Aleksander Miszalski dzień po referendum z udawanym uśmiechem stwierdził, że po prostu nie udało się skutecznie opowiedzieć o sukcesach mieszkańcom. „Gazeta Wyborcza” orzekła niemal, że to hołota spoza Starego Miasta głosowała w referendum, więc ono się nie do końca liczy. Donald Tusk mianował komisarzem Krakowa Stanisława Kracika – zastępcę Miszalskiego, który właśnie został odwołany.
Kraków, jak na metropolię świata zachodniego przystało, zapewne w sierpniowych wyborach na prezydenta miasta wybierze kogoś o liberalnym nastawieniu i wielu komentatorów orzeknie, że kurs polityki światopoglądowej i tak został utrzymany. Ale to nieprawda – pod Wawelem bowiem pękło coś innego i być może zaczęła się nowa epoka.
PiS jako część bloku
Prawo i Sprawiedliwość dyskretnie wsparło inicjatywę referendalną. Członkowie partii zbierali podpisy, działali profrekwencyjnie, zaś z Nowogrodzkiej płynął sygnał poparcia dla przedsięwzięcia. PiS w Krakowie – jak to się dzieje w wielu miastach wojewódzkich – odpuściło prawdziwą walkę o zwycięstwo w wyborach prezydenckich.
Łukasz Kmita w 2024 r. przeprowadził w pojedynkę właściwie kampanię wzmacniającą rozpoznawalność. W 2023 r. został posłem i zdobył 26 tys. głosów – w wyborach samorządowych prawie dwa razy tyle, czyli 58 tys. głosów i 20 proc. poparcia – to twardy elektorat w stołecznym mieście. Za mało, by zmierzyć się z Koalicją Obywatelską, by nawet stanąć z nią na tym samym polu, a jednocześnie wystarczająco, by pozostać znaczącą siłą w mieście. I oto w tej pozycji PiS dokonuje się rewolucja – partia jest jednym z wagonów pociągu wymiany establishmentu, a nie jego lokomotywą. Lokomotywą są naprawdę miejscy aktywiści, w tym członkowie rad dzielnic.
Wytworzył się bowiem nowy układ sił. Hegemonem jest Koalicja Obywatelska, ale naprzeciw siebie nie ma już wiecznie przegrywającego w miastach PiS, ale oddolny, obywatelski sprzeciw. Z bipolarnej walki wyłania się układ tripolarny – KO, PiS i mieszkańcy. Ci ostatni są jednak (przynajmniej na razie) zbyt słabi, by rzucać rękawicę liberałom. Liczby mówią tu same za siebie – wyborcy PiS (Łukasza Kmity) stanowili 1/3 uczestników referendum i bez nich nie udałoby się zdjąć Miszalskiego z urzędu. Sam jednak elektorat partii Kaczyńskiego nic by nie wskórał.
W ten oto sposób Prawo i Sprawiedliwość staje się siłą konieczną do obalania złej władzy, ale bez dawnej roli lidera w tym procesie. Władze partii zdawały się dobrze rozumieć ten mechanizm – choć PiS poparło inicjatywę referendalną, to, jak rzadko kiedy, nie obnosiło się z tym i nie domagało się partyjnego oznaczania aktywności obywatelskiej. Poparło, ale się nie rozpychało. Nie uzurpuje sobie statusu politycznego giganta, ale wróciło do pierwszoligowej gry.
Trzymiesięczna jatka
Giełda nazwisk kandydatów na prezydenta ruszyła z impetem karuzeli, ale przecież liczyć się będzie jedynie trzech kandydatów: Koalicji Obywatelskiej, kandydat obywatelski i Łukasz Gibała. Ten ostatni to taki lokalny półoligarcha – bogaty przedsiębiorca na skrzyżowaniu polityki i krakowskich mediów. O fotel prezydenta miasta walczy od lat i ostatnio zabrakło mu do kontrkandydata jedynie 5 tys. głosów.
Do gry chce się też włączyć prof. Jacek Majchrowski, wieloletni prezydent Krakowa, który wcześniej de facto wsparł Miszalskiego, a na ostatniej prostej kampanii referendalnej podjął się krytyki urzędującego prezydenta. Teraz jego wsparcie może przysporzyć nowemu kandydatowi kilku procent życzliwości. A walka będzie zajadła, bo utrata władzy przez Koalicję Obywatelską byłaby ciosem dla całego rządu.
Następca w krakowskim magistracie uzyska wgląd do takiej dokumentacji, której politycy KO raczej nie chcieliby ujawniać. Z tego powodu Majchrowski też nie chciałby mieć wroga w urzędzie i może za obietnicę dyskrecji sprzedać swoje poparcie w nadchodzących wyborach. Znowu wraca tutaj pozycja Prawa i Sprawiedliwości, które swojego członka na prezydenta miasta nie przeforsuje. Na tę chwilę Nowogrodzka nawet nie zaproponowała, choćby nieoficjalnie, swojego kandydata, choć przecież od stycznia wiadomo, że takiego polityka powinna rozważać.
Gdyby więc PiS zamiast bezpośrednio startować w kampanii zaproponowało poparcie kandydatowi obywatelskiemu, mogłoby to przeważyć wynik walki wyborczej. To byłoby coś więcej niż obywatelski kandydat na prezydenta Karol Nawrocki. Prezesa IPN przecież de facto wypromowało Prawo i Sprawiedliwość, a sukces referendalny „jedynie” wspierało, osiągając jednak przełomowy cel – detronizację Koalicji Obywatelskiej w mieście. Jak PiS zagra tym razem?
Czy to dopiero początek?
Komentatorzy zastanawiają się, czy sukces Krakowian uda się powtórzyć w innych miastach. Inicjatorzy referendum wprost deklarują, że udostępnią swoją wiedzę, doświadczenie i porady dla miejskich aktywistów z różnych stron kraju. Modus operandi dotyczy nie tylko podejmowania kampanii informacyjnej, negocjacji z ruchami miejskimi, ale też spraw z pozoru drobnych, choć koniecznych: jakimi długopisami podpisywać listy poparcia dla inicjatywy, by np. nie „zamarzały” zimą.
Byłoby jednak błędem patrzeć na krakowską rewolucję tylko przez pryzmat ciosu w Koalicję Obywatelską i wymiany władzy w magistracie. Pojawia się bowiem pytanie o możliwy sojusz oddolnych ruchów społecznych z prorozwojową, ale jednak nieco skostniałą partią, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość. To zmieniłoby zasady polskiej polityki, zwłaszcza w samorządach. Musiałoby to być PiS w roli dyskretnego i kluczowego uczestnika zmian politycznych (przypomnijmy: 1/3 uczestników referendum), a nie pojedynczego rywala dla ugrupowania Donalda Tuska. Polski duopol polityczny zmieniłby się po jednej stronie – establishment III RP walczyłby już nie z PiS, ale z obywatelami, których PiS by tylko wzmacniało. A raczej „aż” wzmacniało.