Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Niesłusznie skazany na dożywocie. Ułaskawił go prezydent Nawrocki. "Do końca ufałem"

Piotr Pytel został skazany przez sąd w Niemczech na karę dożywotniego pozbawienia wolności za morderstwo, którego - zdaniem polskiej prokuratury - nie popełnił i za które karę odbywał też... ktoś inny. Prezydent Karol Nawrocki w ostatnim czasie skorzystał z prawa łaski wobec Pytla. Historię ułaskawionego szczegółowo opisał Paweł Matyja w książce "Adwokat diabłów".

"Z tego miejsca chciałbym bardzo serdecznie podziękować panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu za ten wielki heroizm i podpisanie stosownych papierów. Do końca ufałem i wierzyłem i to się dziś spełniło" - powiedział Piotr Pytel w rozmowie z TV Republika po tym, jak dowiedział się, że jest ułaskawiony. Przez lata czekał na tę chwilę w więzieniu - niesłusznie skazany na dożywocie.

Historia Piotra Pytla. Niesłusznie skazany na dożywocie

Wszystko zaczęło się 26 marca 2004 roku, gdy Pytel wraz z Tomaszem L. i niejakim Zenonem P. planowali kradzież obrazu z jednej z monachijskich galerii. Gdy plan się opóźnił, mężczyźni postanowili zarobić inaczej - okradając kobiety pracujące w luksusowej prostytucji. Tak trafili na numer telefonu do Ecateriny I., z którą umówili się na spotkanie w jej mieszkaniu.

Sąd Krajowy w Monachium, wydając w kwietniu 2006 roku wyrok, ustalił, że to Tomasz L. zadał kobiecie serię potężnych ciosów, a następnie zakleił jej drogi oddechowe taśmą klejącą - rzekomo "za przyzwoleniem Pytla". Ecaterina I. zmarła tego samego dnia w szpitalu wskutek uduszenia. Sąd uznał, że obaj mężczyźni "mogli oczekiwać lub przewidzieć śmierć" ofiary.

Śledztwo w Niemczech szybko doprowadziło do zatrzymania Zenona P., kierowcy grupy, który poszedł na współpracę i wskazał policji Piotra Pytla. Sam Pytel po latach wspominał przesłuchania jako chaotyczne i pozbawione podstawowych gwarancji procesowych: "Ja nawet nie znałem języka (…) byłem zszokowany, że nie ma adwokata, ani tłumacza przysięgłego" - mówił.

Kluczowym dowodem w sprawie okazały się zeznania współwięźnia Pytla, Afrykańczyka podającego się za Paulo L., który liczył na obiecaną przez śledczych nagrodę pieniężną. Zeznania te były zaskakująco ogólnikowe - świadek nie potrafił opisać ani przebiegu zabójstwa, ani wyglądu rzekomego sprawcy. Mimo to sąd oparł na nich swoje ustalenia dotyczące roli Pytla.

Prawdziwy sprawca skazany osobno - i... już wolny

Lata później w Polsce ujęto prawdziwego Tomasza L., który w rzeczywistości nazywał się Tomasz W. Jako "mały koronny" opisał przebieg zbrodni w sposób szczegółowy i brutalny: "Kiedy tylko chwyciła [kwiatek], prawą ręką uderzyłem ją w twarz. Potem kopnąłem i znów uderzyłem" - miał zeznać, jednocześnie kategorycznie zaprzeczając, jakoby Pytel był obecny w mieszkaniu w chwili zabójstwa.

Zeznania te potwierdzili również polscy śledczy uczestniczący w przesłuchaniu. Jeden z nich, cytowany przez mecenasa Matyję w książce, relacjonował: "Nie natrafiłem na żadną merytoryczną przesłankę, żeby drugi ze sprawców, czyli skazany Pytel, był w mieszkaniu Ecateriny I.".

Tomasz W. został ostatecznie skazany przez sąd w Monachium - w odrębnym procesie - na 9 lat i 3 miesiące więzienia, ponieważ w chwili czynu był nieletni. Karę już odbył i jest dziś wolnym człowiekiem.

Piotr Pytel, formalnie "współsprawca" tej samej zbrodni, wciąż pozostawał w więzieniu z wyrokiem dożywocia.

Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu już w kwietniu 2013 roku skierowała do władz niemieckich pismo wskazujące na sprzeczność dwóch prawomocnych wyroków w tej samej sprawie. Niemiecki wymiar sprawiedliwości pozostał jednak nieugięty. Sąd Krajowy w Augsburgu odmówił nawet wyznaczenia Pytlowi obrońcy z urzędu, argumentując, że nawet jeśli fizycznie nie było go w mieszkaniu ofiary, to jako pomysłodawca całego planu ponosi pełną odpowiedzialność za skutki działania wspólnika.

Skuteczna ostatnia szansa. Karol Nawrocki ułaskawił Piotra Pytla

Dwukrotne próby wznowienia postępowania podejmowane przez samego Pytla w Niemczech zakończyły się niepowodzeniem. Jak pisał mec. Matyja, mężczyzna "z rozpaczą zdając sobie sprawę, że nie przekona niemieckich prokuratorów do działania na jego rzecz, swoje nadzieje skierował w stronę prezydenta RP".

To właśnie ta droga - prawo łaski przysługujące głowie państwa - ostatecznie doprowadziła do przełomu. Jak informowała w połowie lipca rzeczniczka prokuratora generalnego prok. Anna Adamiak, w toku postępowania uzyskano aktualną, pozytywną opinię dyrektora Zakładu Karnego w Rzeszowie, gdzie Pytel odbywał karę, wraz z pozytywną prognozą penitencjarną. Na tej podstawie prokurator generalny Waldemar Żurek zwrócił się do prezydenta Karola Nawrockiego o zastosowanie prawa łaski - a prezydent ostatecznie przychylił się do tego wniosku.

Historia Piotra Pytla pozostaje jednym z najbardziej poruszających przykładów tego, jak zawiła i pełna błędów może być droga do wymierzenia sprawiedliwości - i jak wiele lat może zająć naprawienie skutków sądowej pomyłki. Przeczytajcie sami we fragmencie książki "Adwokat Diabłów", którą publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte.


FRAGMENT KSIĄŻKI "ADWOKAT DIABŁÓW" PAWŁA MATYI:

(…) Jest 26 marca 2004 roku. Piotr Pytel, a wraz z nim Tomasz L. i niejaki Zenon P. planują kradzież obrazu Wierusza-Kowalskiego z galerii Heinemann przy Brienner Straße w Monachium. Nie dla siebie – na zlecenie. Pieniędzmi zarobionymi od tajemniczego kolekcjonera mają się podzielić. To intratne zlecenie. I zarazem trudne. Robota się jednak opóźnia. Galeria jest zamknięta z powodu remontu. Niecierpliwią się.

W międzyczasie postanawiają zarobić inaczej. Ustalają, że zaczną okradać prostytutki. Ekskluzywne, te pracujące w domach, które za godzinę spotkania życzą sobie po pięćset euro. To w ich założeniu łatwiejsze niż okradanie kobiet pracujących na ulicach. Te, spodziewając się kradzieży, najczęściej nie trzymają pieniędzy przy sobie, ukrywają je. W domu „ofiary” nie są tak czujne – myślą. Przeglądają bulwarowe gazety, wyszukując anonse towarzyskie. Tak poprzez agencję trafiają na numer Ecateriny I. Z klientami spotyka się we własnym mieszkaniu. Pod nieobecność męża i córki. Dzwonią. Umawiają się. Spotkanie zdaniem sądu umówić miał właśnie Piotr Pytel. Połączenia telefoniczne na numer Ecateriny I. istotnie następowały z polskiego numeru telefonu, niemniej sprawcy używali kart prepaidowych, a żadna z nich nie była zarejestrowana na Piotra Pytla. Wcześniej umówili się z inną kobietą, też w Monachium, ale w wielkim budynku, w którym zlokalizowane było jej mieszkanie, nie udało się jej odnaleźć. Zrezygnowali.

Ich wizytę u Ecateriny I. Sąd Krajowy w Monachium, który w kwietniu 2006 roku wydał w tej sprawie wyrok, opisał tak: „Kiedy pani I. otworzyła rzekomemu klientowi drzwi mieszkania, L. zadał ofierze, zgodnie ze wspólnie z Pytlem powziętym planem przestępstwa, potężne ciosy przede wszystkim w głowę. Kiedy silnie krwawiąc pani I. straciła przytomność, L. zakleił, za przyzwoleniem Pytla, otwory oddechowe ofiary przyniesioną taśmą klejącą do paczek. Oskarżeni Pytel i L. mogli oczekiwać lub przewidzieć śmierć Pani I. jako konsekwencję takiego sposobu postępowania. Działanie z przemocą i w następstwie tego ewentualny skutek śmiertelny miało im umożliwić zabranie przedmiotów wartych kradzieży. Łup ten zamierzali zdobyć również za cenię śmierci Pani I. Po naocznym stwierdzeniu sposobu działania swego pomocnika Pytel wyszedł z mieszkania, ubezpieczając je na zewnątrz. (…) W sumie L. wymierzył ofierze 10 – a prawdopodobnie nawet więcej niż 20 – bardzo potężnych ciosów. Te złamały kobiecie m.in. kość nosową powodując krwawienie. W wyniku upadku doszło zaś do silnego stłuczenia wewnętrznych obszarów mózgu, a w konsekwencji do krwawienia w oponach miękkich mózgu i wnikania krwi do układu komór mózgowia. Wskutek zgniecenia mózgu ofiara straciła przytomność”.

„Zgodnie z zaleceniami Pytla, który całe to zajście obserwował L. skrępował nieprzytomnej ofierze ręce na plecach. Następnie kilkakrotnie owinął mocno głowę pani I. przyniesioną taśmą klejącą do paczek, tak że od czoła do podbródka wyglądała ona jak mumia (…) Po wszystkich tych zajściach którym Pytel się przyglądał i na które przyzwalał, wyszedł on z mieszkania i ustawił się przed domem ofiary na ulicy, by móc obserwować i na czas zauważyć, kto zbliża się do domu i w razie potrzeby ostrzec L. telefonicznie i skłonić do natychmiastowego opuszczenia mieszkania. W tym celu L. przeszukiwał mieszkanie, zgodnie ze wspólnie powziętym planem, w poszukiwaniu przedmiotów nadających się do kradzieży”.

Tomasz L. zabrał kobiecie między innymi biżuterię, trzy męskie płaszcze, markowy długopis oraz zapalniczkę, konsolę PlayStation, urządzenie do ścinania włosów, aparaty do golenia i pięć męskich zegarków. Wartość skradzionych przedmiotów oszacowano na blisko 7 tysięcy euro. Następnie wyszedł, pozostawiając Ecaterinę I. związaną. Tego samego dnia po powrocie do domu znalazł ją mąż. Wezwał karetkę. Akcja reanimacyjna nie dała jednak rezultatu. Kobieta zmarła w szpitalu jeszcze tego samego dnia. Osierociła córkę. „Wskutek doznanej przemocy ofiara zmarła przez uduszenie w wyniku wdychania krwi i miazgi pokarmowej”.

Tomasz L. ze swoją częścią łupu od razu zbiegł za granicę. Temat natychmiast podchwyciły media. O śmierci kobiety Piotr Pytel dowiedział się z monachijskiego Radia Gong. Zrozumiawszy, że łupu nie uda się bezpiecznie sprzedać, wyrzucił go. Jako pierwszego policja aresztowała kierowcę, czyli Zenona P. On w mieszkaniu kobiety jednak nie był. Zgodnie z ustaleniami miał jedynie odebrać Tomasza L. i Piotra Pytla z umówionego miejsca i zawieźć ich do mieszkania. Poszedł więc na współpracę. Wystawił Piotra Pytla, umawiając się z nim w jednej z pizzerii. Tam zatrzymała go policja. Trafił do aresztu. Przyznał, że razem z Tomaszem L. chciał okraść kobietę, ale o zabójstwie dowiedział się z mediów. Oświadczył, że nie brał w nim udziału. Podkreślił, że nawet nie był w mieszkaniu. Śledczy w jego historię jednak nie uwierzyli.

„Strona niemiecka mnie potwornie okłamała, zadrwiła ze mnie. Ja nawet nie znałem języka, udałem się do prokuratury, byłem zszokowany, że nie ma adwokata, ani tłumacza przysięgłego. Pytania były zadawane po dziesięć razy i ja próbowałem po mojemu odpowiadać, na ile znałem język, zwroty w podstawowej formie. Oni mówili, że tu jest wysoka demokracja i żebym mówił, skoro już się zgodziłem na współpracę i chciałem opowiedzieć tak, jak było. Ja nie pamiętam nawet, jak były zadawane te pytania, podpisywałem każdą stronę, będąc przekonany że nikt mnie nie okłamie”.

