Swe zadziwiające przemyślenia o "kontroli operacyjnej", stosowanej dziś przez dziewięć polskich służb specjalnych, Mąka przedstawił w najnowszym numerze wydawanego przez ABW kwartalnika "Przegląd Bezpieczeństwa Wewnętrznego".
Zabierając głos w debacie na temat podsłuchów, Mąka zwrócił uwagę, że ta forma "kontroli operacyjnej" jest niesłusznie - jego zdaniem - postrzegana jako najbardziej dolegliwy sposób ingerencji służb w prywatność jednostki. Dodał, że taką opinię można zresztą wysnuć choćby z ustawy o ABW, która pozwala Agencji na wniosek do sądu o założenie podsłuchu tylko wtedy, gdy inne środki okażą się bezskuteczne. Jego zdaniem w ten sposób ustawodawca sugeruje posługiwanie się w działaniach służb środkami uznanymi za "mniej inwazyjne", łagodniej ingerującymi w prywatność jednostki.
"Problem w tym, iż porównując poszczególne metody operacyjne pod kątem ich inwazyjności, trudno oprzeć się wrażeniu nie do końca przemyślanej filozofii rozumowania ustawodawcy" - stwierdza wiceszef ABW. Jego zdaniem, obejmując jedynie podsłuchy rygorystycznym systemem kontroli sądowej, ustawodawca wydaje się nie dostrzegać tego, że inne metody uznane przez niego za "mniej szkodliwe", w praktyce operacyjnej są zdecydowanie bardziej dolegliwe.
Według Mąki bardziej niż podsłuch w sferę praw człowieka ingerują np. działania... z wykorzystaniem tajnego agenta i prowokacji - tzw. zakupu kontrolowanego lub kontrolowanego wręczenia korzyści majątkowej. Podkreśla, że metody te pozwalają na "bezpośrednie oddziaływanie na rozpracowywaną osobę" i stosowanie "aktywnych technik stymulacyjnych" wobec niej, a nie tylko na bierne rejestrowanie jej zachowań. Mąka dodaje, że te metody nie są objęte kontrolą sądową i "pozostają w gestii nadzoru prokuratorskiego".
Czy to oznacza, że wkrótce służby specjalne przyzwolą łapówkarzom na jeszcze więcej, zajmując się za to zakładaniem podsłuchów niewygodnym dziennikarzom?
Wiceszef Agencji wskazuje także, że w polskim prawie granice prowokowania do popełnienia przestępstwa lub posługiwania się tajnym agentem charakteryzuje "nadmierna ogólnikowość" lub wręcz unikanie przez ustawodawcę próby określenia jakichkolwiek zasad stosowania tych narzędzi. Mąka odnosi wrażenie, iż "ustawodawca pozostaje w błędnym przekonaniu, że problemy rozwiążą się same, bez jego ingerencji". Podkreśla też, że system sądowej kontroli w Polsce nad podsłuchami jest "jednym z bardziej rygorystycznych rozwiązań obowiązujących w Europie, co przeczy występującym często w dyskursie publicznym opiniom sugerującym zupełnie inny stan rzeczy".
O Jacku Mące zrobiło się głośno w 2008 r., gdy pozwał "Rzeczpospolitą" za opublikowanie listu dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, w którym była mowa m.in. o mieszkaniach posiadanych przez Mąkę (ostatecznie sąd uznał, że dziennik, drukując list, naruszył jego dobra osobiste). Kilkanaście miesięcy później "Rzeczpospolita" ujawniła, iż pełnomocnik Mąki dostał od prokuratury kopie stenogramów podsłuchów telefonu Sumlińskiego, gdzie były nagrane m.in. rozmowy Cezarego Gmyza z "Rzeczpospolitej" z Bogdanem Rymanowskim z TVN 24. Wybuchła wtedy debata o wykorzystaniu podsłuchów do procesów cywilnych. Adwokat Mąki tłumaczył, że szukał dowodów, czy Sumliński nie uzgadniał treści swego listu z Gmyzem (którego Mąka pozwał w oddzielnym procesie) - czego nie znalazł w tych podsłuchach. Sąd w końcu nie włączył ich do akt sprawy Mąki.