Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Liberałowie stracili rząd dusz. Raport Sadury to potwierdza

Rząd Donalda Tuska traktuje polskie społeczeństwo jak tani zasób do wykorzystania w perspektywie krótkoterminowej. Tego rodzaju mentalność wykształciła się wśród potransformacyjnych elit na przełomie PRL i III RP, a utrwaliła w kolejnych dekadach w formie nienawiści lewicowo-liberalnego elektoratu do „pisowskiego plebsu”. I społecznego odporu na tego rodzaju stygmatyzację. To nieustannie wraca, co dobrze pokazały emocje wokół niedawnej wypowiedzi Przemysława Sadury z „Krytyki Politycznej”.

W marcu 2026 r. ukazał się raport Przemysława Sadury, Julii Szostek i Michała Sutowskiego zatytułowany „Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce” (Instytut Krytyki Politycznej). Autorzy podkreślają, że interesował ich przede wszystkim elektorat rządzącej dziś koalicji, co więcej – ciekawią ich liberalny populizm i demagogia jako narzędzie społeczno-politycznego oddziaływania ­staro-nowych elit i tych wyborców, którzy się z nimi utożsamiają. Raport zwraca uwagę na zjawisko, którą znaczna część socjologów i politologów starej daty kompletnie przegapiła: coraz wyraźniejsze i istotniejsze politycznie uodpornienie wyborców prawicy na połajanki wielkomiejskich salonów.

 

Przekrwione oczy wyborców PiS

Trwały konflikt, kryzys polityczny, nieudana próba marginalizacji przez liberalno-lewicowe elity zbyt dużej części społeczeństwa oraz wzmocnienie się niezależnych, prawicowych środowisk informacji i opinii sprawiły, że elektorat prawicy wytworzył skuteczne przeciwciała wobec najróżniejszych form „pogardy elit”. I właśnie to w raporcie nazywane jest „bezwstydem”: „Prawica dokonała czegoś, na co liberałowie nie mają odpowiedzi: skutecznie zneutralizowała wstyd jako narzędzie dyscyplinowania klasy ludowej (…). Polacy przestali się wstydzić tej swojej niższości, polskości, wiejskości. Nie dadzą się zapędzić do narożnika inteligenckimi ocenami”.

Na marginesie: to tłumaczy również jawną niechęć i pretensje liberalnej lewicy (wzajemną) do tzw. alt-leftu, który w wyborach prezydenckich z ostentacyjną wyrazistością opowiedział się po stronie Karola Nawrockiego. „Szukanie winnego [społecznych frustracji – K.W.] prowadzi do polaryzacji, a polaryzacja karmi dwa lustrzane populizmy – liberalny i prawicowy – które, chociaż w różny sposób, to jednak dehumanizują przeciwnika. Jeden populizm jest przesiąknięty rasizmem i homofobią, drugi – klasizmem i poczuciem wyższości” – przekonują Sadura, Szostek i Sutowski.

Zwracam na to uwagę, żeby pokazać szerszy kontekst niedawnej, głośnej wypowiedzi Przemysława Sadury dla „Super Expressu”. Rozmowa z Kamilą Biedrzycką dotyczyła powyższego raportu. Oburzenie niemałej części prawicowego komentariatu wywołały słowa gościa: „[Ankietowani] mówią w ten sposób: »Pisiora można poznać po tym, jak wygląda (…).  Bo wyborcy PiS chodzą przygarbieni, mają zawsze przekrwione oczy i mówią chrapliwym głosem«”. Tyle że badacz z Uniwersytetu Warszawskiego zreferował poglądy wyborców rządowej koalicji. I dodał, że „jeśli chodzi o wyborców, to strona liberalna bardziej nienawidzi wyborców prawicy, niż wyborcy prawicy – stronę liberalną”.

Można się zastanawiać, czy starał się przy okazji ukryć uśmiech, wszak i on w tym badawczym cyrku ma swoje ulubione małpy. Chyba nawet redaktor Biedrzycka – sądząc po jej kolejnym pytaniu – nie do końca zrozumiała, kiedy Sadura referuje poglądy badanych, a kiedy mówi własnym głosem. Dopiero ta druga wypowiedź może rozzłościć wyborców prawicy, bo współ­autor badania na jednym oddechu wskazuje: „[prawicowcy] są antysemitami, ksenofobami, rasistami, homofobami”. Dla Sadury, jak się zdaje, są to realne linie podziału. Wystarczy jednak lepiej się wczytać w komentarze na forum Wyborcza.pl, żeby zobaczyć kwalifikujące się do podobnych ocen wypowiedzi wielkomiejskich, liberalnych pałkarzy.

