Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

"Nie ma drugiego takiego". Borowski: Pomnik Olszewskiego powinien stanąć przed Sejmem

Słuchałem go, chodziłem na spotkania. To była bardzo wielka postać. Słuchałem go uważnie, bo zwyczajnie był mądrym człowiekiem i patriotą. Do tego był doskonałym mówcą - wspomina Jana Olszewskiego w rozmowie z niezalezna.pl Adam Borowski, szef warszawskiego klubu "Gazety Polskiej".

Aleksander Mimier, Niezalezna.pl: W odniesieniu do śp. Jana Olszewskiego, często używał Pan sformułowania „postać pomnikowa”. Czym były premier zasłużył sobie na takie określenie?

Adam Borowski, opozycjonista z czasów PRL, szef warszawskiego klubu "GP": Całe życie walczył o Polskę niepodległą. Służbę rozpoczął jako 13-latek w Szarych Szeregach, potem uczestniczył w akcji wyborczej (19 stycznia 1947 -red.) na rzecz PSL Stanisława Mikołajczyka. Podczas odwilży roku 1956 był współautorem ważnego tekstu wzywającego do rehabilitacji żołnierzy AK. Był adwokatem broniącym w procesach politycznych, m.in. Melichora Wańkowicza, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, studentów protestujących w marcu 1968 r.,  przywódców organizacji Ruch. Lista procesów politycznych, w których mec. Olszewski bronił prześladowanych przez reżim komunistyczny, jest bardzo długa. W grudniu 1975 r. był współautorem Listu 59 do Sejmu PRL przeciwko planowanym zmianom w Konstytucji, a w styczniu 1976 Listu 14 przeciwko konstytucyjnemu zapisowi o nierozerwalności sojuszu ze Związkiem Sowieckim. W 1976 roku był współzałożycielem i członkiem kierownictwa tajnego Polskiego Porozumienia Niepodległościowego. Był związany z opozycją, nie umieszczono go na liście członków KOR, by mógł prowadzić praktykę adwokacką i bronić członków opozycji przed komunistycznymi sądami. Z ramienia KOR ustalał rzeczywiste przyczyny śmierci Stanisława Pyjasa. Był autorem ważnego poradnika dla działaczy „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”. Swoim życiem dał świadectwo służby Rzeczpospolitej. Został premierem po pierwszych wolnych wyborach, przy dużej nieprzychylności prezydenta Lecha Wałęsy. Scena polityczna była wtedy bardzo rozdrobniona. Trudno było w takiej reprezentacji skonstruować rząd większościowy. Udało się z rządem mniejszościowym, choć ten niestety funkcjonował dosyć krótko.

O ile Lech Wałęsa był wielką nadzieją Polaków na dekomunizację i lustrację – z takimi hasłami szedł przecież do wyborów – to rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Kiedy pojechał do Moskwy, gdzie miała być podpisana polsko-rosyjska umowa, w której zapisano że na terenach po bazach sowieckich mają powstać rosyjsko-polskie spółki, Jan Olszewski miał odwagę się temu przeciwstawić. Mimo, że prezydent był już w Moskwie gotowy umowę podpisać, premier Olszewski wysłał telefonogram, że takiej umowy nie kontrasygnuje i w związku z tym ta nie wejdzie w życie. Wałęsa się wtedy wściekł i napisał list do Sejmu, że stracił do premiera zaufanie i należy go odwołać. To, że ta umowa nie została podpisana, to wielka zasługa premiera Olszewskiego.

Los rządu był przesądzony, a sprawa ustawy lustracyjnej nie była tu decydująca, choć w powszechnej świadomości spowodowała obalenie rządu. Ujawnione archiwa wywołały trzęsienie ziemi na scenie politycznej. Lustracja posłużyła jako pretekst do "nocnej zmiany". We wszystkich ugrupowaniach, poza Porozumieniem Centrum, znaleźli się agenci bezpieki. To strach spowodował, że znalazła się większość, która obaliła rząd premiera Olszewskiego. Pamiętam, że po ogłoszeniu tzw. Listy Macierewicza powstawały rozmaite komitety obrony różnych kapusiów, np. komitet obrony Boniego. Członkiem jego komitetu obrony był Jacek Kuroń, który w emocjonalnym wystąpieniu telewizyjnym bronił Boniego, że „on nigdy nie mógł być współpracownikiem”. Po wielu latach okazywało się, że Boni agentem był i inni z tej listy także. 

Gdzie po raz pierwszy spotkał Pan Jana Olszewskiego? Jakie było pierwsze wrażenie?

