Dla szefa rządu najlepiej by było, żeby ten raport nigdy nie ujrzał światła dziennego, jeżeli ujrzy, żeby nie wywołał wielkiego zainteresowania, a jeśli wywoła – aby nic z tego poza szumem nie wyniknęło. Konieczność poświęcenia tego czy innego członka rządu przyprawia premiera o palpitację serca. Nie chodzi wcale o jego szczególne przywiązanie do otaczających go współpracowników. Tusk boi się, że wyrzucani notable mogą zacząć się bronić. Być wyrzuconym ze stygmatem odpowiedzialnego za Smoleńsk to gorzej, niż znaleźć się na liście współpracowników bezpieki. To ostatnie zresztą nie budzi dzisiaj takich emocji jak parę lat temu, a sprawa Smoleńska rozpala opinię publiczną bardziej niż sytuacja ekonomiczna Polski. Jaką bezcenną wiedzę mógłby nam przekazać minister Tomasz Arabski, Bogdan Klich albo generał Marian Janicki? Czy nie widzieli, jak sam Tusk traktował wyjazd prezydenta do Smoleńska, czy nie zauważyli, jak potem tę tragedię przykrywano, a śledztwo oddawano Rosjanom? Widzieli i słyszeli pewnie więcej, niż sobie premier wyobraża. Dlatego nie pozwolą, by ich tak łatwo poświęcić. Gra rządu wokół Smoleńska to gra w krzesełka. Tylko że ten, dla kogo krzesełka zabraknie, idzie na kompletne pożarcie. Jedyny ratunek to wyrwać krzesełko koledze.
Rząd nie ma problemu z tłumaczeniem raportu ani z ustalaniem oficjalnej wersji. Jak twierdzą złośliwi, ostateczna wersja znana była jeszcze przed katastrofą, a już na pewno po raporcie Anodiny. Rząd ma problem z krzesełkami. Wszyscy zainteresowani jedną ręką muszą trzymać własne, a drugą wyrywać koledze. I póki ktoś na tyle nie osłabnie, by krzesełko puścić, niczego konkretnego o tragedii w Smoleńsku ze strony rządu się nie dowiemy.