Rozpoczęły się poszukiwania Tomasza L. Bezskutecznie. Żadna z okazywanych Piotrowi Pytlowi osób o tym nazwisku nie była tym L., który pozbawił kobietę życia. Co jednak gorsze – wizerunek Piotra Pytla za sprawą śledczych pojawił się w prasie. Za informacje przydatne w rozwiązaniu sprawy zaoferowano nagrodę 5 tysięcy euro. Tak został wbity gwóźdź do trumny Piotra Pytla. Na nagrodę połasił się pewien Angolczyk. Twierdził, że ma informacje od samego Pytla. Przebywali w tym samym areszcie śledczym, w Stadelheim w Monachium, teoretycznie mogli więc ze sobą rozmawiać. 

„Po moim zatrzymaniu w 2004 roku, w największych gazetach monachijskich na ostatnich stronach ukazało się zdjęcie moje i Zenona P. z nagrodą za wskazanie, jeżeli ktoś by wiedział coś o tych sprawach i popełnionym czynie. W areszcie śledczym trafił się obywatel Konga albo Nigerii o nazwisku L., który chciał ugrać coś dla siebie i zgłosił się do prokuratury i w ostatnim dniu rozprawy w Sądzie w Monachium przywieziono go jako taką wisienkę na torcie. On miał być wydalony do Nigerii czy do Konga, gdzie groziła mu kara śmierci za jakieś duże malwersacje i on poszedł na układ z prokuraturą niemiecką. On chciał zabrać nagrodę”. Słowa Piotra Pytla znajdują w większości potwierdzenie w zeznaniach owego Afrykańczyka. Dysponuję protokołami z jego przesłuchań w niemieckim oryginale. To bez wątpienia nader interesująca lektura.

Paulo L. w trakcie pierwszego przesłuchania oświadczył śledczym, że Piotr Pytel, przebywając z nim w tym samym areszcie, opowiedział mu o zabójstwie Ecateriny I., przyznając się, że był w jej mieszkaniu ze swoim najlepszym przyjacielem. Miał je opuścić zaraz po tym, jak ów przyjaciel zaczął być wobec kobiety agresywny. Co istotne, Angolczyk w żadnym miejscu nie potrafił opisać, w jaki sposób kobieta została pozbawiona życia ani na czym miała polegać wspomniana agresja przyjaciela Pytla. Nie wiedział, jak się on nazywał ani co skradziono z mieszkania. Zeznania te trudno nazwać więc szczegółowymi. W trakcie drugiego przesłuchania dodał, że po tym, jak przyjaciel Piotra Pytla opuścił mieszkanie kobiety, miał powiedzieć samemu Pytlowi, że ją „załatwił”, to znaczy zabił.

Zaskakujące zwierzenia Piotra Pytla miały być wynikiem tego, że ponoć chciał on, by Paulo L. zapytał swojego adwokata, czy to możliwe, by policja ustaliła, kto rozmawiał przez telefon w pobliżu miejsca zbrodni. Później Pytel miał Angolczykowi zaufać i opowiedzieć, w związku z jaką zbrodnią został aresztowany. Swoje słowa Paulo L. potwierdził przed sądem. 

Moim zdaniem zeznania te powinny wzbudzić wątpliwości sądu. W rzeczywistości nie ma w nich bowiem żadnych szczegółów na temat zdarzenia. Pojawiają się tylko ogólne informacje, które mogły podać media. Nie ma w nich mowy o tym, by Paulo L. bał się kary śmierci w swojej ojczyźnie, co sugerował Pytel, jest za to mowa o nagrodzie, którą Angolczyk chciał otrzymać.
Czytając jego zeznania, które były w sprawie kluczowym dowodem, co rusz czuję się jak gołąb, który wygrał debatę filozoficzną. W dużym szoku. Paulo L. mówił jednoznacznie, że Piotr Pytel miał wyjść z mieszkania po tym, jak zobaczył agresywne zachowanie swojego przyjaciela. Nie opisał go w żaden sposób. W wyroku sądu znalazły się zaś precyzyjne informacje o tym, co wydarzyło się w mieszkaniu – jako­by Piotr Pytel obserwował katowanie kobiety, jej krępowanie itp.

Zupełnie nie wiem, na jakiej podstawie sąd poczynił tego rodzaju ustalenia. Kto niby mógł o nich opowiedzieć? Tomasza L. nie schwytano. Pytel do niczego się nie przyznał. Paulo L. niczego takiego nie mówił. Zagadka Einsteina.

