Jak wynika z informacji „Rzeczpospolitej” w czasie zaledwie dwóch kadencji niemal wszystkie ministerstwa były bardzo zaangażowane w tworzenie co najmniej kilku kampanii społecznych. Choć ich skuteczności w ogóle nie da się zmierzyć, wiadomo, że każda z nich pochłonęła ok. 1-2 mln zł.
Pytany o wyjaśnienia minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnia, że jego resort kampanię finansuje ze środków unijnych i choć zdaje sobie sprawę, że na ten cel idą duże pieniądze, przyznaje, że to Unia przydziela środki i dokładnie określa, na co należy je wydać.
Tłumaczenie ministra ostro krytykuje politolog Rafała Chwedoruka, któremu nie podoba się myślenie, że „skorą są to pieniądze z Unii, to należy je wydawać jak popadnie”.
Rafał Antczak, członek zarządu firmy doradczej Deloitte, przyznaje, że niektóre rządowe kampanie społeczne, były konieczne i wcześniej zaplanowane, jednak opowiada się za tym, że w czasie kryzysu powinna obowiązywać zasada, że ucina się wszystkie niepotrzebne, mniej efektywne.
– Jeśli rząd ich nie tnie, to albo uważa, że wszystkie są uzasadnione, albo że sytuacja budżetu wcale nie jest najgorsza, i minister finansów nie chce ich wykreślić. Może być też tak, że część kampanii związana jest z celami politycznymi – tłumaczy Rafał Antczak.