"Prokuratura prowadzi śledztwo. Mogę zaręczyć, że kiedy prokuratura je zakończy i podejmie decyzję, kto w tej sprawie zawinił i czy była wina, czy nie było winy pana ministra Grabarczyka, podejmę, proszę mi wierzyć, jak zwykle, bardzo szybkie decyzje" - mówiła wczoraj Ewa Kopacz.
Tego samego dnia gruchnęła wiadomość, że Cezary Grabarczyk podał się do dymisji. Jak ujawnia portal 300polityka.pl - to właśnie Ewa Kopacz nakazała politykowi PO ją złożyć. Szefowa rządu zadzwoniła do Grabarczyka z samolotu, w drodze z Krakowa do Warszawy.
Co zatem stało się między deklaracją Ewy Kopacz, że decyzja w sprawie Grabarczyka zapadnie dopiero po zakończeniu śledztwa (czyli za kilka miesięcy lub tygodni), a zupełnie niespodziewaną dymisją ministra? Przecież odwoływanie tak ważnego członka rządu paręnaście dni przed wyborami prezydenckimi to poważny cios wizerunkowy dla PO, a także dla Bronisława Komorowskiego (Grabarczyk to jeden z założycieli komitetu wyborczego Komorowskiego). Czyżby w sprawie Grabarczyka były dodatkowe "trupy w szafie", o których Kopacz dowiedziała się dopiero wczoraj po południu? Wszystko na to wskazuje.
Przypomnijmy: „Gazeta Polska” jako pierwsza informowała o problemach Cezarego Grabarczyka i dziwnych okolicznościach wydania mu pozwolenia na broń, a właściwie okoliczności zdania egzaminu praktycznego.
„Informację o śledztwie dotyczącym egzaminu ministra sprawiedliwości uzyskaliśmy od prawnika, który zna osobiście czołowych polityków PO i PSL. Według jego wiedzy policjant, który swoim podpisem potwierdził, że Grabarczyk zdał przed nim egzamin, zrobił to bez obecności ministra, dopuszczając się tym samym poświadczenia nieprawdy” – pisał na początku marca Piotr Lisiewicz na łamach tygodnika „Gazeta Polska”.
Śledztwo trwa, niedawno przesłuchany został Cezary Grabarczyk. W środę pojawiła kolejna bulwersująca informacja dotycząca sprawy – prokurator Krzysztof Drygas, który rozważał postawienie zarzutów Grabarczykowi, został odsunięty od śledztwa.