Sojusze mają sens, żeby była jasność, ale nie jako podstawa bezpieczeństwa. One działają w obecnych czasach jak dźwignia finansowa w inwestycjach: pomagają silnym jeszcze bardziej lewarować swoją siłę. Słabym dają złudzenie bezpieczeństwa, które może się okazać kosztowniejsze niż ich brak, bo usypiają czujność.
Dokładnie o tym mówił sekretarz wojny Pete Hegseth podczas niedawnego spotkania w ramach Shangri-La Dialogue 2026 w Singapurze. Hegseth oznajmił tam bez ogródek: „Era subsydiowania obrony zamożnych krajów przez USA dobiegła końca, potrzebujemy partnerów, nie protektoratów”. Jako wzorzec Hegseth wskazał tu azjatyckich sojuszników – Koreę Południową, Filipiny, Australię – a więc kraje, które same inwestują w twarde zdolności bojowe i biorą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.
Europę skrytykował natomiast za to, że „siedziała za wygodnymi granicami i zaniedbywała swoje armie”. Podbił wreszcie poprzeczkę wydatków obronnych powyżej 2 proc. PKB, oznajmiając wprost, że 2 proc. to „freeloading” (pasożytnictwo). Polska, wydająca ponad 4 proc. PKB, wpisuje się w tę narrację wzorcowo – co zresztą jest jednym z nielicznych powodów do optymizmu w całej tej układance.
Histeria Europy
Tymczasem z rozmów o nowej architekturze bezpieczeństwa w Europie przebijają wszechogarniająca histeria i przekonanie, że wszystko w ładzie globalnym byłoby dobrze, gdyby nie ten taki owaki Donald Trump. Otóż spieszę z niedobrą nowiną: nie tylko nie byłoby, ale wręcz – i tu proszę wygodnie usiąść – to Francja i Niemcy mogą wkrótce okazać się bardziej radykalnymi burzycielami liberalnego globalizmu niż prezydent USA.
Powody, dla których ludzie Zachodu w swej masie odrzucają liberalizm, są złożone i wykraczają poza ramy tego artykułu – zainteresowanych odsyłam do swojej książki „Globalizm, lokalizm i Nowe Średniowiecze”. Ale złożoność przyczyn nie zmienia prostych faktów politycznych. Wszelkie tamy ogniowe nie dadzą rady.
W Niemczech dominującą partią w sondażach jest AfD; możliwa jest teraz albo koalicja z nią, albo wszyscy przeciw niej – czyli koalicja bardzo niestabilna i zajęta głównie sobą, nie sojusznikami na wschodniej flance. We Francji prezydentem zostanie najpewniej Jordan Bardella – młody lider Zjednoczenia Narodowego, którego Marine Le Pen wezwała już oficjalnie do przygotowań na wyścig prezydencki 2027. W Wielkiej Brytanii pałeczkę lidera przejmują Nigel Farage i jego Reform UK.
Nawet jeśli nie wszędzie i nie od razu te partie będą rządzić, to i tak centryści będą musieli przejmować ich programy – to nieuniknione prawo politycznej grawitacji. Te programy zaś nie zakładają przesadnej solidarności sojuszniczej, a w niektórych przypadkach wręcz postulują poszukiwanie porozumienia z Rosją – naszym głównym rywalem strategicznym. Teatralne oburzanie się polskich liberałów na polską prawicę w stylu „będziecie mieli, co chcieliście”, jest po prostu dziecinne. Hipotetycznie gdyby Polska była najbardziej liberalnym krajem na świecie i na każdym skwerze stał pomnik Donalda Tuska z unijną flagą w tle – i tak nic by to nie zmieniło. To nie my decydujemy o tym, jaki trend polityczny dominuje w Europie.
Jasne, nie można też dramatyzować bez miary: idąca po władzę europejska prawica – poza pewnymi wyjątkami – nie chce robić Władimirowi Putinowi prezentów i składać na ołtarzu dobrych relacji z nim całej Europy Środkowo-Wschodniej. Ale wyraźnie wiemy już jedno: sojusze to za mało.
Nowe lata 30.?
