Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Wraca sprawa niewyjaśnionej śmierci dziennikarza. "Wersji jest wiele, łącznie z taką, że on żyje"

Rzeszowska Prokuratura Okręgowa nie podejmie na razie na nowo śledztwa ws. śmierci dziennikarza z Sanoka Marka Pomykały. Ten niknął w kwietniu 1997 r. Pierwotnie założono, że popełnił samobójstwo; później jednak wszczęto śledztwo w sprawie jego zabójstwa. Sprawę ostatecznie umorzono.

Autor:

- Wersji w tej sprawie jest wiele, łącznie z taką, że on żyje. Na razie nie ma żadnych nowych dowodów. Jeżeli się takie pojawią, to może podejmiemy śledztwo

- poinformowała dziś naczelnik wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie prok. Agnieszka Zięba.

Dodała, że wersji samobójstwa, jak i zabójstwa również nie można wykluczyć.

Chodzi o sprawę dziennikarza z "Gazety Bieszczadzkiej". Według ustaleń, mężczyzna 29 kwietnia 1997 wieczorem wyjechał gdzieś swoim "maluchem". I od tego czasu nie wiadomo, co się z nim stało. Kilka lat później oficjalnie uznano, że Marek Pomykała nie żyje.

Prok. Zięba dodała, że według żony dziennikarza, która została przesłuchana jako świadek, Marek Pomykała nie byłby zdolny do ukrywania się przez tyle lat w obcym miejscu.

Marek Pomykała wieczorem poprzedniego dnia przed zniknięciem zapowiedział swojemu zwierzchnikowi, że nazajutrz przyniesie artykuł. Jak podają lokalne media miał też mówić znajomym, że zajmuje się wypadkiem, który spowodowała ważna osoba.

Prok. Zięba potwierdziła jedynie, że według ustaleń rzeczywiście obiecał szefowi artykuł, ale nie potwierdziła informacji o tym, że Marek obiecał artykuł o wypadku. Poinformowała, że żaden z przesłuchanych świadków nie mówił o tym, że Marek zajmował się sprawami policji, czy wypadkiem. Ustalono natomiast, że dziennikarz zajmował się tematami sportowymi.

Po kilku dniach od wyjścia z domu dziennikarza jego samochód odnaleziono przy zaporze na Solinie. Jak podają lokalne media, i co potwierdza prokurator Zięba, bak na paliwo w aucie był zupełnie pusty. Ponadto dziennikarz miał podobno – jak podają media - także odebrane prawo jazdy. Nie wiadomo zatem, czy Marek sam prowadził "malucha", czy ktoś inny kierował. Wiadomo jedynie, że to on wziął kluczyki do auta od swoich rodziców.

Zostało wszczęte dochodzenie w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci. Później przyjęto wersję, że dziennikarz popełnił samobójstwo. Mężczyzna miał bowiem mieć stany depresyjne oraz nadużywać alkoholu i leków, w tym psychotropowych.

- Mamy świadka, który widział, jak dzień przed zaginięciem dziennikarz zażywał dużą ilość tabletek. I świadek nawet pytał po co, a Marek miał powiedzieć, że chce się wyspać, bo ma pisać artykuł, albo odwrotnie – że chce być pobudzony, bo ma pisać artykuł

- mówiła prokurator.

Mimo poszukiwań m.in. w Zalewie Solińskim ciała do dziś nie odnaleziono.

- Wersji na temat jego zaginięcia może być milion. On wyszedł w stanie krytycznym z domu: po lekach, po alkoholu, pijany, splątany. Nie można na przykład wykluczyć takiej wersji, że w czasie jazdy zabrakło mu paliwa, wychodzi na drogę i ktoś go w nocy nie zauważył i śmiertelnie potrącił. Po czym, żeby zatrzeć ślady wypadku, ktoś odprowadza auto na zaporę - mówiła prokurator.

W 2014 roku Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarza. Stało się to po zeznaniach kobiety, która była związana z emerytowanym policjantem (wcześniej milicjantem).

Jak potwierdziła prok. Zięba, mężczyzna miał się przyznać swojej konkubinie, że spowodował po pijanemu śmiertelny wypadek samochodowy w Łączkach w 1985 r. i doprowadził do zatuszowania sprawy. Był wtedy wysokim funkcjonariuszem milicji. Później miał zabić milicjanta Krzysztofa P., który chciał ujawnić prawdziwego sprawcę wypadku, a następnie z tego samego powodu zabić Marka Pomykałę. Tego zabójstwa miał rzekomo dokonać na swojej działce w Wołkowyi.

Prokuratura w czasie śledztwa sprawdzała informacje przekazane przez konkubinę emerytowanego funkcjonariusza, ale uznała, że wiele informacji się wzajemnie wyklucza.

W mieszkaniu żony emerytowanego policjanta prokuratura zabezpieczyła plik z tekstem, który miał być szkicem pisanej przez niego powieści o wypadku i utonięciu milicjanta.

Prokuratura uznała też, że nie ma dowodów, które potwierdzają udział emerytowanego policjanta w śmierci Marka Pomykały. - W tej kwestii nie zgadza się nic - zaznaczyła prok. Zięba. W ostateczności umorzyła śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarza ze względu na brak dowodów.

- Jeżeli wersja, którą przedstawia konkubina, potwierdziłaby się choćby jednym dowodem z wersją przedstawianą przez emerytowanego policjanta, to można by było kontynuować śledztwo - wyjaśniła prokurator.

W trakcie śledztwa sprawdzono m.in. bilingi telefoniczne Marka Pomykały, które wykazały, że dzwonił on do dyżurnego policji Komendy Wojewódzkiej Policji w Krośnie, od którego miał uzyskać numer telefonu do ówczesnego zastępcy komendanta KWP w Krośnie, a ten z kolei miał mu dać numer do komendanta. Jednak w śledztwie nie udało się wyjaśnić o czym rozmawiali. Obaj policjanci zasłonili się bowiem niepamięcią.

Wątek związany z ewentualnym zabójstwem Krzysztofa P., który chciał ujawnić faktycznego sprawcę wypadku także zostało umorzone.

Autor:

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polska