Po ekspresowym, bo trwającym około dwóch miesięcy, procesie Piotr Pytel usłyszał wyrok dożywocia. Sąd nie zostawił na nim suchej nitki. „Oskarżony działał z chęci zysku, usiłując mianowicie w sposób odrażający, przekraczający żądzę zysku, zdobyć ten zysk za wszelką cenę. To usiłowanie zdobycia zysku zdominowało całkowicie czyn i świadomość. Stało ono w punkcie centralnym całego planowego zachowania. Oskarżony godził się na śmierć ofiary tylko dlatego, żeby móc sobie przywłaszczyć przedmioty wartościowe znajdujące się w jej mieszkaniu. Innych powodów takiego sposobu działania nie widać. W szczególności nie doszło do zabójstwa z przyczyn seksualnych”.

Wyrok pozwala jednak zrozumieć (co akurat przeczy słowom Paula L.), że Piotr Pytel i Tomasz L. znali się ledwie od niedawna, nie byli przyjaciółmi ani wieloletnimi wspólnikami, którzy ufaliby sobie i popełnili szereg przestępstw. Dopuścili się razem ledwie jednego przestępstwa, nie licząc drobnej kradzieży o łącznej wartości osiemdziesięciu euro w marcu 2004 roku.

31 stycznia 2004 roku Piotr Pytel i Tomasz L. dokonali napadu na siedemdziesięcioośmioletniego Salo W., od którego w przeszłości Pytel wynajmował mieszkanie i którego znał. Mężczyzna był właścicielem kamienicy i miał zwyczaj robić obchód po wynajmowanych mieszkaniach, podczas którego pobierał czynsze. 31 stycznia 2004 roku Tomasz L. ukradł mu kopertę z zawartością tysiąca euro, wcześniej uderzając mężczyznę pięścią w twarz. W tej sprawie nie ma żadnych wątpliwości, bo Piotr Pytel przyznał się do winy. Za napad na Salo W. usłyszał wyrok siedmiu lat więzienia.

Sąd w Monachium uznał, że Piotr Pytel przynajmniej od 2004 roku miał kłopoty finansowe. Zarabiał niewiele – około tysiąca euro miesięcznie – utrzymując się z dorywczych prac w ogrodnictwie czy gastronomii. Pracował między innymi w pizzerii. Na terenie Niemiec przebywał już na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pracując wówczas na czarno. Potem wrócił do kraju, gdzie próbował sił w branży tekstylnej. Importował odzież z Polski do Rosji, unikając opodatkowania. Polskie władze zamierzały go aresztować, uciekł więc najpierw do Niemiec, a później do Włoch i Republiki Czeskiej. W 2003 roku ponownie zameldował się w Niemczech. Zdaniem sądu od zawsze marzył o pozyskaniu wielkich pieniędzy, przy czym „nie chciał osobiście stosować przemocy w stosunku do potencjalnych ofiar”. W tym celu w styczniu 2004 roku miał sprowadzić osobę o nieustalonych personaliach, którą znał jako Tomasza L. Człowiek ten w rzeczywistości posługiwał się fałszywymi danymi, stąd poszukiwania osoby o takim nazwisku, o czym Pytel nie wiedział, rezultatu dać zwyczajnie nie mogły.
Piotr Pytel skazany na dożywocie trafił do więzienia w Niemczech, a później do Polski na podstawie konwencji o przekazywaniu osób skazanych. Najpierw do Jeleniej Góry, potem karę zaczął odbywać w Rzeszowie. W 2009 sądy stwierdziły dopuszczalność przejęcia jego kary do wykonania w kraju. On sam się temu sprzeciwiał – wyrok chciał odbywać w Niemczech. Warunki są tam lepsze niż w polskich więzieniach, większe jest też prawdopodobieństwo warunkowego przedterminowego wyjścia na wolność, nawet z wyrokiem dożywocia.

