Kamery telewizyjne tego nie uchwyciły, może z wyjątkiem Republiki, ale tego naprawdę nikt się nie spodziewał. Podczas warszawskiej uroczystości przejęcia zwierzchnictwa prezydenta RP Karola Nawrockiego nad Wojskiem Polskim głos miał zabrać także minister obrony narodowej. Gdy zapowiedziano jego wystąpienie, a sam polityk wkroczył na mównicę, w tłumie narosła fala gwizdów i okrzyków. „Do Berlina” – rozniosło się po całym placu Piłsudskiego. – Miałem poczucie, że ktoś wchodzi z brudnymi butami w moje święto – mówi pan Michał z Krakowa, który na zaprzysiężenie prezydenta przyjechał z całą rodziną, a który był w czołówce najgłośniej krzyczących zgromadzonych. – Cały dzień było podniośle, dumnie, wszędzie Polska, a tu nagle lokaj Tuska podpina się pod wielkie święto – dodaje. Tak myślały tysiące ludzi, których okrzyki przebiły się przez wojskową orkiestrę i nagłośnienie organizatorów. A przecież wicepremier nie uchybił godności tego dnia. Nie wziął udziału w antypaństwowych spiskach niedopuszczenia Karola Nawrockiego do zaprzysiężenia, nie kwestionował wyniku wyborów prezydenckich, wreszcie przekazując zwierzchnictwo sił zbrojnych nowej głowie państwa, też zachowywał się poprawnie. „Polska jest codziennie atakowana” – mówił wśród nieprzychylnych okrzyków. „W przestrzeni internetowej jest tych ataków około 600 tysięcy. Codziennie na naszą granicę nastają ci, którzy atakują polskich strażników granicznych, policjantów i żołnierzy”. W pewnym momencie nawet odniósł się do Polaków, którzy odsyłali go do Berlina: „Nienawistny krzyk niszczy wspólnotę. Niezależnie od emocji, które są normalną sprawą, współpraca w zakresie bezpieczeństwa jest ponadpartyjna. (...) nic nas w tej drodze nie zniechęci” – mówił.
A jednak dwie godziny wcześniej, opuściwszy salę plenarną Sejmu, Kosiniak-Kamysz odniósł się do orędzia Nawrockiego z sarkazmem. Wicepremier drwił, że prezydent źle ocenił rządy Zjednoczonej Prawicy i dodawał: „W sprawach infrastrukturalnych ktoś wprowadził pana prezydenta w błąd. Wielkie inwestycje ruszyły dopiero za naszych rządów” – mówił ze swoją charakterystyczną, zbolałą miną. To zachowanie prezesa PSL jest bardzo typowe dla niego samego, jak i innych liderów tej partii – zachować pozory propaństwowej ciągłości, nie robić ani jednego radykalnego kroku, stać niezachwianie w wyznaczonym miejscu i rozdawać zarówno życzliwe gesty, jak i uszczypliwości każdej ze stron. Ale te różne strony politycznego sporu nie traktują Kosianika-Kamysza tak samo.
Zostać premierem czy kozłem ofiarnym?
W Zjednoczonej Prawicy oferowano mu przecież tekę premiera po wyborach w 2023 roku. Część Prawa i Sprawiedliwości, zwłaszcza ta skupiona wokół premiera Mateusza Morawieckiego, wierzy, że PSL dałoby się wciągnąć do prawicowej koalicji i że z wieloma politykami, na przykład z Markiem Sawickim, da się konstruktywnie rozmawiać o współpracy. Andrzej Duda miał na myśli PSL, gdy w 2020 roku zapowiadał „koalicję polskich spraw” albo gdy wskazał Sawickiego na marszałka seniora Sejmu X kadencji.
Tymczasem dla obecnego premiera szef ludowców zawsze był i popychadłem, i kozłem ofiarnym. Gdy Tusk ma kłopoty, dziurę w budżecie i potrzebuje zabrać Polakom pieniądze, to twarzą największych grabieży robi Kosiniaka-Kamysza. Tak było za pierwszych rządów Platformy, o czym Polacy usłyszeli nawet w taśmach z restauracji Sowa i przyjaciele, o czym Janowi Kulczykowi mówił Paweł Graś: „Kurczę, na to popatrzysz na spokojnie, to gościu przeprowadził dwie najgorsze historie w wolnej Polsce, po Buzku – reformę 67 i OFE”. Za tej kadencji nie jest inaczej. Choć Kosiniak-Kamysz jest szefem resortu obrony i z finansami Polaków ma niewiele wspólnego, to znienacka i tym razem staje się twarzą kolejnego odchudzania portfela Polaków. Prezes PSL na uroczystościach rocznicowych swojej partii zapowiedział... ograniczenie programu 800 plus. „Należy zachować pomoc dla tych, którzy jej rzeczywiście potrzebują, ale świadczenie 800 plus powinno przysługiwać wyłącznie pracującym” – mówił polityk. Dlaczego to on znowu na siebie ma brać odium złych rozwiązań dla Polaków? Dlaczego to on wyręcza Tuska w ogłaszaniu kolejnej rządowej grabieży?
