Zgodnie z rodzinną tradycją został popchany na studia medyczne i jako tako – z pomocą koneksji – je ukończył. Zrobił nawet specjalizację pediatryczną i mógł sobie uwić spokojne życie, ale nie… rodzinne ambicje nie dały mu spokoju. Andrzej Kosiniak-Kamysz, wiceminister zdrowia w komunistycznym rządzie Mieczysława Rakowskiego i minister opieki społecznej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, był przykładem tego, jak można suchą stopą przejść z PRL-u do III RP. Cała rodzina Kosiniaków zjadała frukty z zaangażowania w komunistyczną przybudówkę ZSL. Rychło przemalowali się na PSL i utrzymali pakiet kontrolny w tym obrotowym stronnictwie będącym – w III RP – szyldem do karier wielu Kosiniaków-Kamyszów (byli tam ministrowie, dyrektorzy, wicewojewodowie etc.). Prawdopodobne rozmowy ojca z synem wyglądały mniej więcej tak (zgodnie z krakowskimi plotkami): „Władziu, z ciebie rolnik jak i ze mnie. Rolnik z krakowskiego Rynku. Umiesz niewiele, więc zrobimy cię politykiem”. I tak ZSL-PSL, który w międzyczasie stał się swoistą franczyzą rodziny Kosiniaków, przeszedł pod formalne władanie Władysława Kosiniaka-Kamysza. Efekty – jak na świat polityki – przyszły bardzo szybko. PSL Kosiniaka stał się mniej ważną przybudówką dla promowanej na tajnych drożdżach postaci Szymona Hołowni i… powstała Trzecia Droga. Projekt – w odróżnieniu do ZSL-PSL – był jednak jednorazowy i inwestujący w niego oficerowie wycofali wsparcie. W efekcie i partia Kosiniaków straciła na tyle, aby zwinąć się pod próg wyborczy, którego już może nie przekroczyć. Władysław jest jednak Donaldowi Tuskowi potrzebny jako parawan dla resztek poparcia na polskiej wsi. Tak więc prezes PSL – w zamian za funkcję ministra – firmuje antyrolnicze działania związane z umowami z krajami Mercosur, staje po stronie unijnego koszmaru klimatycznego, musi milcząco zgadzać się na politykę wokeizmu i LGBT… Każde posunięcie rządu Tuska jest przeciwne interesom rolników, jednak liderowi ZSL-PSL przydzielono stanowisko w zupełnie innej dziedzinie. On – coraz bardziej operetkowo – „sprawuje nadzór nad polską polityką obronną i wojskiem”. Do anegdoty już przechodzą sytuacje, gdy minister Kosiniak-Kamysz od dziennikarzy dowiaduje się o wydarzeniach, które mogą mieć istotny wpływ na polskie zdolności obronne. Jego niepewne miny i pseudofachowy bełkot dowodzą, że nie może liczyć na żaden szacunek wśród kadry oficerskiej. Można nawet zauważyć, że Władysław Kosiniak-Kamysz czegoś bardzo się obawia, czegoś, co wie o nim Tusk, i z tego powodu stał się bezwolną laleczką w rękach obecnego premiera.
W samym PSL-u też nabrzmiewa ferment. Związek zawodowy wiejskiej nomenklatury dostrzegł moment, w którym PSL nie będzie już dla nikogo użyteczny, nikt nie będzie chciał go użyć w zamian za lukratywne posady i wpływy. Kruszą się więc same podstawy istnienia ZSL-PSL w III RP. Utrata widoków na załapanie się do przyszłego obozu władzy to w istocie utrata podstawy ideologicznej dzisiejszego PSL. Stąd też w partii wrze i zarzuty lecą w stronę ministra obrony (nomen omen). Tego kryzysu już rodzina Kosiniaków może politycznie nie przeżyć. A przecież wystarczyło posłuchać Amerykanów i dziś Władysław Kosiniak-Kamysz stałby na czele rządu.