Postać Jana Olszewskiego była mi znana z procesów politycznych, m.in. z obrony represjonowanych robotników Ursusa i Radomia po protestach z czerwca 1976 r. Byłem założycielem „Solidarności” w swoim zakładzie pracy i jako świadomy działacz wiedziałem, że był członkiem Komisji Ekspertów MKS w Stoczni Gdańskiej, współautorem projektu statutu Wolnych Związków Zawodowych, a później statutu NSZZ „Solidarność”. Śledziłem jego wystąpienia, gdy pełnił funkcję eksperta i doradcy Związku „S”. Ale nasze drogi nie przecinały się, bo byłem działaczem zakładowym oraz wolontariuszem w Regionie Mazowsze. 

Mec. Jana Olszewskiego osobiście poznałem dopiero w stanie wojennym, podczas procesu kierownictwa MRK„S” (Międzyzakładowy Robotniczy Komitet „Solidarności”) w marcu 1983 r., gdzie byłem głównym oskarżonym. Mec. Olszewski bronił jednego z moich kolegów. Był doskonałym mówcą. Wszyscy słuchali jego mowy końcowej z zapartym tchem.

Gdy wyszedłem z więzienia, stał się bliską mi osobą, choć widywaliśmy się bardzo rzadko. Ja konspirowałem, a mecenas bronił kolejnych konspiratorów. Czasami przychodziłem do niego po poradę i przy każdym spotkaniu czułem tą nić sympatii między nami. Po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki przez funkcjonariuszy SB, został oskarżycielem posiłkowym w procesie morderców przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu i pełnomocnikiem rodziny. Śledziłem i podziwiałem jego wystąpienia przed sądem. Robił wszystko co było można zrobić, by dotrzeć do prawdy materialnej. Ale miał świadomość, że proces był reżyserowany przez SB.

Mecenas Olszewski to wielka postać, mądry i odważny człowiek, wielki patriota. 

Postawione przez premiera Olszewskiego pytanie „Czyja będzie Polska?” w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, weszło do kanonu najnowszej historii Polski. Mija 30 lat, a ono dalej jest aktualne.

To najważniejsze pytanie, jakie premier Olszewski postawił w ostatnim wystąpieniu sejmowym 4 czerwca 1992 r. Dla mnie to jeden z drogowskazów działania, mojej publicznej działalności. Prowadząc działalność wydawniczą i społeczną robię wszystko, żeby Polska była suwerenna, żeby była Polską, jak z piosenki Jana Pietrzaka.

Oczywiście dziś, 30 lat po „nocnej zmianie”, weszły do polityki nowe pokolenia, które postrzegają rzeczywistość przez inny pryzmat. Pytanie jednak jest dalej absolutnie zasadne.

Czy polityka będzie realizowana przez obóz patriotyczny, by Rzeczpospolita była suwerennym krajem i odgrywała ważną rolę w Europie? By była na tyle silna, że żaden francuski prezydent, ani żaden inny polityk już więcej nie ośmielił się powiedzieć, że Polacy mają „siedzieć cicho”. By żadne gremia europejskie nie ośmielały się Polakom narzucać swoich rozwiązań, które Polsce są obce i jej nie służą.

Obecne zagrożenia dla bytu Polski są nie tylko ze strony naszego odwiecznego wroga - Rosji. Zagrożenie ograniczenia suwerenności jest również od Unii Europejskiej, a konkretnie od jej dwóch głównych graczy – Niemiec i Francji – które nie chcą wielkości Polski. Oni chcą Polski, która realizowałaby ich cele ekonomiczne. Polska ma być podwykonawcą, a nie równorzędnym partnerem. Niemcy od początku lat 90. XX w. inwestują w polityków, którzy mają realizować ich interesy. Były premier Polski Donald Tusk jest właśnie takim niemieckim protegowanym.

Zdaje się, że do tego samego kanonu weszły również ostatnie słowa śp. Jana Olszewskiego: „nie mam obowiązku się poddać”. Dla wielu to dziś także wartościowa spuścizna.

Uważał, że walkę o dobro Rzeczypospolitej trzeba prowadzić do końca, nawet jeśli nadzieja na wygraną jest niewielka. Że należy być wiernym swoim poglądom. Dla mnie to też jest drogowskaz na mojej życiowej drodze. Jestem człowiekiem walki, nie poddaję się.

Postać pomnikowa.

W Warszawie przed Sejmem RP, albo przed budynkiem KPRM, powinien stanąć jego pomnik. Bo choć rządził krótko, to miał odwagę prowadzić politykę suwerenną, zerwać z polityką podległości. Nakreślił kierunek polskiej polityki na Zachód, do NATO.

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej