W porannej audycji Radia Zet „7 dzień tygodnia” goście Moniki Olejnik dyskutowali m.in. o nadchodzącym referendum, w którym mieszkańcy Warszawy najprawdopodobniej odwołają prezydent miasta Hannę Gronkiewicz-Waltz. Pomimo nawoływań - przez premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego - o pozostanie w domu.
Na stwierdzenie faktu, że Komorowski nawołuje do bojkotu demokratycznych procedur oburzył się prof. Tomasz Nałęcz. I puściły mu nerwy. Najpierw próbował zaprzeczać oczywistym faktom, później pokrętnie starał się wyjaśnić dlaczego nie należy iść na referendum, a na koniec, gdy zabrakło pomysłu na kontynuowanie „mowy”, popisał się chamskim, wręcz prostackim tekstem.
- Prezydent nie formułował żadnych apeli. Prezydent, który jest mieszkańcem Warszawy i ma dylemat co zrobić 13 października – tłumaczył Nałęcz i przez następne kilka minut fantazjował o celach referendum, oczywiście coś tam dorzucił o PiS i prezesie Jarosławie Kaczyńskim, awanturze partyjnej. W końcu jednak ujawnił prawdziwe intencje prezydenta i jego popleczników. – Jak ja pójdę do tego referendum, oddam głos w obronie pani Gronkiewicz-Waltz, to mój głos przyczyni się do jej odwołania.
I wyraźnie poirytowany powiedział do uczestniczącego w dyskusji posła PiS Adama Hofmana.
- Niech pan nie rżnie głupa – wypalił Nałęcz.
To poziom dyskusji profesora z kancelarii prezydenta Komorowskiego? Smutne…