Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Alarm przyszedł za późno. Rekonstrukcja ujawnia chaos po uderzeniu rosyjskiej rakiety

Media opublikowały dziś szczegółową rekonstrukcję zdarzeń, która obnaża rażące wady systemu ostrzegania ludności po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjską rakietę Ch-101. Z ustaleń dziennikarzy wynika, że w krytycznym momencie syreny alarmowe milczały w większości zagrożonych powiatów Lubelszczyzny, a polecenia z administracji wojewódzkiej docierały do samorządów ze znacznym opóźnieniem, niejednokrotnie już po upadku pocisku. – Nadal jesteśmy na poziomie zarządzania kryzysowego sprzed 2022 r. i wybuchu inwazji. Jesteśmy gotowi na wylanie rzeki czy pożary lasów, ale nie na wojnę – mówi nam płk Marek Utracki, były wiceszef Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW).

W miniony czwartek po wlocie nad terytorium Polski uzbrojonej rosyjskiej rakiety i uruchomieniu syren alarmowych w Lublinie i Krasnymstawie, zapanowała wielogodzinna cisza ze strony wszystkich ośrodków państwa. Opozycja i obywatele krytykują system informowania o zagrożeniu, wskazując, że 30 lipca po prostu zawiódł, pozostawiając społeczeństwa bez istotnych informacji w kwestii bezpieczeństwa. Dziś nowe doniesienia w sprawie opublikował serwis Wirtualna Polska. 

W jednym powiecie dyżurny nie zdążył dojechać do urzędu, w drugim nie usłyszał SMS-a i się nie obudził, w trzecim czekał, aż dodzwoni się do przełożonego. Do powiatu biłgorajskiego, gdzie rakieta Ch-101 spadła na pole w Tarnawie-Kolonii, polecenie włączenia syren przyszło mailem cztery minuty po wybuchu – ustalili dziennikarze. 

"W powiecie biłgorajskim, gdzie rakieta Ch-101 spadła na pole w Tarnawie-Kolonii, ostrzeżenie przyszło już po wybuchu. SMS o konieczności nasłuchu dotarł do starosty o 3:44, czyli minutę przed uderzeniem. Polecenie włączenia syren wpłynęło mailem do dyżurnego strażaka o 3:49, cztery minuty po tym, jak rakieta spadła" – czytamy. 

W powiecie tomaszowskim, kilkanaście kilometrów od granicy z Ukrainą, dyżurny nie zdążył dojechać do radiostacji. Urządzenie stoi w budynku starostwa, a pracownik czuwał z domu. W powiecie puławskim dyżurny nie usłyszał SMS-a i się nie obudził. Dzień wcześniej pracował przy skażeniu wody w Kazimierzu Dolnym.

– ustalili dziennikarze. W powiecie kraśnickim urzędnik zwlekał, bo próbował dodzwonić się do przełożonego. Łącznie syren nie włączyło tej nocy 10 z 17 powiatów Lubelszczyzny, a Chełm i Zamość - dwa największe miasta wschodniej części regionu - nie wyjaśniły portalowi, dlaczego u nich było cicho.

 "Rząd umywa ręce od własnych zaniedbań"

O komentarz do sprawy portal Niezależna.pl poprosił płk. Marka Utrackiego, byłego wiceszefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW).  "System ostrzegania mamy taki, jaki sobie zbudowaliśmy, dlatego wcale nie dziwią mnie dzisiejsze doniesienia Wirtualnej Polski" – wskazuje nasz rozmówca. 

Jeśli zejdziemy na poziom samorządów – gmin czy małych miast – to reagowaniem kryzysowym zajmują się tam zaledwie dwie, trzy osoby, a na poziomie powiatu maksymalnie kilka. Ci ludzie pracują w standardowym, ośmiogodzinnym wymiarze czasu, więc nie ma fizycznej możliwości, aby samorząd własnymi siłami zapewnił realny, całodobowy dyżur, włączając w to noce i weekendy. To, z czym mieliśmy do czynienia w tej sytuacji, to prowizorka oparta na domowych dyżurach telefonicznych urzędników, a nie profesjonalny nadzór nad bezpieczeństwem

– dodaje.

Nie zbudowaliśmy systemu informowania kryzysowego na poziomie samorządowym – uważa nasz rozmówca. 

Krajowy Plan Zarządzania Kryzysowego kończy się na poziomie wojewody. Władza centralna w ostatniej chwili przekazuje ostrzeżenie, wojewoda zleca zadania niżej i niejako umywa ręce, uznając swoją rolę za zakończoną. To nic innego jak wygodne przerzucanie obowiązków obronności państwa na samorządy. Nikt na górze nie przejmuje się tym, że na poziomie powiatu czy gminy nie ma komu tych poleceń wykonać, bo nikt nie zapewnił tam etatów na realne, a nie tylko teoretyczne dyżury. Oczekuje się natychmiastowej reakcji od szeregowego urzędnika, który w nocy musi najpierw dojechać do urzędu nierzadko kilkanaście kilometrów. Szczególnie na ścianie wschodniej zaangażowanie państwa w zarządzanie kryzysowe musi pilnie zejść na sam dół, aż do poziomu gminy.

– wyjaśnia.

Odpowiedzialność za obronność spoczywa na państwie, które dysponuje pełnym wachlarzem rozpoznania: służbami specjalnymi, nasłuchem i radarami wojskowymi. Ten potencjał powinien wystarczyć, by obronić kraj i w ogóle nie dopuścić do wlotu takiej rakiety na nasze terytorium. Zamiast tego próbujemy wygodnie przerzucać obowiązki na samorządy. Nie dziwmy się ich reakcji, skoro nasze zarządzanie kryzysowe tkwi w epoce sprzed 2022 roku i wybuchu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, kiedy system budowano z myślą o wylanej rzece czy pożarze lasu, a nie o zagrożeniach wojennych. W obliczu takich kryzysów państwo musi realnie wesprzeć samorządy, ale tego zaangażowania na najniższym szczeblu po prostu nie widać. I właśnie dlatego mamy dziś do czynienia z rzeczonym paraliżem.

– uzupełnia.

"Gdyby ta rakieta spadła w innym rejonie, np. w miejskim, mielibyśmy wiele ofiar śmiertelnych i jeszcze więcej ciężko rannych, liczonych w dziesiątkach lub w setkach. Mieliśmy szczęście i tylko szczęście" – podkreśla były wiceszef SKW. 

Z artykułu (na wp.pl – red.) jasno wynika, że reakcja rządowa nastąpiła na ostatnią chwilę. SMS o konieczności nasłuchu dotarł do starosty o 3:44, czyli minutę przed uderzeniem. Polecenie włączenia syren wpłynęło mailem do dyżurnego strażaka o 3:49, cztery minuty po tym, jak rakieta spadła. Szczebel centralny od ponad 24 godzin wiedział, że na Ukrainie ma dojść do zmasowanego ataku, ale przez całą dobę nie podjął odpowiednich działań. Zamiast tego zrzucono odpowiedzialność na samorządy – pozbawione etatów na realne, całodobowe dyżury – dając im raptem minuty na reakcję. To jest po prostu nie w porządku. Nie powinniśmy się dziwić, że procedury na dole nie zadziałały, skoro wytyczne od rządu przyszły w tak absurdalnie krótkim czasie.

– kontynuuje.

System wymaga gruntownego przemodelowania, i to począwszy od szczebla krajowego. Po pierwsze, musimy wpisać konkretne zadania dla samorządów do Krajowego Planu Zarządzania Kryzysowego. Po drugie, za nowymi zadaniami muszą pójść realne środki finansowe – państwo musi dać pieniądze na nowe etaty, które pozwolą samorządom zapewnić funkcjonowanie całodobowych dyżurów. A na koniec najważniejsze: ćwiczenia. Gdy już zbudujemy ten system na nowo, musimy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Bez tego nie ma mowy ani o obronie cywilnej, ani o skutecznym zarządzaniu kryzysowym

– kończy.

 

Źródło: niezalezna.pl, Wirtualna Polska

NAJNOWSZE Polska