Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił w całości powództwo Ireny Dziedzic przeciw Pawłowi Lisickiemu i Cezaremu Gmyzowi – poinformował na swojej stronie internetowej tygodnik „Do Rzeczy”. Dziedzic pozwała Gmyza za tekst opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” w czasie gdy redaktorem naczelnym był Lisicki. Tekst dotyczył procesu lustracyjnego ikony dziennikarstwa PRL, który – co ciekawe – toczył się na wniosek Dziedzic i był jawny.
Teraz sąd zdecydował, że dziennikarze nie naruszyli dóbr osobistych Dziedzic i nakazał jej pokrycie kosztu procesu oraz pełnomocników dziennikarzy.

Informację o zarejestrowaniu Ireny Dziedzic przez SB jako TW o pseudonimie „Marlena” podał w 2006 r. „Newsweek” a potem „Misja Specjalna” TVP. Z ewidencji operacyjnej SB wynikać miało, że było to w latach 1958-66. Dziennikarka zaprzeczała faktowi tajnej współpracy i wniosła do sądu o autolustrację.
W 2010 r. Sąd Okręgowy uznał Dziedzic za kłamcę lustracyjnego i zakazał jej pełnienia funkcji publicznych na trzy lata. Ten wyrok został uchylony rok później w apelacji. Sąd II instancji uznał, że SO nie wykazał, by Dziedzic miała świadomość współpracy oraz by doszło do jej materializacji. W ponownym procesie sąd I instancji uznał, że nie ma „bezspornych dowodów” na podjęcie tajnej współpracy, przekazywanie informacji operacyjnych, świadomości współpracy i jej tajności. SO podkreślił, że informacje uzyskane przez SB od Dziedzic nie były istotne i nie można wykluczyć, że w ogóle nie pochodziły od niej, tylko od otaczającej ją „sieci agentów” lub z podsłuchu. Tym razem to IPN, wniósł apelację domagając się ponownego rozpoznania sprawy przez sąd I instancji w związku z odnalezieniem nowych dokumentów w sprawie „Marleny”.
Ostatecznie w 2013 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że Irena Dziedzic nie była kłamcą lustracyjnym. Nowe, dotyczącej jej dokumenty odnalezione przez IPN, sąd uznał za nieistotne dla sprawy. Decyzja sądu była niejednomyślna; zdanie odrębne złożył przewodniczący składu sędziowskiego Adam Wrzosek.