Ostatnie zmiany w Kodeksie wyborczym to niewygodny temat dla opozycji. Krytyka rozwiązań profrekwencyjnych nie należy do zadań najłatwiejszych. Ale są tacy politycy, którzy się tego zadania podejmują.
W poniedziałek opisywaliśmy Pawła Poncyljusza - złośliwie nieco wytykając mu miano „konserwatywnej kotwicy PO” - który z pretensją stwierdził, że parafianie „będą wychodzili z mszy prosto do salki parafialnej i oddawali głosy”.
O komentarz do zmian Kodeksu wyborczego został dziś poproszony wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski. Tu jeszcze niezręczniej, bo to reprezentant Polskiego Stronnictw Ludowego - partii przypisującej sobie zwierzchnictwo nad polską wsią.
- Pochwali pan Prawo i Sprawiedliwość, że dbają o ludzi na wsi i zagwarantowali im - zmieniając Kodeks wyborczy - dojazd do lokali? - zwrócił się na antenie Radia Zet red. Bogdan Rymanowski.
- To jest oczywiście element profrekwencyjny. Czyli trudno tutaj mówić, że to jest złe rozwiązanie… - rozpoczął Zgorzelski.
Po tym przypuścił tyradę. W podobnym tonie, jak poseł Poncyljusz, jednak w nieco bardziej rozbudowanej formule.
Polityk PSL tłumaczył:
„ja wiem jedno. Pracowałem w komisjach wyborczych i wiem, że jest coś takiego jak przyzwyczajenie człowieka. Na wsi są trzy rytmy: po mszy o 9:00, po sumie – tu jest największy ruch, jeśli chodzi o komisje wyborcze, i po mszy o 16:00 czy 17:00 – zależy o której jest na wsi. W takim trybie odbywają się wybory na wsi. Moim zdaniem może być tak, że ludzie tradycyjnie pojadą do miejsca, gdzie do tej pory przez 40 lat głosowali i okaże się, że tego miejsca nie ma. Później może już nie będzie im się chciało jechać, machną ręką”.
Po wywodzie skonkludował, że „zamysł profrekwencyjny może okazać się kontrproduktywny”.