Nie mam nic przeciwko udziałowi polityków w tych akcjach. Wręcz przeciwnie, sądzę, że jest to w jakimś sensie ich obowiązek. Ostatnio jednak pojawił się problem, który mnie szczerze zaniepokoił. Grupa polityków związana ze Zbigniewem Ziobro podjęła próbę zamiany tego ruchu w formę wsparcia dla własnej partii. Efekt tego może okazać się opłakany. Biorąc pod uwagę sondaże, poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego jest dziesięć razy większe niż dla Ziobry. Gdyby akcja Ziobry się powiodła, znaczącego poparcia mu wcale nie przybędzie, ale ok. 90 proc. biorących udział w tych marszach poczuje, że nie jest u siebie. To z całą pewnością da argument władzy, by Telewizja Trwam żadnej koncesji nie dostała. Zbigniewowi Ziobrze się nie dziwię – jego partia dogorywa i chwyta się każdej sposobności, by przetrwać. Tylko czy wolno mu narażać taki kapitał, jakim jest Radio Maryja, dla partykularnych celów? W jego formacji są nawet tacy politycy, którzy aktywnie podejmują próby skłócenia naszych mediów. Wychodzą z założenia, że w ten sposób będą mogli odciągnąć część elektoratu Radia Maryja od Jarosława Kaczyńskiego. Pomysł naprawdę z piekła rodem. Awantury po prawej stronie, po latach podziałów, odbierane są fatalnie. Dzisiaj nie ma innego przywódcy niż Jarosław Kaczyński.
Sam parę razy w życiu krytykowałem PiS. Nie jest to partia bez wad, ale każdy podział odbiera możliwość przejęcia władzy i szybkiego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Im bliżej jej wyjaśnienia, tym silniejsze będą próby dzielenia nas. Reagujmy na nie stanowczo.
Moim najważniejszym celem w życiu była budowa niepodległej i silnej Polski przy pomocy samych Polaków i dobrych sojuszy. Żeby to zrobić, trzeba było zmienić świadomość naszych rodaków. Nie ma możliwości zmiany świadomości ludzi, jeżeli nie będziemy mieli własnych mediów. Dlatego bez wahania, kiedy tylko powstało Radio Maryja, zacząłem nawoływać, by je wspomóc. To, że potem parę razy się różniliśmy, nie ma znaczenia. Różnice są potrzebne i twórcze.