Andy Burnham, jedyny jak na razie w Partii Pracy kandydat na jej lidera - a tym samym i premiera Wielkiej Brytanii - ogłosił swój program podczas pierwszego przemówienia w Manchesterze. Od jego kształtu zależy wiele: w bliższej perspektywie - czy w Wielkiej Brytanii dojdzie do rozpisania przedterminowych wyborów i czy laburzyści utrzymają władzę. W dalszej - czy będzie to początek obiecywanych zmian, które zahamują narastanie konfliktów etnicznych oraz religijnych i zakończą stagnację gospodarczą na Wyspach.
O ocenę tamtejszej bieżącej sytuacji politycznej i społecznej poprosiliśmy analityka ds. Wielkiej Brytanii i Irlandii, dr. Przemysława Biskupa z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Jaką spuściznę polityczną pozostawił laburzystom ustępujący Keir Starmer?
Myślę, że Brytyjczycy mieli już dosyć braku decyzyjności ustępującego rządu. Kiedy spojrzy się na notowania Partii Pracy, to one szorują po dnie. Sam Keir Starmer jest najbardziej niepopularnym premierem Wielkiej Brytanii w historii badań sondażowych.
Czy to oznacza, że sprawa śmierci Henry'ego Nowaka mogła mieć wpływ na kłopoty premiera Starmera i w efekcie jego rezygnację?
Myślę, że ta sprawa miała umiarkowany wpływ na ustąpienie z urzędu. Musimy pamiętać, że rząd Keira Starmera zaczął tracić poparcie systematycznie i w sposób ciągły mniej więcej po pół roku urzędowania. Kiedy spojrzymy na jego notowania, to nie były to jakieś spektakularne tąpnięcia - popularność spadała regularnie.
Ten gabinet bardzo się szarpał i nie miał znaczących sukcesów. W pewnej mierze było to konsekwencją sposobu, w jaki Starmer osiągnął władzę. Doszedł do niej dzięki swojemu programowi wyborczemu z 2024 roku, w którym zapowiedział "wszystko dla wszystkich": żadnych podwyżek podatków, dodatkowe wydatki socjalne... Można powiedzieć, że obiecał jedną wielką krainę szczęśliwości. Trudno być bardzo zaskoczonym, że taka wizja się nie zrealizowała. Raczej nigdy nie było na to szans.
Na następcę Keira Starmera typowany jest Andy Burnham, do niedawna burmistrz Manchesteru. Jeśli wszystko pójdzie bez przeszkód, to już 20 lipca zostanie siódmym w ciągu dekady premierem Wielkiej Brytanii. Jakie ma szanse, że będzie "szczęśliwą siódemką" Partii Pracy?
W debacie brytyjskiej pojawiają się coraz liczniejsze głosy, że tak naprawdę nowy premier odziedziczy te same twarde uwarunkowania procesu rządzenia, którym nie podołał Starmer. To oznaczałoby, że główna przewaga Burnhama nad Starmerem polega na tym, że Burnham lepiej potrafi uprawiać komunikację polityczną. Moim zdaniem to ma znaczenie, bo pomaga - na krótko - sprzedawać pewną wizję. Nie jest to jednak coś, co na dłuższą metę pozwala skutecznie rządzić czy jest samoistnym źródłem sukcesu rządów.
Zatem Burnham nie ma wielkich szans na sukces w nowej roli?
Szansę ma, lecz prawdopodobieństwo sukcesu w tym zakresie jest bardzo umiarkowane.
Co jeszcze wiadomo o prawdopodobnym następcy Starmera?
Pochodzi z północno-zachodniej Anglii. Wywodzi się z niezamożnej rodziny i ukończył studia na Uniwersytecie Cambridge. Po krótkim epizodzie dziennikarskim szybko przeszedł do pracy politycznej jako researcher i doradca polityków Partii Pracy. Następnie rozpoczął karierę parlamentarną, która doprowadziła go do stanowisk wiece i - ministerialnych. Pod koniec rządów Partii Pracy pełnił funkcję ministra zdrowia w gabinecie Gordona Browna.
Po przejściu Partii Pracy do opozycji należał do ścisłego kierownictwa ugrupowania, pełniąc funkcje m.in. ministra zdrowia, edukacji i spraw wewnętrznych w gabinecie cieni. W okresie przywództwa Jeremy’ego Corbyna jego pozycja w polityce krajowej nie była już tak silna jak wcześniej, dlatego zdecydował się skorzystać z nowej drogi kariery politycznej, jaką stworzyła dewolucja w Anglii. W 2017 r. wystartował w wyborach na burmistrza metropolitalnego Wielkiego Manchesteru i został pierwszą osobą wybraną na to stanowisko.
