Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
Polityka

Rzeczywistość po rekonstrukcji. Tusk buduje machinę wojenną i wchodzi na drogę bez odwrotu

Personalne roszady w rządzie nie sprawią, że katastrofalne półtora roku w wykonaniu koalicji 13 grudnia nagle zmieni się w „złoty wiek”. Nie o to jednak chodzi. Twardy elektorat KO domaga się radykalnych działań z możliwym zablokowaniem zaprzysiężenia Karola Nawrockiego włącznie i to ma „rekonstrukcja” zapewnić.

Donald Tusk dokonał poważnego przetasowania rządowej talii i wymiany kilku zgranych kart. Te zmiany pokazują jednak nie troskę o stan państwa, a o jedność samej koalicji na chwilę przed przedstawianym słusznie jako „wielka bitwa” 6 sierpnia i następującym po niej początkiem prezydentury Karola Nawrockiego. 

Reklama

Taka optyka wynika z kilku obserwacji. Po pierwsze, Tusk „zrzucił z rowerka” ludzi bez większego politycznego znaczenia, jak choćby Katarzynę Kotulę, nieszczęsną minister równości, czy Adrianę Porowską, dotychczasową minister do spraw społeczeństwa obywatelskiego. Taki sam los spotkał Marzenę Okłę-Drewnowicz, minister do spraw polityki senioralnej. Cóż, jak widać kwestie, które jeszcze niedawno były na sztandarach – seniorzy, równość i społeczeństwo obywatelskie – schodzą na drugi plan (nigdy zresztą w centrum uwagi nie były). Co jednak interesujące – wszystkie panie pozostaną w KPRM w randze sekretarza stanu, co oznacza, że ich bezobjawowa działalność będzie się po prostu inaczej nazywać, ale m.in. dzięki temu Tusk mógł pochwalić się odchudzeniem rządu. 

Czarodziejska różdżka potrzebna na już 

Są jednak zmiany poważniejsze. I tak resortem zdrowia pokieruje Jolanta Sobierańska-Grenda, prezes Szpitali Pomorskich, spółki zarządzającej czterema szpitalami, których właścicielem jest samorząd województwa pomorskiego. Starannie wykształcona menedżer zastąpi katastrofalnie poczynającą sobie Izabelę Leszczynę. Tę zmianę istotnie należy uznać za konieczną, jednak jak mówił w rozmowie z portalem Niezależna.pl Waldemar Kraska, senator PiS i były wiceminister zdrowia, „nowa minister zdrowia będzie musiała uzbroić się w czarodziejską różdżkę od swojej poprzedniczki Izabeli Leszczyny, bo bez pieniędzy nic nowego i przełomowego w służbie zdrowia na pewno się nie wydarzy”. Na pieniądze tymczasem nie należy liczyć. 

Inną wartą odnotowania zmianą jest ta w Ministerstwie Rolnictwa. Jak pisał w serwisie X Jacek Liziniewicz, dziennikarz „Codziennej”: „Zmiana na fotelu ministra rolnictwa jest naturalna. Było już o niej słychać w październiku. Stefan Krajewski jest dobrym wyborem. Chociaż oczywiście Czesław Siekierski nie był najgorszym ministrem w tym rządzie. Problem jest taki, że i tak niczego to nie zmieni. Żaden z polityków nad Wisłą nie ma wizji zmian w rolnictwie. Dopłacą, jak rolnicy protesty zrobią. Trochę porobią łaskę największym obszarnikom. I cała polityka rolna państwa od trzech dekad. Od kryzysu do kryzysu. I przyglądanie się, jak powoli rolnictwo w Polsce znika”.
Interesująca jest także zmiana w Ministerstwie Aktywów Państwowych, gdzie pojawia się Wojciech Bałczun, dotychczasowy prezes Agencji Rozwoju Przemysłu, który zastąpi Jakuba Jaworskiego. Bałczun najbardziej znany jest z prezesowania w latach 2016–2017 kolejom ukraińskim (Ukrzaliznycia), z którego finalnie zrezygnował. To sprawny menedżer, chwalony nawet przez swoich przeciwników politycznych. 

Polityczni chuligani z awansem

Ale kluczowe są inne decyzje, jak odczytywana jako kopniak w górę teka wicepremiera dla szefa MSZ Radosława Sikorskiego, powrót Marcina Kierwińskiego do MSWiA czy zamiana dotychczasowego ministra sportu Sławomira Nitrasa na innego politycznego chuligana – Jakuba Rutnickiego

Dodajmy do tego likwidację szumnie przecież powoływanego po 13 grudnia 2023 Ministerstwa Przemysłu, które przedstawiano jako „nowe otwarcie”, dowód na „przyspieszenie gospodarcze” i decentralizację administracji (siedzibą były formalnie Katowice). W jego miejsce powstanie Ministerstwo Energii, na którego czele stanie polityk PSL Miłosz Motyka, dotychczasowy wiceminister klimatu i środowiska, szerzej znany głównie z zajmowania się polityczną kuchnią w ramach samego stronnictwa. 

