Premier Turcji wrócił w piątek z oficjalnej wizyty w Maroku. Na lotnisku w Stambule, na którym czekało na niego ok. 10 tys. jego zwolenników, zapowiedział, że nie ustąpi ws. parku Gezi i zbuduje tam zgodnie z wcześniejszymi planami meczet. Protesty, które przetoczyły się w ciągu ostatniego tygodnia przez kraj, nazwał „wybrykami na granicy legalności”.
Zdaniem Huga postawa Erdogana i entuzjastyczne powitanie, z jakim się spotkał, świadczy o tym, że cieszy się on olbrzymim poparciem. - Nie zapominajmy, że w ostatnich wyborach uzyskał ponad 50 proc. głosów. - mówi Hug.
Ekspert dodaje: - I tu leży niebezpieczeństwo. Turcja to dziś głęboko podzielony kraj – z jednej strony zwolennicy rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), stosujący się do zasad islamu, z drugiej kemaliści, Kurdowie i szerzej rozumiana świecka lewica, z którą identyfikuje się duża część dobrze wykształconej, często na zachodnich uniwersytetach, klasy średniej. Ci ludzie uważają jego rządy za autorytarne i nie zamierzają się poddawać. Turecki premier usiłuje więc wmówić opinii publicznej, że bunt przeciwko jego rządom jest napędzany przez groźnych radykalistów. Przez terrorystów. Władze w Ankarze skorzystały zresztą w ostatnich dniach z okazji, by przykręcić śrubę ugrupowaniom skrajnej lewicy. To zamiast łagodzić spór, tylko go nakręca.
Według Huga sugestie Erdogana, że zamieszki w Turcji inspirowane są przez Syrię, nie mają oparcia w faktach. - Demonstracje w Turcji przypominają bardziej zachodni ruch Occupy niż arabską wiosnę. Oczywiście sytuacja w Syrii ma coraz większy wpływ na Turcję, ale trudno mi sobie wyobrazić, że studenci, którzy protestowali na placu Taksim w Stambule, to tajni agenci reżimu w Damaszku. Tym bardziej że mamy do czynienia z luźną strukturą organizacyjną, tak naprawdę nie ma jednego centrum organizacyjnego protestów - twierdzi Hug.
Wywiad z Adamem Hugem w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie".