Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Rosjanie odpowiadają Holendrom własnym raportem. Kłamliwym jak smoleński raport MAK

Rosjanie nie czekali długo z odpowiedzią na profesjonalny raport autorstwa międzynarodowej komisji jednoznacznie dowodzący, że to Rosja odpowiada za zestrzelenie pasażerskiego boeinga nad Ukra

Autor:

Rosjanie nie czekali długo z odpowiedzią na profesjonalny raport autorstwa międzynarodowej komisji jednoznacznie dowodzący, że to Rosja odpowiada za zestrzelenie pasażerskiego boeinga nad Ukrainą w 2014 r. Rosyjski koncern zbrojeniowy Ałmaz-Antej zaprezentował własne "dowody" - przypominające smoleński raport MAK. Tyle że Rosjanom w sprawie boeinga nikt już nie uwierzy, bo świat skupił się dziś na dokumencie międzynarodowej komisji. W przypadku katastrofy smoleńskiej było zupełnie inaczej - polski rząd robił, co mógł, by utrwalić rosyjską wersję zdarzeń...

Samolot został zestrzelony z wioski Zaroszczenskij kontrolowanej przez Ukraińców - twierdzi Moskwa. Jak doszli do takich wniosków Rosjanie? Koncern Ałmaz-Antej powołuje się na bliżej nieokreślone "eksperymentalne badania" przeprowadzone na samolocie Ił-86, "podobnym" do Boeinga 777. 

Rosja nie zaprzecza już co prawda, że samolot został zestrzelony z rakiety Buk (wcześniej podawano inne fantastyczne wersje), twierdzi jednak, że atak przeprowadzili Ukraińcy.

Oczywiście Moskwa nie uznała raportu, który przedstawiła dziś międzynarodowa komisja badająca tragedię z 2014 r., choć katastrofę Boeinga 777, zestrzelonego przez Rosjan nad Ukrainą, badało 332 specjalistów z Holandii i Australii oraz 68 ekspertów z Malezji. Posługiwali się najnowocześniejszym sprzętem. Wrak zrekonstruowano niemal w całości, dzięki czemu komisja mogła dać odpór kłamstwom Rosjan. Według informacji premiera Holandii Marka Rutte ciała z boeinga identyfikowało 207 ekspertów policyjnych z Holandii oraz kilkudziesięciu specjalistów z Australii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Brazylii, Malezji, RPA i USA. 

Niestety, zupełnie inaczej potoczyły się losy badania katastrofy smoleńskiej. Tam także od początku Rosja niszczyła dowody i prowadziła dezinformacyjną grę. Mimo to w Smoleńsku na miejscu katastrofy pojawiło się zaledwie 18 członków polskiej komisji rządowej. Zdjęcia - bardzo słabej jakości - wykonywano głównie tanim telefonem komórkowym Nokia E66, który obecnie można kupić wyłącznie w komisach i na aukcjach internetowych. Większość fotografii w raporcie komisji Millera i tak pochodziła zresztą od rosyjskiego fotoamatora Siergieja Amielina.

W Smoleńsku identyfikacją ciał zajęło się tylko i wyłącznie rosyjskie Ministerstwo Zdrowia, którego pracownicy dokonywali także sekcji zwłok. Premier Donald Tusk dowiedział się o takiej decyzji Rosjan już 10 kwietnia 2010 r., ale nie zaprotestował. Podczas identyfikacji i sekcji nie było ani polskich prokuratorów, ani polskich lekarzy. Większość ciał (71 z 96) zidentyfikowano i włożono do trumien już po czterech dniach od katastrofy! Polskie władze przekazywały przy tym rodzinom informacje, że po przylocie do Polski trumny muszą pozostać zamknięte. 

Sekcje wykonane przez Rosjan były albo pozorowane, albo skrajnie nieprofesjonalne. Niektóre ciała włożono do niewłaściwych trumien, a np. w dokumentach sekcyjnych śp. Zbigniewa Wassermanna rosyjscy lekarze nie wymienili kilkudziesięciu znaków szczególnych i śladów przebytych chorób. Opisali także pęcherzyk żółciowy, który został u polityka wycięty długo przed katastrofą. W rosyjskim protokole podano też nieprawidłowy wzrost i kolor oczu śp. posła PiS. To nie wszystko. „Śledzionę i serce zamiast w jamie brzusznej zaszyto ojcu w nodze. Nie umyto zwłok po sekcji. Nie zaszyto głowy. Pozostawiono otwartą czaszkę” - mówiła Małgorzata Wassermann, córka ofiary, na II Konferencji Smoleńskiej.

Autor:

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane