się opisom białoruskich kolonii karnych, widzimy tu po prostu następny etap wykorzystywania politycznej opozycji w zamkniętych obozach. Owszem, nie ma już baraków, lecz są murowane budynki z wieloosobowymi celami. Owszem, nie wbija się szpilek pod paznokcie, a „jedynie” bije po głowie i skacze po plecach, i nie wywozi się pod koło podbiegunowe, a „tylko” do Nowopołocka, tyle że cel i efekt są te same: łamanie i jednostek, i całego społeczeństwa.

Zatrzymanie, przesłuchanie i etap

Już opowieści z samych zatrzymań przypominają wielką czystkę lat 30., czyli porwania, a nie aresztowania przez mundurowych. Paweł Mażejka wspomina, jak w Grodnie wyszedł rano ze swojego domu i udał się na parking. „Nagle zaatakowała mnie kilkuosobowa grupa młodych mężczyzn. Na twarzach mieli maski lub kominiarki (...) Zaczęli krzyczeć, żebym się nie ruszał. (...) Brutalnie wykręcili mi ręce za plecami, założyli kajdanki i nałożyli na głowę ciemny płócienny worek”. Więźniowie wspominają o zamaskowanych sprawcach dość często. I o wywózce w niewiadomym kierunku, przy zmienianiu trasy, skręcaniu, wydłużaniu drogi. Skutecznie uderzało to w psychikę, skoro Alaksandr Fiaduta wspomina: „Bardzo mnie niepokoiło, dokąd nas wiozą. Na Białorusi kilku politycznych oponentów władzy zniknęło bez śladu”. Wielu zatrzymanych boi się wtedy jednego – czy rodzina się dowie, jaki jest ich los, i jak będą odchodzić ze zmysłów ze strachu. Przesłuchania przypominają nasze rodzime, esbeckie standardy. Halina Dzierbysz opisuje, jak próbowano ją przekonać do podpisania zeznań, w których stwierdza, że widziała broń u przyjaciela – co było niezgodne z prawdą. Miała obciążyć innego opozycjonistę. Nie zrobiła tego. Przy braku odpowiedniej pokory stosuje się przemoc. Mażejka opowiada: „Bili mnie dużą, ciężką książką. Przez materiał worka (...). Ciosy zadawali w tył głowy i w plecy. Czasem bili rękami, pięściami” – a więc nie chcieli zostawiać śladów, jak na starą sowiecką szkołę przystało.  

Transport do którejś z kolonii karnych ma sowieckie elementy – włącznie ze starymi wagonami kolejowymi, tzw. stołypinkami z kratami w oknach, które nie tylko uniemożliwiają ucieczkę, lecz także oddziałują na psychikę. Podróż – tzw. etap – bywa nienaturalnie długa, przynosząc znużenie i osłabiając psychiczną odporność. Białoruś przecież nie jest rozległym imperium, by z centrum kraju na obrzeża jechać pociągiem osiem godzin. A przecież więzienny epizod jeszcze się tu nie zaczął.

Łamanie

Mała osobista wstawka – w 2020 roku zostałem deportowany z Mińska do Warszawy. Przyjechałem relacjonować protesty przeciwko Łukaszence, ale chwila nieuwagi na białoruskim lotnisku spowodowała, że skierowano mnie na osobne przesłuchanie, wydano decyzję o deportowaniu i zatrzymaniu na dobę w specjalnej sali. Kilkadziesiąt osób w jednej salce, w telewizji przemówienia Łukaszenki na przemian z hokejowymi popisami dyktatora (na czas protestów przerwano nadawanie na żywo w obawie przed aktem sprzeciwu), brud, smród i przypadkowi ludzie z całego świata pomiędzy czterema ścianami. Całości pilnowały superpoważne młokosy w tych charakterystycznych postsowieckich czapkach z ogromnymi rondami, łączący się z szefostwem archaicznym telefonem kablowym. Dla nas, dziennikarzy przyłapanych na nieżyczliwych intencjach wobec Łukaszenki, to była igraszka, przejściowa zabawa we „wrogów państwa”, ale był to przedsionek autorytarnego reżimu, decydującego o ludzkim losie z powodów politycznych. Polak czy Niemiec nie mógł zniknąć po wezwaniu przez młokosa w postsowieckej czapie – Białorusin był już zdany na kaprys swojego umundurowanego rodaka. Stąd też nie jesteśmy w stanie poczuć, kim staje się człowiek przed obliczem swojego więziennego pana – a widać, że byle zmiana nastroju decyduje o losach skazanego. Na więziennych apelach niepokornych bito, otwierano im cele, tak by był nieustanny przeciąg, zapalano światło, by nie pozwolić organizmowi się zregenerować. Nieodłączną towarzyszką politycznych skazańców są wszy. Dla hardych jest i karcer – czasem tylko śmierdzący, chłodny i wilgotny, a czasem jeszcze tak niewygodny, że nie sposób przybrać jednej pozycji na stałe, na przykład położyć się, wyprostować czy usiąść. „Efekt Lucyfera” – uzewnętrznianie się najgorszych cech u strażników więziennych – w wersji autorytarnej uwypukla się jeszcze bardziej.  

Więźniowie zgodnie nakreślają obraz degradacji własnego człowieczeństwa do rangi niewolnika. 

Fikcja pracy

Z relacji opublikowanych przez OSW wiemy, że proste prace fizyczne w koloniach karnych bywają kupowane przez prywatne firmy lub państwowe instytucje. Na przykład przygotowuje się bukiety sztucznych kwiatów, innym razem – opakowania na mleko. Przy tej różnorodności zamówień nie ma szans, by było to profesjonalne, opłacalne i wydajne – to po prostu niskojakościowa praca, będąca ideologicznym uzasadnieniem dla politycznej resocjalizacji. Za odmowę podjęcia pracy skazuje się na karcer. Strażnicy pilnują realizacji zamówień, jednak jako że przecież sami nie znają się na zamawianych produktach, bardziej są motywowani niechęcią do politycznych wrogów niż troską o jakość towaru. Według opowieści dysydentów praca niewolnicza pomaga na przykład Aleksandrowi Maszenskiemu, którego produkty rybne i mleczne trafiają także na rynki europejskie, w tym polski. Zdaje się więc, że mamy tu do czynienia nie tylko z pracą przymusową jako łamaniem charakterów, lecz także pośrednim zaangażowaniem wolnego świata w budowę kolonii karnych. Kupując białoruskie produkty, uzasadniamy pastwienie się nad obywatelami, którzy postawili się Łukaszence.

W tym sensie Białoruś naprawdę pozostaje skorygowaną mutacją małego Związku Sowieckiego. Nie znamy liczby więźniów politycznych pracujących w tych łagrach w XXI wieku, ale skoro Łukaszenka mógł na mocy porozumienia z USA zwolnić 500 z nich bez zawalenia się systemu, to znaczy, że ma w koloniach karnych tysiące ludzi. 

A musimy przy autorytarnej, postsowieckiej naturze zrozumieć jedno: najgorsze okrucieństwa, cyniczne tortury i destrukcyjna inżynieria społeczna są dla Mińska jeszcze większą tajemnicą – do najmroczniejszych stron reżimu naprawdę nie mamy dostępu. 

Źródło: Gazeta Polska

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat