Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Grochmalski w „Gazecie Polskiej”: Rząd zwija armię. SAFE to tylko propagandowy spektakl

Zamiast planowanych na początek tego roku 240 tys. żołnierzy siły zbrojne dziś liczą 216 tys. Wolą Tuska zwinięto ponad 24 tys. etatów. To praktycznie siła porównywalna do pełnej dywizji wraz z jednostkami pomocniczymi, co realnie osłabia możliwości operacyjne i gotowość sił na wschodniej flance NATO. To skala szokującej katastrofy, którą ma ukryć propagandowy spektakl wokół projektu SAFE - pisze Piotr Grochmalski w "Gazecie Polskiej".

Wolą Tuska wykorzystywany jest aparat państwa do ścigania polskich żołnierzy, którzy bronią granicy z Białorusią. Prezydent RP, w majestacie Rzeczypospolitej, podczas odprawy dowódców wojskowych na warszawskiej Cytadeli 25 lutego 2026 roku ukazał kwintesencję tego procederu, który bezpośrednio uderza w fundamenty naszego bezpieczeństwa. 

Zamiast rozbudowy – zwijanie

Karol Nawrocki skierował się wprost do Władysława Kosiniaka-Kamysza:

„Muszę zapytać pana ministra obrony narodowej, kiedy wreszcie zlikwidowany zostanie zespół prokuratorów powołany w istocie do ścigania obrońców polskich granic. Dlaczego – mimo wydanego zgodnie z prawem przez zastępcę prokuratora generalnego do spraw wojskowych polecenia wycofania wniosku o warunkowe umorzenie postępowania prowadzonego wobec niewinnego oficera Wojska Polskiego – polecenie to nie zostało wykonane i prokuratura chce stwierdzenia jego winy? Chcę jasno powiedzieć jako zwierzchnik sił zbrojnych, mniej jako do ministra obrony narodowej, bardziej do wicepremiera rządu polskiego, że nie ma i nigdy nie będzie mojej zgody na takie traktowanie obrońców granic i polskich żołnierzy. Na ściganie polskich żołnierzy za to, że chronią Polki i Polaków. Chciałbym, żeby ta deklaracja wybrzmiała dzisiaj, drodzy państwo, publicznie. Szczególnie że odnotowałem przypadki zatrzymywania żołnierzy za realizację zadań operacyjnych oraz ścigania przez prokuraturę za prawidłowe wykonywanie powierzonych misji”.

W tych słowach głowy państwa odkryta jest kwintesencja działań ekipy Tuska, która nie tylko skutecznie wyhamowała proces modernizacji polskiej armii, lecz także zatrzymała wzrost jej liczebności. Zamiast planowanych na początek tego roku 240 tys. żołnierzy siły zbrojne liczą 216 tys. Wolą Tuska zwinięto ponad 24 tys. etatów. To skala szokującej katastrofy, którą ma ukryć propagandowy spektakl wokół projektu SAFE. Cóż oznacza wycięcie owych 24 tys. etatów? To praktycznie siła porównywalna do pełnej dywizji wraz z jednostkami pomocniczymi, co realnie osłabia możliwości operacyjne i gotowość sił na wschodniej flance NATO. Gdyby nie wola Tuska, Wojsko Polskie mogłoby dysponować dodatkowym związkiem operacyjnym zdolnym do samodzielnego działania na jednym z kierunków strategicznych albo zapewnić rotację i odtwarzanie zdolności już istniejących dywizji. Jeżeli spojrzeć na niższy szczebel organizacyjny, 24 tys. żołnierzy to równowartość pięciu–siedmiu brygad liniowych (po 3–5 tys. żołnierzy każda) lub nawet 25–35 batalionów. Każda brygada to kilka batalionów bojowych oraz elementy artylerii, rozpoznania i logistyki. W warunkach konfliktu oznacza to możliwość jednoczesnej obrony większej liczby odcinków, utrzymania rezerwy operacyjnej lub przeprowadzenia kontruderzenia. Brak takiego potencjału ogranicza elastyczność dowództwa i zwiększa obciążenie istniejących jednostek. Gdyby nie wola Tuska, mielibyśmy dziś sześć, a nie pięć dywizji, co radykalnie zwiększyłoby nasze bezpieczeństwo. 

