W połowie czerwca 2026 roku na drogowych przejściach granicznych z obwodem królewieckim doszło do dwóch bliźniaczo podobnych incydentów.
Pierwsze ze zdarzeń miało miejsce 19 czerwca na przejściu w Bezledach. Do odprawy stawiła się 35-letnia obywatelka Niemiec narodowości rosyjskiej.
Kobieta przedstawiła funkcjonariuszom Straży Granicznej podrobione niemieckie prawo jazdy, a po zdemaskowaniu tłumaczyła, że fałszywy blankiet kupiła w internecie, płacąc za niego 1500 euro.
Zaledwie dzień później, 20 czerwca, na przejściu w Grzechotkach doszło do analogicznej sytuacji. Granicę próbował przekroczyć 38-letni obywatel Niemiec urodzony w Rosji. Mężczyzna posłużył się podrobionym włoskim prawem jazdy. W obu przypadkach czujność strażników granicznych pozwoliła na wykrycie, że blankiety nie są autentyczne, choć zostały przygotowane na wzór oryginalnych dokumentów.
Finał obu spraw sprowadził się jednak do rutynowych czynności karnej i administracyjnej. Zatrzymanie osób o rosyjskich korzeniach, posługujących się fałszywymi zachodnimi dokumentami, zakończyło się na standardowej procedurze za fałszerstwo. Kobieta i mężczyzna usłyszeli zarzuty posłużenia się podrobionymi dokumentami, do czego się przyznali. Zapłacili grzywny w wysokości 8 tys. zł każde, po czym zostali po prostu zwolnieni. Jak podsumowała w swoim oficjalnym komunikacie Straż Graniczna: „Następnie pojechali do Rosji, ale już jako pasażerowie”.
Osoby posługujące się świetnie podrobionymi, kosztownymi fałszywkami potraktowano jak drobnych oszustów. Po uiszczeniu kwoty, która dla profesjonalnych służb nie stanowi żadnej przeszkody finansowej, spokojnie udały się na terytorium obwodu królewieckiego.
Rosja już tu jest
Warto tu przywołać choćby inne zdarzenia z ostatnich lat. Jak relacjonowała Straż Graniczna w swoim komunikacie z września 2025 roku, na przejściu w Korczowej 44-letni obywatel Rosji próbował wyjechać z Polski, posługując się podrobionym ukraińskim prawem jazdy. Wystarczyło jednak, że dobrowolnie poddał się karze grzywny w wysokości 1500 zł, po czym pozwolono mu kontynuować podróż na fotelu pasażera. Z kolei w październiku 2024 roku 38-letni Rosjanin użył na granicy fałszywego włoskiego dowodu osobistego. Został ukarany grzywną w wysokości 5 tys. zł, po czym bez żadnych przeszkód wrócił do Rosji.
Jak wynika z informacji przekazanych „Gazecie Polskiej” przez Straż Graniczną, w 2024 roku zatrzymano 21 obywateli Rosji posługujących się fałszywymi dokumentami. W 2025 roku takich przypadków było pięć, a w pierwszej połowie 2026 roku – sześć. Łącznie daje to zaledwie 32 osoby w ciągu dwóch i pół roku. Z pozoru statystyki te mogą wydawać się niewielkie, jednak w rzeczywistości stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej. W ręce strażników granicznych wpadają zazwyczaj tylko ci, którzy popełnili błąd lub dysponowali słabszej jakości fałszywkami.
Należy przy tym podkreślić, że przytoczone statystyki obejmują wyłącznie osoby legitymujące się wprost rosyjskim obywatelstwem. Tymczasem do aktów sabotażu czy działalności szpiegowskiej rosyjskie służby regularnie wykorzystują również obywateli państw trzecich: Ukrainy, Białorusi, Mołdawii czy krajów Azji Centralnej. Można zatem postawić zasadne pytanie: jeśli polska Straż Graniczna wyłapuje zaledwie kilkunastu Rosjan rocznie z fałszywymi dokumentami, to ilu profesjonalnie przygotowanych „nielegałów” lub dywersantów z perfekcyjnymi podróbkami z Włoch czy Rumunii przekracza naszą granicę niezauważenie? Wyraźny spadek liczby złapanych Rosjan, począwszy od 2025 roku (tylko pięć osób), każe postawić również pytanie, czy to Rosjanie zrezygnowali z wjazdów, czy też po prostu udoskonalili metody i polskie służby przestały ich łapać.