Już z Polski Piotr Pytel podjął działania mające pozwolić na ustalenie prawdziwej tożsamości L. Na prośbę bohatera tego rozdziału ze względów bezpieczeństwa nie mogę o nich jednak napisać. Okazuje się, że Tomasz L., który tak naprawdę nazywa się Tomasz W., w Polsce również popełniał przestępstwa, będąc członkiem zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, zajmującej się między innymi rozbojami. W CV grupa ma też napad na bank. Tomasz W. poszedł na współpracę, pogrążył swoich kompanów. Został małym koronnym. Przyznał, że brał udział w rozboju w Stalowej Woli, gdzie zrabowano 415 tysięcy złotych z kantoru, i w napadzie na kantor w Staszowie, gdzie zrabowano około 105 tysięcy złotych.
O wydarzeniach w Monachium opowiadał: „Z tą prostytutką to było tak, że wszedłem do mieszkania, a Piotr Pytel czekał na mnie na zewnątrz. W lewej ręce trzymałem kwiatek, podałem jej. Kiedy tylko chwyciła, prawą ręką uderzyłem ją w twarz. Potem kopnąłem i znów uderzyłem. Był moment, że biłem ją tak, jakby mnie coś opętało. Kiedy wychodziłem z łupem z jej mieszkania, ona żyła. Tak głośno oddychała, przykryłem ją kołdrą. Nie mogłem domyć rąk z krwi, czułem taki słodki zapach”.
Zaprzeczył kategorycznie, aby Piotr Pytel brał udział w zabójstwie kobiety. Dysponuję protokołem z jego przesłuchania – wielokrotnie powtarza się w nim zapis, że Pytla w mieszkaniu nie było. Potwierdzają to również policjant i prokurator, którzy przesłuchiwali Tomasza W.

Policjant, który chce pozostać anonimowy, wspomina to tak: „Dokonaliśmy zatrzymania Tomasza W. Niemiecki Prokurator i policjanci Sekcji do Spraw Morderstw przylecieli do Polski, wspólnie wykonywaliśmy czynności. Przesłuchiwany Tomasz W. przez Prokuratora Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu w obecności funkcjonariuszy niemieckich przyznał się. (…) Przesłuchując Tomasza W. w Monachium do przestępstw popełnionych na terenie naszego kraju, w luźnej rozmowie zadałem mu pytanie, czy nadal jest pewny, że był sam w trakcie zdarzenia z Ecateriną I., czy się kogoś boi, czy się kogoś obawia. Powiedział że nie, że był sam, że skazany Pytel go podwiózł”. I dalej: „Nie natrafiłem na żadną merytoryczną przesłankę, żeby drugi ze sprawców, czyli skazany Pytel, był w mieszkaniu Ecateriny I.”.

Prokurator Adam Cierpiatka na temat Piotra Pytla mówił zaś tak: „Kiedy przesłuchiwałem W. do ENA [europejski nakaz aresztowania – przyp. aut.] on się przyznał do zabójstwa i mówił, że Pytla tam nie było”.

Prokurator sugerował stronie niemieckiej, że to nie Piotr Pytel jest odpowiedzialny za śmierć kobiety, ale otrzymał od niej mętną odpowiedź, że podsądny jest tak złym człowiekiem, że na dożywocie zasługuje za samo działanie na przedpolu. Zresztą, co wydaje się chyba kluczowe, w przesłuchaniach Tomasza W., które odbyły się w Polsce, uczestniczyła szefowa prokuratury w Monachium, prokurator prowadzący sprawę mordu na Ecaterinie I., dwóch funkcjonariuszy z Münchner Mordkommission oraz tłumacz. Treść wyjaśnień Tomasza W. była im więc doskonale znana.

Finalnie Tomasz W. przez sąd w Monachium w osobnym procesie został skazany na dziewięć lat i trzy miesiące więzienia. Maksymalny wyrok, jaki mógł dostać, wynosił dziesięć lat. Powód tak łagodnego wyroku: w momencie popełnienia czynu był nieletni. Sytuacja stała się więc nieprawdopodobna. Dwóch sprawców oskarżonych i skazanych za to samo w dwóch różnych procesach. Winny odbył już całą karę i wyszedł, jest wolnym człowiekiem, niewinny w zakładzie karnym przebywa do teraz. I ma w nim pozostać – aż do swojej śmierci.

Prokurator okręgowy w Tarnobrzegu w kwietniu 2013 roku istotnie skierował do prokuratury w Monachium pismo, w którym wskazał na konieczność rozważenia, czy nie zachodzą przesłanki do wznowienia postępowania w sprawie Piotra Pytla, informując niemieckich kolegów o skazaniu dwóch osób za ten sam czyn. W uzasadnieniu wniosku czytam: „Jak ustalono prawomocnym wyrokiem Izby Karnej dla Nieletnich Sądu Krajowego w Monachium I z dnia 28 września 2011 roku za czyn rozboju ze skutkiem śmiertelnym Ecateriny I. skazano na karę dziewięciu lat i trzech miesięcy pozbawienia wolności Tomasza W. Z uzasadnienia tego wyroku, a także wyjaśnień samego Tomasza W. wynika, że Piotr Pytel mimo planowania i przygotowania rozboju na osobie Ecateriny I. przebywał poza miejscem zbrodni popełnionej przez Tomasza W., tj. mieszkaniem Ecateriny I. Zestawienie tych orzeczeń prowadzi do wniosku, że w obrocie prawnym funkcjonują dwa prawomocne wyroki o sprzecznej treści”.

Starania prokuratury nic jednak nie dały. Sąd Krajowy w Augsburgu odmówił Piotrowi Pytlowi nawet wyznaczenia adwokata z urzędu. Tłumaczenie jak dla mnie jest skrajnie kontrowersyjne: 

„Według stwierdzeń sądu I instancji to właśnie wnioskodawca był tą osobą, która zaplanowała czyn, która W. jako posłusznego żołnierza, który miał własnymi rękami dokonać brutalnego czynu, specjalnie wezwała busem z Polski, która dała wytyczne do wykonania czynu (najcięższe uderzenia na głowę, potem związanie rąk i nóg i zakneblowanie, potem położenie na łóżko twarzą do dołu itp.), która wreszcie była w drodze do miejsca dokonania czynu, krótko przed tym, jak W. zmierzał do miejsca zabójstwa ofiary. Wnioskodawca wprawdzie ma rację twierdząc, że to W. własnoręcznie zabił Ecaterinę I. To jednak nie czyni z niego prawdziwego, jedynego sprawcy. Ponieważ działał on w ramach wymyślonego i zaplanowanego przez Pytla planu, zwłaszcza że W. został specjalnie wybrany do tego ze względu na swoją brutalność, sprowadzony do Niemiec i włączony do działania. W obliczu tych okoliczności wnioskodawca był sprawcą również wtedy, jeśli nie było go bezpośrednio w mieszkaniu lub w jego pobliżu, zwłaszcza że miał własny interes w dokonaniu czynu, w końcu to on zgarnął znaczną część łupu”.

Innymi słowy dla niemieckiego wymiaru sprawiedliwości nie ma żadnego znaczenia, czy Piotr Pytel był w mieszkaniu, czy nie, ani czy wyrządził Ecaterinie I. krzywdę. To dość nieprawdopodobne. Piotr Kosmaty, prokurator Prokuratury Regionalnej w Krakowie, na potrzeby reportażu na temat sprawy, który wyemitowano na antenie Telewizji Republika, komentował działanie niemieckich organów tak: „Pytanie powstaje zasadnicze: dlaczego? Czy to jest zła wola strony niemieckiej, czy też ignorancja ze strony niemieckiej? W jednym i drugim przypadku nie jest to dobra sytuacja. Niewątpliwie w tej sprawie, na tym etapie, na którym jesteśmy, możemy powiedzieć, że dochodzi do naruszenia podstawowych zasad prawnych, zasad procedury. A mianowicie zasady trafnej reakcji karnej i zasady sprawiedliwości. Proces powinien być tak skonstruowany, żeby nie tylko osoba winna poniosła odpowiedzialność za swoje czyny, ale przede wszystkim osoba niewinna nie poniosła tej odpowiedzialności”. W podobnym tonie wypowiedział się w podcaście Dowód Niewinności w odcinku poświęconym Piotrowi Pytlowi, w którym wspólnie analizowaliśmy tę nieprawdopodobną naszym zdaniem historię. To ekstremalnie rzadka sytuacja, gdy zgadzam się z prokuratorem w jakiejś sprawie.

Dwukrotnie z podobnym wnioskiem o wznowienie jego sprawy do niemieckich organów występował później sam Pytel. Z tym samym skutkiem. Z rozpaczą zdając sobie sprawę, że nie przekona niemieckich prokuratorów do działania na jego rzecz, swoje nadzieje skierował w stronę prezydenta RP. Ten dysponuje bowiem konstytucyjnym prawem łaski. Ma więc możliwość uwolnienia Piotra Pytla. (…) 

O ułaskawieniu Piotra Pytla Kancelaria Prezydenta RP poinformowała 3 sierpnia 2026 r.
Źródło: niezalezna.pl

NAJNOWSZE Polska