Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Tylko Berlin nas uratuje. Dawid Wildstein o niemieckich gierkach

Obecnemu konfliktowi polsko-ukraińskiemu towarzyszy narracja o wspaniałości Niemiec i związanej z tym konieczności pogłębiania procesów federalizacyjnych UE, które to państwo proponuje. Znowu słyszymy, że to jedyny ratunek przed Rosją, zaś nasz zachodni sąsiad jest przedstawiany jako państwo, które broni nas przed Putinem. Narracja o „zjednoczonej Europie” pod przewodnictwem Berlina jest dziś silniejsza niż w czasie sporu o program SAFE. Warto się jej przyjrzeć, bo pełni niebezpieczną rolę – zarówno wewnątrz Polski, jak i geopolitycznie.

Okazuje się więc, że Nawrocki, nie zgadzając się na uhonorowanie UPA i – wraz z PiS-em – reagując na tę kwestię w sposób stanowczy, jest „rosyjskim agentem”. Temu oskarżeniu towarzyszy kolejna odsłona opowieści o konieczności „jednej Europy”, w której Niemcy przedstawiane są jako główny wróg Putina. Tym samym każdy, kto krytykuje Berlin, jest automatycznie oskarżany o bycie zwolennikiem Rosji. Obrywa się też tym, którzy przypominają wcześniejszą politykę Niemiec. W mediach powiązanych z władzą często spotyka się pogardliwe stwierdzenie: „znowu przypominają o tych hełmach”.

Pamiętajmy o hełmach!

Mowa oczywiście o sytuacji, kiedy w początkowej fazie pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę pomoc Niemiec sprowadziła się do wysłania kilku tysięcy hełmów. Skupmy się jednak na tym „argumencie”, pokazuje on bowiem celową manipulację, która stoi za dzisiejszą opowieścią o cudownym Berlinie.

Krytykom Niemiec nie chodzi o same hełmy. To symbol tego, że Berlin przez pierwsze miesiące agresji wyczekiwał upadku Kijowa. Liczył, że wojna będzie krótkim epizodem, który nie zakłóci jego relacji z Moskwą. Te zaś, przypomnijmy, były kluczowym elementem jego dominującej pozycji w UE.  

Prorosyjskość Niemiec nie wzięła się znikąd. Była efektem trwającej dekady konsekwentnej polityki budowania własnej pozycji w Europie poprzez interesy z Moskwą, wzmacniając jej siłę i wpływy. Te przysłowiowe już hełmy przypominają więc ponurą prawdę: Berlin jest za tę wojnę współodpowiedzialny, zaś Ukrainę uratowano nie dzięki Niemcom, lecz pomimo nich.

Kwestia ta jest fundamentalna – właśnie dlatego brukselsko-berlińscy entuzjaści tak nie lubią, gdy się o niej przypomina. Nie ma bowiem żadnej gwarancji, że Berlin będzie trzymał się obecnej antyrosyjskiej polityki przez następne lata. Więcej, wydaje się to bardzo wątpliwe, patrząc na to, jakie są dalekosiężne interesy Niemiec i jak ważne są dla ich realizacji wspólne inicjatywy (chociażby w zakresie energetyki z Federacją Rosyjską). Już teraz wśród najważniejszych polityków niemieckich pojawiają się głosy wprost mówiące o konieczności dogadania się z Rosją i powrotu, przynajmniej częściowego, do poprzednich układów (skądinąd symptomatyczne jest to, że opisując większość przeszłych układów Niemcy–Rosja, Berlin używa określenia, że są „zamrożone”, a nie zlikwidowane). Nie mówiąc już o tym, że nie mamy pojęcia, jak może wyglądać scena polityczna w tym kraju po wyborach. Można więc mieć jak najbardziej pozytywne zdanie o obecnym zaangażowaniu Niemiec w pomoc Ukrainie, nie jest to jednak żaden argument za tym, żeby akceptować ich idee federalizacyjne. Są one bowiem nadal potencjalnie bardzo niebezpieczne, także pod kątem analizy rosyjskiego zagrożenia dla państw naszego regionu.  

Sabotażysta Nawrocki

Berlin odnosi wiele konkretnych korzyści z aktualnego konfliktu polsko-ukraińskiego, nic więc dziwnego, że pcha do niego obecny establishment Ukrainy. Po pierwsze, na ten moment Polska nie ma wpływu na to, czy Ukraina zostanie przyjęta do Unii, czy nie. Dla każdego jest oczywiste, że obecnie nie ma na to żadnych szans, a także że jest to ostatnie, czego chciałyby same Niemcy. Spór na linii Warszawa–Kijów pozwala jednak Berlinowi ukryć tę prawdę i przedstawiać nasz kraj jako głównego winowajcę braku akcesji Ukrainy do struktur UE. Tę narrację wprost sprzedaje społeczeństwu ukraińskiemu aktualny establishment tego państwa, pogłębiając jego niechęć do Polski.

