Historia Marcina Kołodziejczyka opisana na łamach „Super Expressu” przypomina ponury żart, ale niestety nim nie jest. Niedoszły pracodawca podpisał nawet umowę z urzędem pracy, aby móc starać się o dofinansowanie z UE na stworzenie nowego miejsca pracy. Problemy zaczęły się, gdy do gry wkroczyli urzędnicy.
O wszystkim przesądziły wyniki zaleconego przez resort pracy testu. Bezrobotnego mężczyznę pytano, czy będzie w stanie sam dojechać do miejsca pracy, sprawdzano jego dyspozycyjność oraz dociekano dlaczego w ogóle chce pracować. Okazało się, że mężczyzna pracy nie dostanie, ponieważ na podstawie testu uznano, że należy do najlepszej grupy profilowej, wśród osób poszukujących pracy. Jest zaradny i pracowity, a zaklasyfikowanie go do najlepszej grupy profilowej pozbawia niedoszłego pracodawcę szansy na uzyskanie dofinansowania z UE. Refundacja przysługuje jedynie, gdy kandydat na pracownika trafia do gorszej grupy profilowej.
- Gdybym był ofermą i leniem, to pracę bym dostał – tłumaczy Marcin Kołodziejczyk.