Trzy teorie
Skąd ta szalona wierność wobec Tuska? Dawniej, owszem, pozyskiwało się tak lojalnych gwardzistów porywając dzieci z innych krajów i od młodych lat szkoląc je na fanatyków wodza, ale dziś? O PSL od dekad się mówi, że jest to „partia obrotowa”, ale przecież nigdy – podkreślmy to nadzwyczaj wyraźnie: NIGDY – nie była w koalicji z prawicą, a zawsze z postkomunistami lub liberałami. Inni mówią, że ludowcy dla stanowisk zrobią wszystko, a o domniemanym nepotyzmie ludowców krążą już memy (o typowej rodzinie posła PSL z żoną ze struktur, synem sołtysem itd.), ale takie wyjaśnienie też nie wystarcza, by zrozumieć serwilizm wobec Tuska. W koalicyjnym torcie stanowisk jest więcej gęb do wyżywienia, niż w potencjalnej współpracy ze Zjednoczoną Prawicą. PiS i PSL miałyby razem 220 posłów, więc do stworzenia stabilnego rządu wystarczyłoby wyłuskać z pozostałych ław ledwie 11 parlamentarzystów – to znacznie spójniejsza programowo wspólnota niż rząd lewicowo-liberalno-ludowy. W prawicowym komentariacie pojawia się też hipoteza, że Władysław Kosniak-Kamysz jest zakładnikiem premiera z innych powodów. „Zwolennicy Waldemara Pawlaka mówią wprost, że Tusk musi mieć na Kosiniaka-Kamysza haki, które skutkują uległością szkodliwą z punktu widzenia partii i jej działaczy” – pisał popularny pisarz Jacek Piekara w mediach społecznościowych. „Od dawna tak myślę” – komentował. Zgadywanka, o jakie haki może chodzić, przeradza się w rozmaite teorie spiskowe – że może dotyczyć to Tragedii Smoleńskiej albo prorosyjskich układów z czasów pierwszych rządów Tuska. To wszystko jednak słabo wytrzymuję krytykę, albowiem obecny lider PSL do rządu z Platformą wszedł dopiero w 2011 roku i od razu stał się pretorianinem premiera. Polityk potrafi się oprzeć wygwizdaniu przez Polaków, umie zatrzymywać członków swojej partii w województwach, by za wszelką cenę nie wchodzili w porozumienie z PiS, nawet gdy tego bardzo chcą i opłaciłoby się to partii, jest w stanie wziąć na siebie atak publicystów widzących, jak zapowiada druzgocące Polaków „reformy” – tylko sugestiom Tuska nie potrafi się oprzeć?
Nie ma Witosa
W nakreśleniu portretu psychologicznego obecnego wicepremiera pomaga jego bliski współpracownik z okresu, gdy Kosiniak-Kamysz był jeszcze członkiem rady królewskiego miasta Krakowa. – Myślę, że nie doceniacie roli wychowania – mówi „Gazecie Polskiej” stary samorządowiec proszący o anonimowość. – Władek jest synem Andrzeja, z niego wziął przykład idąc na lekarza, z niego wziął też przykład w politycznej karierze.
Kosiniak-Kamysz senior w wieku 20 lat wstąpił do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, zaangażował się w PRL-owski „samorząd” (rada narodowa Krakowa), a następnie został wiceministrem zdrowia w skompromitowanym rządzie Mieczysława Rakowskiego we wrześniu 1989 roku. – To jest ten typ mentalności, nigdy pod prąd, nigdy gwałtownego ruchu, a zawsze najlepiej z jakimś silnym patronem, który przytuli, wyda polecenie, pogrozi palcem, ale i pogłaszcze – słyszymy w rozmowie. Andrzej Kosiniak-Kamysz słusznie kalkulował – wierność Rakowskiemu dała mu rekomendację dla następnego premiera – u Mazowieckiego był już nie wiceministrem zdrowia, lecz stał na czele tego resortu. – Dobrze służysz, daleko zajdziesz – uśmiecha się nasz rozmówca, gdy studiujemy kariery Kosiniaków-Kamyszów. Kiedy próbujemy wyliczyć korzyści, jakie miałby uzyskać PSL z opuszczenia tonącego okrętu koalicji 13 grudnia, że wyborcom i członkom partii też byłoby bliżej do konserwatystów z PiS niż ideologów spod znaku lewicowej Nowackiej czy liberalnego Domańskiego, dawny znajomy obecnego wicepremiera tylko się uśmiecha. – Musielibyście go nie przekonywać, lecz przestraszyć. Klientelistycznej mentalności nie zmienicie żadnymi argumentami – wyjaśnia.
😂 Więcej memów na https://t.co/7rcKm58nkm pic.twitter.com/IbgNoPbZac
— Niezalezna.PL (@niezaleznapl) August 14, 2025