Żyjemy w przemeblowanych latach 30. XX w., w których wszystko, co ważne, przesunęło się trochę na wschód i ma trochę większą ponadeuropejską skalę. Mamy silny blok rewizjonistów – Chiny i Rosję – przy czym Pekin jest zdecydowanie starszym bratem w tym związku: wszedł w dawne buty ZSRS jako globalny sponsor rewizjonizmu, a chiński kapitał i wywiad głęboko penetrują dziś Rosję. \
Kreml gra w to, w co przed laty grały nazistowskie Niemcy: eskalacja wojskowa, rewizja granic, testowanie granic reakcji Zachodu krok po kroku. Niemcy z kolei są dla nas w Polsce tym, czym w latach 30. była Francja – sojusznikiem potencjalnie bardzo silnym, ale wewnętrznie rozdartym politycznie, zagubionym, naznaczonym dekadami pacyfizmu i kilkudziesięcioletnią kooperacją z Federacją Rosyjską. Te ogromne pieniądze, które Berlin chce teraz wydać na Bundeswehrę, mogą się więc albo bardzo łatwo rozejść po kościach, albo posłużyć do budowy nowo odkrytej asertywności niemieckiego nacjonalizmu.
Wielka Brytania ma dziś małe znaczenie militarne w kategoriach kontynentalnych, a w rolę europejskiego morskiego mocarstwa z okresu II wojny weszły Stany Zjednoczone – które, niestety, właśnie zamierzają redukować swoje zdolności w Europie, choć nadal wspierają Warszawę.
Polska w takim układzie, podobnie jak przed II wojną światową, nie może do końca liczyć na nikogo. Nie znaczy to, że traktatów podpisywać nie warto – to zawsze jest jakaś gwarancja, pewne polityczne zobowiązanie, które w krytycznym momencie może – ale nie musi – zaważyć. Niestety, także regionalne sojusze, w które tak długo wierzyliśmy – Bukareszteńska Dziewiątka, Inicjatywa Trójmorza, Nordycko-Bałtycka Ósemka – mogą się okazać niewystarczające. Trudno budować silne Międzymorze bez Ukrainy, militarnej potęgi w regionie. A jak z kolei Kijów ocenia regionalną współpracę i partnerstwo, mogliśmy się przekonać całkiem niedawno, wyciągając mało krzepiące wnioski.
Budujmy swój potencjał
Podstawą naszej siły musi być zatem nasz potencjał. Warto sięgnąć po model obrony totalnej na wzór fiński. Finlandia zbudowała system, w którym obrona kraju jest obowiązkiem całego społeczeństwa – pobór jest powszechny dla mężczyzn (od 165 do 347 dni służby), rezerwa liczy setki tysięcy przeszkolonych żołnierzy, a model „comprehensive security” zakłada głęboko zinstytucjonalizowane partnerstwo między siłami zbrojnymi, rządem, samorządami, przemysłem i obywatelami. Finlandię w obronie przed zagładą w 1940 r. odróżniało od innych małych państw właśnie to – nie papierowe sojusze, lecz rzeczywista wola i zdolność do obrony własnego terytorium.
Warto brać także przykład ze Szwecji, która właśnie reaktywowała pobór; podobnie jak z Izraela – kraju, który od dekad funkcjonuje w środowisku nieustannego zagrożenia egzystencjalnego, a mimo to zbudował zdolności obronne: przemysł zbrojeniowy zdolny do niezwykłych innowacji, jedną z najbardziej bitnych armii świata oraz – o czym coraz głośniej dyskutuje się w polskim kontekście – gotowość do użycia środków niekonwencjonalnych.
Przywrócenie poboru, rozwój przemysłu wojskowego, kooperacja z USA w modelu, który Hegseth opisał jako nagrodę dla „wzorcowych sojuszników” – to jest teraz nasza droga. Czasy cukierkowej polityki, robionej przez miłych polityków w spokojnej atmosferze, się skończyły.
📰 „Żurek chce zakuć w kajdanki Patryka Jakiego. Tak idiotycznych zarzutów jeszcze nie było!”
— GP Codziennie (@GPCodziennie) June 6, 2026
Chcesz wiedzieć więcej niż pokazują nagłówki? Zamów prenumeratę „Gazety Polskiej Codziennie”.
📬 https://t.co/QI25BDHptz pic.twitter.com/DHkgwTEtY0