Dziś podczas konferencji prasowej Prokurator Generalny przedstawił nowe szczegóły ze śledztwa dotyczącego śmierci ks. Franciszka Blachnickiego. Wynika z nich, że duchowny - zmarły w 1987 r. - został zamordowany poprzez otrucie. Ks. Blachnicki był jednym z najbardziej inwigilowanych duchownych w okresie PRL, a przez kilka ostatnich lat jego życia w bliskim jego otoczeniu znajdowało się przerzucone przez wywiad PRL do Niemiec małżeństwo - Jolanta i Andrzej Gontarczykowie.
O tej sprawie rozmawiała dziś Katarzyna Gójska z gościem programu "W Punkt", Piotrem Woyciechowskim.
Gość podkreślił, że w ramach prowadzonego przez siebie dochodzenia zidentyfikował "ok. 20 funkcjonariuszy Departamentu I MSW, którzy brali udział - bezpośrednio lub pośrednio - w operacji, z czego kilkanaście osób przeszło suchą nogą do nowych służb wywiadu III RP i cieszyli się parasolem ochronnym".
Woyciechowski wskazał, że niedługo przed śmiercią ks. Blachnickiego doszło do kłótni między duchownym a małżeństwem Gontarczyków. - Oni zostali przez niego prawdopodobnie zdemaskowani, świadkowie słyszeli odgłosy kłótni, potem nastąpiła śmierć i szok w społeczności - mówił gość TV Republika. Dodał, że para Gontarczyków jeszcze przez rok pracowała w środowisku w Carlsbergu.
- Gontarczykowie zostali wycofani przez wywiad PRL po tym, jak służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze RFN zainteresowały się nimi i w ramach przesłuchania zostali zdekonspirowani. Zaoferowano im współpracę i w trybie nagłym zostali przerzuceni na Węgry i odebrani tam przez najwyższych naczelników Wydziału XI Departamentu I MSW. (...) To była najważniejsza para agentów w środowisku carlsberskim. Oni nie tylko przeniknęli do otoczenia ks. Blachnickiego i jego organizacji, ale występowali w RWE, mieli kwity z rządu londyńskiego. Jestem przekonany, że ich zadania kierunkowe był komunikowane przez prowadzących i przełożonych, ale strategia była ustalana na Kremlu, w KGB
– ocenił Piotr Woyciechowski.
Podkreślił, że działania Gontarczyków to nie była jedynie inwigilacja, ale "były to działania opresyjne, dążące do sabotowania środowiska w Carlsbergu, niszczące logistykę".
Woyciechowski zwrócił uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy - archiwum Gontarczyków, które miało zostać zakopane przed ich nagłą ewakuacją. O archiwum wiadomo z akt operacyjnych.
- Było ono w kręgu zainteresowania SB, ale nie wiemy, czy SB przedsięwzięło jakąś większą operację, by wydostać to archiwum, obszerne, bogate, szczegółowe i cenne z punktu widzenia SB, KGB i Stasi. Ani to środowisko się tym nie zajęło, ani działacze długoletni stażem w Ruchu Światło-Życie. (...) Musze powiedzieć, że wiele szans na odkrycie prawdy uciekło z powodu zachowawczości, bierności tego środowiska. Ruch oazowy przez lata nie był zainteresowany dochodzeniem do prawdy o śmierci ks. Blachnickiego
- wskazał gość TV Republika.
W rozmowie poruszono również temat płk. Aleksandra Makowskiego, byłego szefa Wydziału XI Departamentu I MSW. Zdaniem Woyciechowskiego, to oficer, który "dużo mógł i dużo wiedział", i "po 1990 r. i powołaniu Urzędu Ochrony Państwa nie poddał się tzw. weryfikacji, ale został wchłonięty przez kolegów z Departamentu I jako agentura, działał jako TW, miał oficera, miał teczkę pracy".
- To afiliacja, aby był bezpieczny, bezkarny - podkreślił.
- Kiedy zlikwidowano UOP, Zbigniew Siemiątkowski go nie chciał, bo wiedział, że jest niebezpieczny. Marek Dukaczewski z otwartymi ramionami go przyjął na stan aktywów operacyjnych wojska. stąd słynna operacja "Zen" i niebezpieczna dla państwa polskiego rola płk. Makowskiego opisana w raporcie Antoniego Macierewicza. (...) Szukał wszędzie afiliacji, ochrony. Nastąpiła reakcje obronna. W "antyraporcie" Marka Biernackiego jest cały jeden rozdział o środowisku polityków PO stających w obronie płk. Makowskiego
– mówił.
Poinformowano, że śmierć ks. Blachnickiego w dniu 27 lutego 1987 r. nastąpiła na skutek zabójstwa poprzez podanie ofierze śmiertelnych substancji toksycznych. Podano, że wykazały to czynności procesowe, przeprowadzone w Polsce oraz na terenie Niemiec, Austrii i Węgier przez prokuratorów IPN w Katowicach.
O TW "Panna" - Jolancie Gontarczyk, używającej obecnie nazwiska Lange, zrobiło się głośno kilka lat temu, gdy media ujawniły, że w grudniu 2019 r., na podstawie zarządzenia nr 1843/2019 prezydenta m.st. Warszawy przyznana została dotacja na prowadzenie Centrum Wielokulturowego w Warszawie, którego głównym operatorem była właśnie fundacja Lange.