Po drugie, w sprzyjającej Niemcom narracji, bardzo silnie obecnej w całej UE, obecne działania Polski przedstawiane są jako argument za koniecznością prowadzenia „wspólnej polityki zagranicznej UE” (czytaj: za odebraniem w tej kwestii suwerenności państwom członkowskim). Nie może być przecież tak, że „dywersja” jednego państwa wystawia całą wspólnotę europejską na zagrożenie. W końcu obecnie rządzący Polską sojusznicy Berlina usiłują za pomocą konfliktu polsko-ukraińskiego legitymizować swoje działania, mające na celu osłabienie relacji między Polską a USA. Obecna awantura, przedstawiana oczywiście jako w pełni zawiniona przez Nawrockiego, staje się koronnym argumentem za wizją świata, w której straszny Trump, wraz ze swoim podnóżkiem, polskim prezydentem, rozbija UE. Osłabia całą wspólnotę w obliczu rosyjskiego zagrożenia. W tej infantylnej, manichejskiej perspektywie Trump jest równie niebezpieczny (o ile nie bardziej) jak Putin. To prezydent USA, z pomocą polskiego prezydenta, uniemożliwia „europejską jedność”, która jest jedyną siłą zdolną przeciwstawić się Putinowi. W tym ujęciu Nawrocki staje się postacią żywcem wyjętą z PRL-owskiej propagandy (z której obecna antyamerykańska narracja części prorządowych ośrodków propagandowych, szczególnie powiązanych z Giertychem, czerpie pełnymi garściami), rodzajem sabotażysty na usługach zachodnich imperialistów. 

Powrót do przeszłości

Jak widać, konstytutywną cechą opisanej powyżej propagandy jest jej emocjonalność. Zamiast argumentów oferuje histerię, uderzając w skrajnie apokaliptyczne tony. Takie natężenie emocji jest w sposób oczywisty na rękę obecnie rządzącym, bowiem wskazuje wroga, mobilizuje twardy elektorat, zwiera szeregi zwolenników. Zamiast realnej rozmowy o stanie państwa mamy wrzask, co dziś, szczególnie przy kolejnych aferach uderzających w rząd, jest dla Tuska na wagę złota. Dobrze ten diapazon głupoty i absurdu pokazuje rysunek, który jest szeroko udostępniany w sieci przez zwolenników obecnej władzy. Przedstawia on ojca z dzieckiem chodzących po zdewastowanym polskim mieście pełnym rosyjskich flag. Płaczący synek pyta się, dlaczego „tak żyjemy”, i w odpowiedzi słyszy: „Nie poszliśmy na wybory, bo ktoś się wepchnął przed kolejkę do lekarza”. To już wyjątkowo toporna propaganda. Niestety przekaz mediów władzy („GW”, TVN i im podobnych) oraz jej komentatorów jest niewiele subtelniejszy.

Jest jeszcze jeden element pokazujący fałsz i niebezpieczeństwo tej radykalnie prounijnej narracji, połączonej z uderzeniem w relacje transatlantyckie.

Pozwolę sobie to pokazać na przykładzie minionej 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości w USA. W jaki sposób zareagował na to wydarzenie nasz rząd? Właściwie w żaden. Co zrobiły Niemcy? Nie tylko wysyłały gratulacje za gratulacjami, dodatkowo w kolorach flagi amerykańskiej podświetlono ikoniczną budowlę w Berlinie – Bramę Brandenburską. Mamy tu oczywiście do czynienia z wymiarem symbolicznym, ale idealnie pokazującym, w co tak naprawdę grają Niemcy. One wcale nie chcą wypchnąć USA z naszego kontynentu, tylko z Europy Środkowo-Wschodniej.

Robią, co mogą (niemiecki lobbing w Waszyngtonie jest gigantyczny), żeby nastąpił powrót do bilateralnych stosunków znanych chociażby z czasów początku prezydentury Bidena. Wtedy Berlin pełnił rolę reprezentanta całości UE. Nie tylko był beneficjentem większości profitów relacji Unii z USA, był także ich dysponentem na inne kraje Unii. Żeby ta sytuacja wróciła, Stany muszą uznać, że Polska jest niewiarygodnym i niestabilnym państwem, z którym nie należy pogłębiać relacji – i tę rolę idealnie odgrywa Tusk. Warto jednak pamiętać, że to właśnie wspomniany bilateralny układ z USA pozwolił prowadzić Niemcom skrajnie prorosyjską politykę i okazał się niezwykle szkodliwy dla bezpieczeństwa oraz ekonomii państw naszego regionu.

Pokazuje to, jak groźna dla naszego państwa jest obecna polityka Tuska.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska