W miniony czwartek po wlocie nad terytorium Polski uzbrojonej rosyjskiej rakiety i uruchomieniu syren alarmowych w Lublinie i Krasnymstawie, zapanowała wielogodzinna cisza ze strony wszystkich ośrodków państwa. Opozycja i obywatele krytykują system informowania o zagrożeniu, wskazując, że 30 lipca po prostu zawiódł, pozostawiając społeczeństwa bez istotnych informacji w kwestii bezpieczeństwa.
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych (DORSZ) poinformowało, że wówczas o godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt. Dla jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. O godz. 3.46 obiekt zanikł.
Uzbrojona rosyjska rakieta Ch-101 spadła na pole w miejscowości Tarnawa-Kolonia w pow. biłgorajskim, około 100 km na zachód od granicy z Ukrainą.
Marcin Kierwiński, szef MSWiA, przekonywał potem, że "nie ma skuteczniejszego i szybszego systemu powiadamiania niż syreny alarmowe", a wtórował mu szef rządu Donald Tusk, który wskazywał, że "nie zostały wysłane SMS-y z alertem RCB, bo po prostu syrena jest szybsza".
Urzędnik zaspał, a sms przyszedł za późno
Dziś wp.pl przyjrzała się systemowi wczesnego alarmowania w sytuacji, do której doszło w miniony czwartek. Zacytowano samego wojewodę lubelskiego, który wprost przyznał, że na 17 powiatów, które powinny włączyć w nocy syreny alarmowe, nie zrobiło tego... 10.
Wśród nich był m.in. powiat biłgorajski, gdzie ostatecznie spadła rosyjska rakieta.
Według procedur - wojsko informuje wojewodę, by uruchomić nasłuch na specjalnych radiostacjach, potem z województwa idzie to do powiatów i przez radiostacje może pójść wówczas polecenie włączenia syren. Radiostacje są w budynkach urzędów, a dyżurni urzędnicy nie zawsze wyrabiają się z dotarciem do urzędu w trakcie dozwolonych przez procedury 15 minut. Szczególnie, że część z nich mieszka poza miastami powiatowymi.
W powiecie biłgorajskim, starosta otrzymał sms-a o konieczności prowadzenia nasłuchu na minutę przed uderzeniem rakiety w ziemię. W tym samym momencie sms przekazano do pracownika dyżurnego. W powiecie tym istnieje porozumienie ze strażą pożarną, że to strażacy uruchamiają syreny. Do dyżurnego strażaka informacja o uruchomieniu syren wpłynęła o 3.49 e-mailem.
Jednak w powiecie puławskim, syreny nie zawyły, bo dyżurny urzędnik... nie usłyszał sms-a o prowadzeniu nasłuchu i nie obudził się.
Starostwa puławski, Teresa Gutowska (KO) tłumaczyła, że "dobrze rozumie pracowników, bo dzień wcześniej uczestniczyli w pracach zespołu kryzysowego na terenie Kazimierza Dolnego".
- Oni po prostu mają prawo być zmęczeni - stwierdziła.
Starostowie wskazują, że rozwiązaniem byłyby stałe dyżuru w siedzibie starostwa, jednak potrzebne są dodatkowe pieniądze na zwiększenie liczby etatów. Wojewoda zamierza skrócić łańcuch decyzyjny - samodzielnie decydować o włączeniu wszystkich syren w powiatach, które są potencjalnie zagrożone.
"Problem w tym, że z 364 syren w regionie tylko 164 da się uruchomić zdalnie. Do pozostałych 200 ktoś musi fizycznie dojść"
- pisze autor tekstu, Paweł Buczkowski.