Ta nominacja to ukłon w stronę ludowców, bo choć Tusk w trakcie konferencji zapowiadał, że powołanie resortu energii ma „zapewnić uspójnienie polityki w tym kluczowym obszarze” (cyt. za Gazeta.pl), to nie za bardzo wiadomo, co to ma oznaczać. Można się za to spodziewać, że nowy superresort prędko zmieni się w żerowisko dla trzymających Tuska w szachu i koalicjantów z PSL. Zresztą nie najgorzej wyszedł na rekonstrukcji także drugi koalicjant – Szymon Hołownia, którego partia finalnie ma pod sobą więcej ministerstw, niż miała (Marta Cienkowska z Polski 2050 została ministrem kultury i dziedzictwa narodowego). 

Interesujący jest także fakt, że Tusk powołał ministra do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, którym będzie Maciej Berek. To o tyle dziwaczne, że taki nadzór to kompetencje... premiera. Złośliwi mówią więc, że Tusk tym samym postanowił zdjąć z siebie wszystkie obowiązki.

To wszystko jednak przygrywka. Najbardziej interesującą historią i prawdopodobną rzeczywistą przyczyną rekonstrukcji jest przegnanie z rządu Adama Bodnara, dotychczasowego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, nie bez powodu uznawanego za twarz represji, jakie dotknęły opozycję od czasu wyborów w 2023 r. 
Otóż owe nieznane po 1989 r. represje okazują się niezadowalające dla elektoratu koalicji i stąd powołanie na dotychczas zajmowane przez Bodnara stanowiska sędziego Waldemara Żurka, idola tzw. silnych razem. Żurek ma być gwarantem tego, że „dojeżdżanie pisowców” nabierze tempa, a to w kontekście zbliżającej się konfrontacji z Karolem Nawrockim oznacza przejście ekipy Tuska w tryb wojenny. 

Tryb wojenny 

O tym, dlaczego tak się dzieje, mówił na łamach portalu Money.pl Michał Fedorowicz z europejskiego kolektywu analitycznego Res Futura. Okazuje się, że z badań nastrojów wynika, że większość zabierających głos w internecie wyborców koalicji 13 grudnia nie jest zainteresowana niczym innym poza „rozliczeniami” właśnie. Tak, wyborcom Tuska chodzi nie o zarządzanie państwem, a o – jak czytamy – „powrót do czasów, kiedy czuli ekscytację takimi wydarzeniami, jak w pierwszym kwartale 2024 roku, kiedy były przeszukania w domu Ziobry, kiedy było zajęcie telewizji publicznej, kiedy rząd działał na granicy prawa i na bazie tego znajdował poparcie u swoich sympatyków” – podsumowano.

Jeśli tak jest, a nominacja Żurka ma to sprawić, to jest to szalenie niebezpieczne w kontekście nadchodzącego zaprzysiężenia Karola Nawrockiego. Jak dowodzi bowiem Fedorowicz, „90 proc. kont wspierających KO (sympatyków w internecie – przyp. red.) uważa, że rząd powinien zatrzymać zaprzysiężenie, przeliczyć głosy i doprowadzić do poznania faktycznego wyniku. W ich imaginarium to się po prostu nie może odbyć”. 

Z wywiadu przebija sugestia, że nastroje są tak skrajne, że jeśli Tusk i reszta nie sprostają „rozliczeniom”, to agresja ich radykalnego elektoratu może doprowadzić nawet do wykształcenia się na scenie politycznej (choć trudno sobie to wyobrazić) czegoś jeszcze bardziej antypisowskiego. Tak, takich zwolenników wychowano ośmiogwiazdkową narracją i ciągłym szczuciem. Dziś rządzący są więc zakładnikami grupy fanatyków i co pokazuje nominacja Żurka i powrót silnorękich w typie Kierwińskiego – mają zamiar dostarczyć im igrzysk. 

To m.in. dlatego „zabezpieczenie” zaprzysiężenia Karola Nawrockiego jest tak ważne. Wszelkie próby tego typu muszą spotkać się z odpowiedzią, także w postaci jak najliczniejszej obecności patriotów w Warszawie 6 sierpnia. Obawy, że „pójdą w to”, są bowiem coraz większe. Nie bez powodu Tusk w trakcie przedstawiania zrekonstruowanego rządu porównał siebie i swoich ludzi do zatapiającego statki Hernána Cortésa, który czyniąc to, odcinał swoim ludziom drogę odwrotu przed podbojem. Tak, Tusk znajduje się na drodze bez odwrotu. Pytanie, jak jest ona długa. I jest to pytanie zasadne, szczególnie biorąc pod uwagę zapowiadaną determinację zwolenników Nawrockiego, ale także… Donalda Trumpa.

W czwartek, a więc niemal dwa miesiące od wyborów w Polsce, prezydent USA dodał wpis w mediach społecznościowych. „Ależ wspaniałe zwycięstwo Karola Nawrockiego w Polsce. Będzie świetnym prezydentem! Wygrał, bo naprawdę kocha Polaków” – oświadczył Trump na Truth Social. Prezydent USA udostępnił także nagranie z antyimigranckich demonstracji w Polsce z pytaniem: „Czy Polska daje przykład Europie?”, oraz nagranie z wiecu, na którym widać zwolenników Nawrockiego skandujących: „Donald Trump!”. Cóż, Donald Tusk i sędzia Żurek już wiedzą, że „wielki brat patrzy”.

Źródło: Gazeta Polska Codziennie
Reklama