Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz podczas zamkniętego spotkania z działaczami Polski 2050 miała potwierdzić, że Maciej Berek nie spełnia formalnych wymogów do objęcia urzędu sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a mimo to koalicja świadomie zagłosowała za jego kandydaturą.
Wbrew wszelkim rzeczom, które głosiliśmy i o które poszliśmy też walczyć w 2023 r., była sprawa Maćka Berka, którego niezwykle szanuję, ale jest politykiem, który bezpośrednio z rządu poszedł do Trybunału Konstytucyjnego, który myśmy wołali, że należy odpolitycznić, a tymczasem sami wprowadziliśmy polityka do Trybunału Konstytucyjnego. Co więcej, i to jest smutna prawda, ale prawda, niespełniającego formalnych kryteriów, i to jest fakt... To jest fakt i poparliśmy to
– powiedziała polityk podczas spotkania, z którego nagranie ujawniła telewizja wPolsce24.
Tym samym była minister funduszy i polityki regionalnej potwierdziła doniesienia niezależnych mediów, środowiska prezydenta RP i opozycji, które od tygodni wskazują, że Maciej Berek nie posiada wymaganego 10-letniego stażu pracy na stanowisku radcy prawnego, co wyklucza go z grona osób mogących objąć urząd sędziego Trybunału Konstytucyjnego (TK).
Co ciekawe, swoje stanowisko ws. Berka Pełczyńska-Nałęcz potwierdziła także w weekendowym wywiadzie dla Wp.pl, w którym podkreślała, że środowisko Donalda Tuska najpierw obiecywało odpolitycznienie, a potem do TK wysłało polityka wprost z rządu. – Jest to polityk o ogromnych kompetencjach, ale faktem jest, że nie spełnia formalnych kryteriów. I wszyscy sobie z tego świetnie zdają sprawę – mówiła.
We wtorek Pełczyńska-Nałęcz potwierdziła swoje słowa również w Kanale Zero.
Rabenda: wszyscy wiedzieli, że to jest lipa
O komentarz do słów dotychczasowej minister funduszy i polityki regionalnej został dziś zapytany na antenie TV Republika Karol Rabenda, prezydencki minister.
Wszyscy wiedzieli, że to jest lipa, tak? Cytując wypowiedź z innej historii sprzed lat. Wszyscy wiedzieli, że to lipa, ale pan Donald Tusk tak zarządził i wszyscy mają grać tę melodię. Nawet jeśli to będzie powodowało zaostrzenie konfliktu, trudności formalne. To jest ta eskalacja, którą Donald Tusk zawsze stosuje, kiedy ma kłopoty.
– ocenił.
I kontynuował: "przypomnę okoliczności, kiedy koalicja rządowa miała serię wpadek u siebie wewnętrznych i różne afery: Szpital Południowy, sprawa Kłodzka i tak dalej, to nagle się wyciągnięto sprawę Trybunału, Berka, żeby zaostrzyć sytuację, żeby zaostrzyć konflikt, żeby doszło nawet do różnej eskalacji na ulicach, żeby, nie wiem, ktoś został pobity, żeby opinia publiczna zaczęła się tym interesować, a nie aferami rządu Donalda Tuska".
Dziennikarz TV Republika przytoczył wypowiedzi, które padają obecnie z ust polityków opozycji, jakoby Pełczyńska-Nałęcz "dała argument do aktu oskarżenia". Rabenda odparł twierdząco.
"Oczywiście, że tak. To, o czym my mówiliśmy na samym początku po powołaniu Macieja Berka na to stanowisko przez większość parlamentarną. Od razu mówiliśmy, że jeśli chodzi o kwestie formalne, no to one muszą być wyjaśnione. Pan prezydent zwracał się do parlamentu o informację dokładną, czy dany kandydat spełniał wymogi. I oczywiście nie było żadnej odpowiedzi. Pan Berek później gdzieś tam udawał, że składa przysięgę do Czarzastego czy tam do jego otoczenia. Nieważne, jaką to ma skuteczność... czyli żadną. No i doszło do tej eskalacji. Część rządu o tym wszystkim wiedziała. Więc odpowiedzialność spada wprost na posłów, którzy głosowali za panem Berkiem"
– mówił prezydencki minister.
Zapytany o to, czy wyobraża sobie w przyszłości zarzuty w tej sprawie.
"Znaczy tu trzeba było rozstrzygnąć, kto ponosi odpowiedzialność. Donald Tusk tego nie powiedział, a nikt tego nawet nie nagrał, więc nie ma tam żadnego... ani podpisu, ani nie ma dowodów [na pseudoślubowanie]. Więc to jest słynne działanie Donalda Tuska, że tam swoich ministrów albo swoich zastępców zawsze wypchnie, żeby to oni ponosili odpowiedzialność za jego decyzje" - stwierdził.