Najbardziej tajemnicza postać spośród Rosjan dowodzących 10 kwietnia na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku pułkownik Nikołaj Krasnokutski awansował w wojskowej hierarchii i nie jest już zastępcą dowódcy bazy lotniczej w Twerze - ustalił "Nasz Dziennik". Dwa miesiące po katastrofie polskiego samolotu z prezydentem na pokładzie Krasnokutski trafił do centrum, na terenie którego znajduje się jedyna w Rosji jednostka radiolokacyjnego naprowadzania i dowodzenia w zamkniętej strefie w Iwanowie. Krasnokutski szkoli teraz pilotów do zrzutów desantowych.
W bazie wojskowej w Twerze, do której dotarli reporterzy "Naszego Dziennika", nie ma też majora Wiktora Ryżenki, autora frazy: "Na kursie, na ścieżce", który 10 kwietnia ubiegłego roku pełnił funkcję kierownika strefy lądowania.
Krasnokucki nie chciał zamknąć lotniska i arbitralnie przejął dowodzenie na wieży. Na uwagę kontrolwe Pawła Plusnina, że "na miejscu Moskwy ja bym tu nie gnał", oznajmia zdecydowanie: "To decyzja międzynarodowego numer jeden. Do 100 metrów, bez dyskusji". Nie wiadomo, kim jest "międzynarodowy", w każdym razie pomiędzy drugim i trzecim zakrętem tupolewa Krasnokutski informuje o położeniu maszyny komuś, do kogo zwraca się "towarzyszu generale".