Odpowiedzi przesłane przez rzeczniczkę Straży Granicznej de facto potwierdzają ponadto, że państwowy system działa w trybie urzędniczej rutyny. Nie jest to oczywiście wina SG, lecz nieodpowiednich procedur i anachronicznych przepisów. Zapytana o współpracę z kontrwywiadem, rzeczniczka unika jednoznacznej odpowiedzi, czy w wypadku każdego obywatela Rosji ze sfałszowanym dokumentem informowana jest Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zamiast tego powołuje się na standardowe przepisy Kodeksu karnego (art. 270 k.k.) oraz zapisy ustawy antyterrorystycznej, tłumacząc, że powiadomienia trafiają do szefa ABW tylko wtedy, gdy sprawy są „klasyfikowane zgodnie z katalogiem incydentów o charakterze terrorystycznym”. W praktyce oznacza to brak automatycznego, natychmiastowego przepływu informacji w czasach realnego zagrożenia hybrydowego. Jeśli funkcjonariusz nie uzna zdarzenia za „incydent terrorystyczny”, kontrwywiad w ogóle nie dowiaduje się o zatrzymaniu (chyba że z komunikatu prasowego).
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w przypadku pozyskiwania śladów. Straż Graniczna przyznaje jedynie, że wobec zatrzymanych pobiera się „odciski linii papilarnych”. Całkowicie pominięto przy tym kwestię zabezpieczania materiału genetycznego (DNA). W dobie powtarzających się pożarów i aktów sabotażu, kiedy baza DNA jest kluczowa do późniejszego porównywania ze śladami na miejscu ewentualnego przestępstwa, opieranie się wyłącznie na odciskach palców to standard z ubiegłego wieku.
„Nasze procedury nie mogą tak wyglądać”
Na luki w systemie zwraca uwagę Mariusz Kozłowski, były oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz członek państwowej komisji ds. wpływów rosyjskich kierowanej przez prof. Sławomira Cenckiewicza. W komentarzu dla „Gazety Polskiej” ekspert nie kryje zaniepokojenia tym zjawiskiem.
– Dwóch ludzi z niemieckimi paszportami, rosyjskimi korzeniami, podrobionymi prawami jazdy. Przyznali się, zapłacili po 8 tys. i pojechali dalej do Rosji jako pasażerowie. Koniec tematu. Żadnego sygnału, że ktoś z kontrwywiadu się tym bliżej zajął, że ich urządzenia (telefony, pendrive, banki pamięci etc.) zostały prześwietlone, że ktoś sprawdził, czy to nie element większej układanki
– punktuje były oficer SKW.
Zdaniem Kozłowskiego polskie państwo traktuje przejścia graniczne jak administracyjną barierę, podczas gdy dla wschodnich służb to doskonały poligon. – Dlatego nasze procedury kontrwywiadowcze w warunkach, w jakich naprawdę jesteśmy, nie mogą wyglądać, tak jak wyglądają. Każdy taki przypadek – nieważne, czy to obywatel FR, czy Niemiec, lub Burkina Faso z rosyjskimi korzeniami – powinien pilnie i automatycznie lądować nie tylko na biurku w ABW, ale też SKW (która rozbudowała w ostatnich latach sieć swoich ekspozytur i inspektoratów właśnie na wschodzie). I tu należałoby przyjrzeć się przepisom i je urealnić (ustawa z dnia 10 czerwca 2016 roku o działaniach antyterrorystycznych). A odciski to za mało. Trzeba brać wszystko, co da się wziąć zgodnie z prawem: biometrię, urządzenia, historię połączeń, trasy wcześniejszych przejazdów. I nie puszczać człowieka dalej tylko dlatego, że zapłacił grzywnę. Bo po drugiej stronie ktoś dokładnie notuje, jak szybko i jak tanio można przejść przez nasze polskie sito – konkluduje w komentarzu dla naszego tygodnika Mariusz Kozłowski.
Rumuńska fabryka tożsamości i akty sabotażu
Problem, z którym mierzą się polskie służby graniczne, wpisuje się w znacznie szerszą, ogólnoeuropejską operację. Warto tu wspomnieć o ujawnionej i rozbitej przez rumuńskie służby siatce, która na masową skalę umożliwiała obywatelom Rosji, Ukrainy i Mołdawii uzyskanie rumuńskich dowodów osobistych oraz paszportów. Śledztwo rumuńskiej prokuratury objęło około 1700 cudzoziemców, a cała grupa zdołała wyprodukować dokumenty dla prawie 7000 osób, bazując m.in. na fikcyjnych adresach zameldowania.
Za „pakiet dokumentów” płacono od 15 tys. do nawet 40 tys. euro. Według analizy amerykańskiego Robert Lansing Institute procederu nie można sprowadzać do zwykłej działalności kryminalnej. Był to element systemowej operacji rosyjskich służb specjalnych, zarządzanej prawdopodobnie przez FSB (odpowiedzialną za nielegałów i agentów), SWR i GRU (zaangażowane m.in. w operacje dywersyjne). Nabywcy to nierzadko osoby powiązane z Kremlem, a wyprodukowane w ten sposób czyste, europejskie tożsamości pozwalały rosyjskim dywersantom swobodnie poruszać się po strefie Schengen i przygotowywać akty sabotażu.
Swobodne przenikanie agentów wywiadu i dywersantów przez granice ma swoje katastrofalne skutki, których Polska wielokrotnie doświadczyła w ciągu ostatnich parunastu miesięcy. Mowa tu choćby o olbrzymim pożarze na terenie hali produkcyjno-magazynowej przy ul. Modlińskiej 16 w Warszawie. Z ogniem, który objął halę z komponentami chemicznymi, walczyły w marcu 2025 roku dziesiątki zastępów straży pożarnej. Wcześniej, w maju 2024 roku, spłonęła słynna hala Marywilska 44 w Warszawie, a polska prokuratura jasno powiązała to zdarzenie ze zorganizowaną grupą przestępczą dokonującą podpaleń na zlecenie obcego wywiadu.
Kolejnym wstrząsającym zdarzeniem był bezpośredni atak na infrastrukturę krytyczną – w listopadzie 2025 roku na linii kolejowej Warszawa–Lublin, w rejonie miejscowości Mika, doszło do wysadzenia fragmentu torów za pomocą ładunku wybuchowego. W tym samym czasie pod Puławami na torowisku zamontowano metalową obejmę mającą doprowadzić do katastrofy kolejowej. Za aktami dywersji stali – jak podawały później władze – zwerbowani przez rosyjskie służby obywatele Ukrainy, którzy zdołali zbiec i opuścić terytorium RP.
Jeśli państwo polskie natychmiast nie zaostrzy procedur i nie zintegruje rutynowych działań Straży Granicznej z działalnością kontrwywiadu, mogą czekać nas kolejne dramaty. – Jeżeli nic się nie zmienimy, będziemy dalej grzecznie karać po kilka tysięcy i patrzeć, jak ci ludzie na fałszywych papierach spokojnie wjeżdżają do Rosji, oni będą wiedzieć, że u nas da się. Powtórka Miki, pożarów magazynów jest wysoce prawdopodobna. Każda sytuacja, w której ktoś z rosyjskim pochodzeniem i zachodnim dokumentem wpada w polskie ręce, a potem spokojnie jedzie dalej do Kaliningradu, jest dla nich informacją nie do przecenienia, a na pewno nie do zignorowania, albowiem nie ma dla nich informacji nieistotnych i których by nie wykorzystali. Rosjanie wiedzą, jak czytać nasze reakcje, jak testować, gdzie jesteśmy miękcy, gdzie można spokojnie operować – mówi na koniec płk Kozłowski.
#KtoTuRządzi | 365 dni prezydentury. Bez zamykania się w Pałacu. Wciąż blisko ludzi.#TVRepublika #włączprawdę pic.twitter.com/z0obfdL49o
— Telewizja Republika 🇵🇱 #włączprawdę (@RepublikaTV) August 6, 2026