Dziś Burnham wraca do polityki krajowej jako jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci brytyjskiej lewicy, a kierowanie Wielkim Manchesterem pozwoliło mu utrzymać ogólnokrajową rozpoznawalność. Pod tym względem sytuacja przypomina Polskę – zarządzanie jedną z największych metropolii kraju daje politykowi znaczną widoczność także na szczeblu centralnym.
Warto jednak pamiętać, że stanowisko burmistrza metropolitalnego w Anglii różni się od funkcji premiera. Chociaż burmistrz Wielkiego Manchesteru dysponuje realnymi kompetencjami w takich obszarach jak transport, rozwój gospodarczy czy planowanie strategiczne regionu, jednak skala odpowiedzialności jest nieporównywalnie mniejsza niż w przypadku szefa rządu. W najbliższych miesiącach przekonamy się więc, na ile doświadczenia zdobyte w zarządzaniu jedną z największych brytyjskich metropolii można przełożyć na kierowanie państwem.
To stanowisko prestiżowe i zapewniające widoczność, ale bardzo różni się od tego, czym musi zajmować się premier kraju. Mówimy tu o dwóch różnych poziomach wymagań, jeśli próbujemy odnieść doświadczenie zdobyte podczas burmistrzowania metropolii do zarządzania państwem.
Nigel Farage, lider brytyjskich reformistów, po ustąpieniu Keira Starmera wzywa z kolei do organizacji przyspieszonych wyborów. Na ile ten scenariusz jest dziś realny?
To zależy od treści nowego programu rządu, jaki zaproponuje Burnham.
Burnham stoi teraz przed takim dylematem: albo rozpisać wybory wcześniej i uzyskać świeży mandat pod własny program polityczny, albo kontynuować mandat uzyskany przez Starmera, co w praktyce oznacza niemożność zmiany większości priorytetów rządu. Burnham dołożyłby wówczas do starych obietnic jedynie nowy PR.
Dlatego Burnham już w pierwszych godzinach sprawowania władzy będzie musiał podjąć kilka strategicznych decyzji - i nie będą one łatwe.
Jak zatem ocenia Pan to, co Andy Burnham zapowiedział w Manchesterze podczas swojego pierwszego wystąpienia programowego?
W mojej ocenie najciekawszym elementem wystąpienia Andy’ego Burnhama był nacisk na przebudowę relacji między centrum a regionami Wielkiej Brytanii. Nie jest to przypadek – przez ostatnie lata Burnham budował swoją pozycję polityczną jako burmistrz Wielkiego Manchesteru i konsekwentnie argumentował, że jednym z głównych problemów kraju jest nadmierna koncentracja władzy, inwestycji i możliwości rozwojowych w Londynie i południowo-wschodniej Anglii.
Programowo oznacza to połączenie dwóch elementów. Po pierwsze - dalszej dewolucji, czyli przekazywania większych kompetencji władzom regionalnym i lokalnym. Po drugie - aktywniejszego wykorzystania polityki fiskalnej państwa do ograniczania różnic rozwojowych pomiędzy poszczególnymi częściami kraju. Burnham sugeruje, że państwo powinno bardziej świadomie kierować inwestycje i środki publiczne tam, gdzie przez dekady obserwowano relatywne zacofanie gospodarcze i słabszy wzrost.
Z politycznego punktu widzenia jest to próba odpowiedzi na problemy, które leżały u podstaw Brexitu i późniejszego wzrostu popularności Partii Reformy. W wielu częściach północnej i środkowej Anglii utrzymuje się poczucie, że korzyści z globalizacji i wzrostu gospodarczego były rozdzielane nierównomiernie. Burnham stara się więc przedstawić wizję bardziej zrównoważonego modelu rozwoju państwa.
Pytanie brzmi jednak, czy będzie dysponował środkami niezbędnymi do realizacji tych ambicji? Wielka Brytania zmaga się dziś ze spowolnieniem wzrostu gospodarczego, wysokim zadłużeniem sektora publicznego i rosnącymi oczekiwaniami wobec usług publicznych. Dlatego największym wyzwaniem dla Burnhama będzie pokazanie, w jaki sposób zamierza sfinansować swoje obietnice.
Dr Przemysław Biskup jest głównym specjalistą w Programie UE PISM i wykładowcą Szkoły Głównej Handlowej.