O dramacie pana Józefa portal niezalezna.pl informował jako pierwszy już 12 listopada, czyli następnego dnia po Marszu Niepodległości.
- Poszedł na Marsz, bo chciał uczcić Święto Niepodległości – opowiada wówczas nam Krystyna Jurzec, żona pana Józefa. – Później od policji dowiedziałam się, że został zatrzymany i przewieziony do komendy przy ulicy Wilczej. Byłam tam, ale nie udzielono mi żadnej informacji. Nie pozwolono mi nawet przekazać leków mężowi chorującemu na cukrzycę i nadciśnienie.
Podkom. Agnieszka Hamelusz z Komendy Rejonowej Policji Warszawa I twierdziła, że Józef Jurzec został zatrzymany „w związku z udziałem w zbiegowisku, a także naruszeniem nietykalności funkcjonariusza”. Zarzuty były absurdalne, bo po pierwsze pan Józef wziął udział w legalnej demonstracji, a w to, że schorowany człowiek napadł na uzbrojonych policjantów, po prostu trudno uwierzyć. Pomimo to prokuratura brnęła dalej, a nawet złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie. Na szczęście, tym razem sąd nie pozwolił pozbawić wolności mężczyzny, który jedynie chciał wziąć udział w Święcie Niepodległości.
Ciąg dalszy historii pana Józefa ma teraz przed sądem.
- Mój klient stanął pod zarzutem, że w trakcie pamiętnej demonstracji z 11 listopada zeszłego roku, dokonał czynnej napaści na funkcjonariuszy policji – mówi nam mecenas Krzysztof Kitajgrodzki, obrońca pana Józefa.
Józef Jurzec pamięta doskonale tamte wydarzenia. Gdy policja użyła gazu chciał wracać do domu, ale na drodze stanął kordon policjantów w bojowym rynsztunku.
- Ja ich prosiłem, żeby mnie przepuścili do domu – wspomina pan Józef. – Skuto mnie kajdankami i wepchnięto do samochodu. Policjant powiedział do mnie: „drogo cię będzie kosztować Marsz Niepodległości”.
ROZMOWA Z JÓZEFEM JURCEM - POSŁUCHAJ!