Prawicy nie da się już zawstydzić

Najzabawniejsze w zgiełku wokół wypowiedzi Sadury jest to, że potwierdza ważny fakt: prawicowi wyborcy i wyborczynie reagują mocno asertywnie na każdą wypowiedź, którą odbierają jako obelgę. A logika i dynamika mediów społecznościowych sprawiają, że dostrzegają właśnie to, co działa jak płachta na byka – obrazę: „Wyborcy PiS chodzą przygarbieni, mają zawsze przekrwione oczy i mówią chrapliwym głosem”. Żaden rozsądny prawicowy polityk nie powie w tej sytuacji: „Przestańcie się garbić, może się uczeszcie, bo zdaniem tamtych źle wyglądacie”. Byłoby to dla niego polityczne samobójstwo. Przeciwnie – na każdą połajankę trzeba odpowiadać tupetem. Im bliżej będzie do wyborów, tym jest pewniejsze, że każda celebrycka kpina dotycząca wyborców prawicy zdopinguje antytuskowy elektorat. A na liberalnych demagogów pełniących obowiązki elit III RP zawsze można liczyć: przerażona wizją utraty władzy przez Donalda Tuska klasa szampańska rozkręci się jak jakiś – nie przymierzając – Andrzej Seweryn w nagraniu ujawnionym przez Tomasza Lisa. Sporo możemy sobie obiecywać także po panu premierze, który pokazał, że w kryzysowych sytuacjach potrafi sięgnąć po „autorytety moralne” takie jak Jacek Murański.

Mówiąc publicystycznym skrótem: wściekłość wyborców prawicy nie tylko rozbraja pogardę i manipulacje liberalnych sił – czyni narzędzia stygmatyzacji obosieczną bronią. Politowanie, szyderstwo, hejt wracają jak bumerang do tych, którzy rzucają nimi w „pisowski lud”. Są oczywiście na prawicy, szczególnie wśród wielkomiejskiej inteligencji, ludzie, którzy z różnych przyczyn chcieliby się ułożyć z częścią staro-nowych warszawskich, krakowskich, poznańskich salonów i saloników. Coraz trudniej jest im przekonać do swoich racji i jednych, i drugich.

Zwiędła marchewka pana premiera

A przy okazji: błędem jest sądzić, że elektorat prawicy równa się klasa ludowa. Nagminnie spotykam się z tym utożsamieniem, sam czasem sięgam po ten skrót, choć wymaga kilku solidnych uściśleń i zastrzeżeń. Dziś, tak naprawdę, stoją naprzeciw siebie dwie armie z własnymi, rozbudowanymi strukturami, choć wciąż bardzo nierównymi zasobami. Lewicowo-liberalny marsz przez instytucje był skokiem na zasoby, tym łatwiejszym, że ­post-PRL-owskie usieciowienie promowało środowiska, które znalazły łaskę choćby w oczach demiurgów z Czerskiej, przybudówek niemieckich partii politycznych i neoliberalnego „ojca chrzestnego” globalnego społeczeństwa obywatelskiego. Rok 2015 zatrząsł tą strukturą, lecz jej nie zniszczył. Wywołał jednak dalekosiężne skutki: to, co dla liberałów i lewicy było niezrozumiałym kryzysem zaufania społecznego, dla dużej części społeczeństwa stało się mentalnym wyzwoleniem. To wiele utrudnia liberalno-lewicowym wpływowym środowiskom, które przed dekadami uwierzyły, że ideowo i medialnie III RP będzie należała tylko do nich.

Postępujący kryzys w ochronie zdrowia, wprost uderzający szczególnie w Polskę mniejszych miejscowości, coraz dalej idące budżetowe cięcia finansowe, które doskwierają również protuskowym samorządowcom, pełzające, rosnące bezrobocie, świadome mrożenie wzrostu płacy minimalnej oraz rosnące obawy Polek i Polaków przed obniżeniem stopy życiowej nie pozostaną bez wpływu na konflikty polityczne w Polsce w nadchodzącym czasie. Wróciliśmy na koleiny sprzed 2015 r.: trzynastogrudniowcy traktują polskie społeczeństwo jak tani zasób do wykorzystania w perspektywie krótkotermino­wej. Tyle że przy okazji liberalne elity nie tylko tracą narzędzia do dyscyplinowania polskiego społeczeństwa, mają mu również coraz mniej do zaoferowania w sprawach ekonomicznych. A ze stu konkretów Donalda Tuska została tylko zwiędła marchewka. Premier musi nakręcać polaryzację, ale emocje, które rozbudzi, coraz częściej będą obracały się przeciwko jemu samemu i jego zapleczu politycznemu. Bo elektorat prawicy niczego już liberałom i lewicy nie wybaczy. A zniechęconych do władzy, która złamała większość złożonych obietnic, będzie tylko przybywać.

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej