Do końca nie przebiegł jeszcze proces legislacyjny poprzedniego projektu rządu dotyczącego wdrożenia w Polsce unijnych regulacji DSA (Digital Services Act), czyli ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Ta ustawa uchwalona przez parlamenty w styczniu została zawetowana przez prezydenta Nawrockiego. W ubiegłym tygodniu komisje sejmowe zdecydowały, że Sejm spróbuje odrzucić weto prezydenta, ale szanse na znalezienie większości 3/5 w Sejmie praktycznie nie istnieją.
Dlatego już 6 lutego pojawiły się nowe (autorstwa resortu cyfryzacji), tym razem dwa projekty ustaw wdrażające regulacje DSA. Dwa projekty zamiast jednego wynikają z faktu, że prezydent, zawetowawszy wcześniejsze rozwiązania, zakomunikował, że jest skłonny poprzeć taki projekt ustawy, który nie zakłada rozwiązań innych niż te zawarte w oryginalnym akcie unijnym. Rząd w pierwszym projekcie zawarł więc praktycznie to, co głoszą regulacje UE, ale w drugim przygotował przepisy dotyczące mechanizmów blokowania treści w internecie.
Urzędniczy pseudosąd
O tym, że proponowane regulacje wykraczają poza unijne DSA, mówią sami projektodawcy: „Przedmiotowa zmiana nie wynika bezpośrednio z obowiązku wdrożenia przepisów rozporządzenia 2022/2065” – czytamy w uzasadnieniu owych rozwiązań. Zakładają one rozpatrywanie wniosków o blokowanie treści w sieci przez urzędniczą procedurę, w której udział biorą przedstawiciele decydenta (o blokowaniu będzie decydował prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej), tego, kto wnioskuje o blokadę, i właściciela/autora blokowanej treści.
Projekt zakłada, że strony mają przedstawiać „dowody”, a „osoby uczestniczące w rozpatrzeniu wniosków, o których mowa w art. 11a ust. 1 i 2, w szczególności poprzez wydawanie w imieniu właściwego organu na podstawie upoważnienia decyzji, nie mogą należeć do partii politycznej, publicznie manifestować poglądów politycznych ani prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami bezstronności, rzetelności i politycznej neutralności”. Dopiero po wydaniu decyzji przysługuje od niej odwołanie do sądu powszechnego.
Obserwuj nas w Google News. Kliknij w link i zaznacz gwiazdkę
W katalogu treści zakazanych znajdują się te „w rozumieniu” paragrafów Kodeksu karnego, w tym dokładnie te same, za które zarzuty dostał już teraz lider ROG Robert Bąkiewicz, według prokuratury „nawołujący do nienawiści”, krytykujący Niemców i polski rząd za działania przywalające na nielegalną migrację i przerzucanie migrantów z Niemiec do Polski.
Opiniują będący „za”
Konsultacje społeczne tego projektu mają trwać do 20 lutego, a więc do końca tego tygodnia. Na liście podmiotów, które mają konsultować pomysły rządu, są te, które w poprzednich turach opowiadały się za tymi rozwiązaniami. W piśmie resortu cyfryzacji do zgłaszania uwag zaproszona jest np. Fundacja Panoptykon, a nie ma Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
– Od początku procedowanie wdrażania DSA jest prowadzone w sposób pokazujący, że intencją rządu jest wprowadzenie w Polsce możliwości decydowania bez kontroli sądowej o tym, co wolno, a czego nie wolno zamieszczać w sieci, a więc cenzury
– mówi prezes SDP Jolanta Hajdasz.
Podkreśla, że w kolejnych propozycjach powtarza się schemat: za nielegalne uważane są treści także o charakterze światopoglądowym, a od decyzji urzędnika, która nabiera mocy dopiero po fakcie, można odwołać się do sądu. – Trudno, nie wypowiadając się publicznie, nie prowadząc działalności publicznej, trafić do takich organów jak UKE czy KRRiT. Zresztą przy okazji tego, co dzieje się obecnie w sądach, możemy obserwować, że np. brak partyjnej legitymacji wcale nie czyni sędziów bezstronnymi. To jest przepis oderwany od realiów i pod publiczkę – ocenia Hajdasz.
Lewicowa ideologia ponad wolność słowa
Regulacje DSA są obszarem sporu między UE a USA. Administracja prezydenta Trumpa traktuje je jako cenzurę i poważne ograniczenie wolności słowa. Rok temu w Monachium na konferencji bezpieczeństwa wiceprezydent USA mówił, że „wolność słowa w całej Europie jest w odwrocie”, a odpowiedzialni za jej ograniczanie są komisarze UE.
W tym roku odniósł się do tych słów kanclerz Niemiec Friedrich Merz, który kilka dni temu powiedział, że „wolność słowa kończy się tu, gdzie wypowiadane słowa są skierowane przeciwko ludzkiej godności i naszemu podstawowemu prawu”, a „wojny kulturowe MAGA w USA nie są nasze”. Te „wojny kulturowe” to działania administracji Trumpa polegające na uwolnieniu debaty publicznej, a także naukowej od lewicowego dyktatu. To m.in. przywrócenie wolności i normalności języka w treści i formie (np. przywrócenie słów „mężczyzna”, „kobieta” w formalnych dokumentach).
Czytaj więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie"!
🚨🚨🚨 Tajemnice NATO i UE w Sejmie zagrożone.
— GP Codziennie (@GPCodziennie) February 16, 2026
Siwiec bez certyfikatów bezpieczeństwa❗️❗️❗️
📰 To i wiele więcej w #GPcodziennie 17.02.2026 w kioskach, lub online na stronie https://t.co/NGuZyAYsSu pic.twitter.com/CMuA5eHCj8