Wola Tuska a dramat polskiej armii

Według naszych planów pierwsze uderzenie ze wschodu, w którym Rosja prawdopodobnie użyje potencjału 72 tys. żołnierzy z 1 Gwardyjskiej Armii Pancernej i 20 Gwardyjskiej Armii Okołowojskowej, ma przyjąć na siebie zgrupowanie 35 tys. żołnierzy, których trzon stanowi 18 „żelazna dywizja”.

Sierżant Mateusz Sitek, który w czerwcu 2024 roku oddał swoje życie w obronie granicy polsko-białoruskiej, był żołnierzem 18 dywizji. Premier Tusk wygłosił 7 czerwca 2024 roku oświadczenie w tej sprawie, zapewniając, że rodacy nie zapomną o tej ofierze, a państwo polskie będzie chronić swoich funkcjonariuszy. W tym czasie działało owo komando prokuratorskie. I nadal istnieje, o czym powiedział prezydent Nawrocki na Cytadeli niemal dwa lata po tym wystąpieniu Tuska, w którym premier łgał w żywe oczy Polakom.

Ale sprawa ta ma podwójne dno. W czasach nachalnego resetu z Rosją ekipa Tuska, w której strategiczną rolę odgrywał Kosiniak-Kamysz (to on przeprowadził operacje podwyżki emerytur i odebrania Polakom 150 mld zł z ich pieniędzy zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych), zlikwidowała 1 Dywizję Warszawską, która miała bronić wschodniej granicy Polski. Naruszało to w sposób fundamentalny artykuły 5 i 26 Konstytucji RP.

Tak bowiem dramatycznie osłabiona przez decyzje polityczne Tuska armia nie była w stanie zagwarantować, iż „Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium” (art. 5). Był to akt narodowej zdrady narodu i armii, bo art. 26 jasno stwierdza, iż:

„1. Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic. 2. Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli”.

Likwidacja 1 dywizji, co wywołało szok w NATO, oznaczała, że Tusk odebrał armii możliwość wypełniania jej konstytucyjnej roli. Nasz potencjał został zdegradowany do trzech dywizji, w tym żadna nie broniła stolicy Polski. Ta gigantyczna dziura na wschodniej flance NATO została załatana powołaniem przez rząd Zjednoczonej Prawicy i ministra obrony Antoniego Macierewicza 18 „żelazną dywizją”. Proces ten kontynuował wicepremier Mariusz Błaszczak. Dywizję sformował i doprowadził ją w krótkim czasie do zdolności bojowych gen. Jarosław Gromadziński. Rozpoczął jej formowanie 17 września 2018 roku, a 8 czerwca 2021 roku dywizja otrzymała certyfikat. Wszyscy trzej – Antoni Macierewicz, Mariusz Błaszczak, Jarosław Gromadziński – padli ofiarą woli Tuska. Jest więc szczególną niegodziwością fakt, że Tusk i Kosiniak-Kamysz lubią sobie robić fotki na tle żołnierzy 18 dywizji i przekonywać, jak bardzo bronią polskiego munduru, a równocześnie ścigać tych, którzy odbudowywali armię po jej dewastacji za czasów Tuska. 

Bezpowrotnie stracony czas 

Wolą Tuska bezpowrotnie straciliśmy czas w budowaniu naszej obronności. Armia to nie prywatna firma ekipy 13 grudnia. Naród stał się zakładnikiem ludzi, którzy w ciągu dwóch lat zdemolowali finanse państwa. Do połowy 2027 roku zadłużenie przekroczy 3 bln zł. A to znaczy, że roczny koszt jego obsługi będzie w granicach 170 mld, czyli zaledwie o 10–15 mld mniej od pożyczki oszustwa SAFE. Tusk w szokującym tempie zarżnął polską gospodarkę, a to znaczy, że zniszczył nasze zdolności modernizacji armii. Po co? To nie przypadek, że równocześnie Niemcy w ciągu najbliższych czterech lat chcą wydać 3 bln 150 mld złotych na zbrojenia, by zbudować – jak to powiedział Merz – najsilniejszą europejską armię. Ta militarna siła ma narzucić polityczną wolę państw w UE.

Jak kiedyś, przed laty, gdy budziła się potęga pruska, tak dziś Polska jest swoistym laboratorium owych imperialnych planów Berlina. Z puntu widzenia bezpieczeństwa Polski owe 24 tys. mniej żołnierzy to niepowetowana strata. Ale z perspektywy Berlina to wielki sukces, który zawdzięcza Tuskowi. Bo te brakujące 24 tys. żołnierzy ma również wymiar praktyczny w kontekście modernizacji technicznej. Nowoczesne systemy uzbrojenia, takie jak M1A2 Abrams, K2 Black Panther, F-35 Lightning II czy M142 HIMARS, wymagają wyspecjalizowanych załóg, personelu technicznego i rozbudowanego zabezpieczenia logistycznego. Mniejsza liczba żołnierzy oznacza trudności w pełnej obsadzie jednostek oraz większe obciążenie kadry, co wpływa na tempo szkolenia i gotowość bojową. W wymiarze strategicznym 24 tys. żołnierzy mniej to także słabsza zdolność do równoczesnego realizowania kilku zadań: obrony terytorium, utrzymania wschodniej flanki NATO, wsparcia sojuszników oraz zabezpieczenia granic i infrastruktury krytycznej. To również mniejsza „poduszka bezpieczeństwa” w razie strat lub konieczności szybkiej mobilizacji rezerw. W realiach zwiększonego zagrożenia bezpieczeństwa taka różnica przekłada się bezpośrednio na liczbę dostępnych jednostek bojowych, tempo reagowania i odporność całego systemu obronnego państwa.

Niekończąca się lista ofiar woli Tuska

W opinii ekspertów usunięcie z armii przez ministra Kosiniaka-Kamysza gen. bryg. Mirosława Brysia miało decydujący wpływ na spowolnienie procesu zwiększania liczebności Wojska Polskiego. To była szokująca i partyjniacka decyzja pokazująca, jak bardzo niebezpieczne jest polityczne zacietrzewienie obecnego szefa MON. Swoje urzędowanie rozpoczął od likwidacji podkomisji smoleńskiej Antoniego Macierewicza. To Kosiniak-Kamysz ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za wywołanie chaosu organizacyjnego, który wywołał radykalne spowolnienie procesu budowy 300-tys. armii.

Bryś był głównym architektem i liderem systemu rekrutacji, który w ciągu kilku lat pozwolił niemal podwoić liczbę żołnierzy – z około 95 tys. w 2015 do ponad 186 tys. w 2023 roku. 

Narastający chaos organizacyjny i decyzyjny gwałtownie wzrósł też w wyniku przepychanego na siłę kolanem przez ekipę Tuska gigantycznego długu w postaci SAFE, który sklecony jest bez gruntowanej analizy strategicznej. Utajnione 139 projektów, które mają być zrealizowane z kosmicznym tempie, przypomina w swojej istocie propagandową sztuczkę ekipy 13 grudnia z owym programem „100 konkretów” – wymyślonym na kolanie, chaotycznym spisie pobożnych życzeń. Już dziś widać, że SAFE, obok listy wymienianych zagrożeń, rozbija spójny projekt modernizacji polskiej armii wypracowany przez rządy Zjednoczonej Prawicy. Najpoważniejsze ryzyko dla spójności modernizacji polega na tym, że SAFE promuje inwestycje w bardzo szeroki zestaw projektów – od obrony powietrznej, przez drony i amunicję, po infrastrukturę krytyczną – co naturalnie rozprasza zasoby organizacyjne, finansowe i logistyczne. Co prawda nie znamy pełnej listy projektów, ale z przecieków sączonych przez ekipę Tuska i wykorzystanych do manipulacji opinią publiczną układa się szokujący obraz partactwa, prowizorki i dyletantyzmu, a także politycznej presji Niemiec. Już jednak z tych przecieków wynika, że zamiast skoncentrować wysiłki na kluczowych, dużych programach takich jak budowa K2PL czy rozbudowa zdolności pancernych i artyleryjskich, środki zostaną rozdzielone na mniejsze projekty o mniejszym wpływie na długofalową zdolność bojową. Okazuje się też, że SAFE ma być rozdysponowany na MSW i inne resorty – w tym miliardy na hełmy, kamizelki kuloodporne i tarcze dla policji. A więc już dziś chłopcy Tuska biją się o tę nieistniejącą jeszcze kasę, której możemy nigdy nie zobaczyć. Baron Kierwiński, który ma szczególną pozycję na dworze wodza, może liczyć na 8 mld zł dla swoich ludzi, a firma wydmuszka Pawła Poncyliusza – na 10 mld zł. Już raz ten mechanizm na wielką skalę zadziałał, gdy za pierwszego Tuska firmy wydmuszki zdobywały kontrakty na budowę autostrad. Dostawały miliardy z publicznych środków, wynajmowały profesjonalne firmy do budowy, a potem znikały z pieniędzmi, doprowadzając do upadku solidnych podwykonawców. Dziś w tle owego propagandowego oszustwa, jakim jest SAFE, trwa brutalny, cichy bój o potencjalną kasę w partyjnej rodzinie. Chłopcy pójdą na całość, bo to zbuduje kolejne fortuny na lata. Nikt z nich nie traktuje poważnie owego oszustwa zbudowanego wokół SAFE. Dodatkowy efekt został jednak osiągnięty. 

W tym bałaganie na dalszy plan zszedł racjonalny program modernizacji armii. A przecież w praktyce już samo ewentualne wprowadzenie SAFE w życie drastycznie opóźni proces modernizacji armii, ponieważ środki, które rząd liczył w harmonogramach inwestycyjnych, są teraz powiązane z debatą prawną i polityczną. Zamiast szybkiej realizacji zakupów i produkcji, Polska musi najpierw dopiąć kwestie legislacyjne, rozwiązać spory konstytucyjne i poczekać na ewentualne decyzje Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, bo Parlament Europejski już 20 sierpnia 2025 roku zaskarżył SAFE do TSUE, gdyż łamie on fundamenty Traktatu, art. 122 i art. 4. Sprawa wpisana jest w rejestr TSUE jako C-560/25. To powoduje, że ekipa Tuska świadomie podłożyła bombę pod nasze bezpieczeństwo i projekt modernizacyjny. Za chwilę w tym chaosie nikt już się nie połapie. W efekcie programy takie jak K2PL, transfer technologii, produkcja komponentów czy integracja nowoczesnych systemów wojskowych mogą zostać opóźnione o wiele lat, bo dystrybucja środków i zatwierdzanie projektów nie będą mogły nastąpić zgodnie z pierwotnym planem modernizacyjnym armii. A to oznacza, że nie będzie sprzętu dla nowych jednostek. W konsekwencji program budowy 300-tys. armii nigdy nie zostanie zrealizowany.

Strzał w plecy Polski

W lutym 2026 roku Robert Bąkiewicz, lider Ruchu Obrony Granic, złożył doniesienie do polskiej prokuratury przeciw Donaldowi Tuskowi, któremu zarzucił publiczne podżeganie do popełnienia zbrodni (art. 255 § 2 Kodeksu karnego). Głównym dowodem wskazanym przez Bąkiewicza jest archiwalne zdjęcie ze szczytu G7 w Kanadzie z 8 czerwca 2018 roku, na którym Tusk skrytobójczo strzela z dłoni ułożonej w kształt pistoletu w plecy prezydenta USA Donalda Trumpa. Tusk opublikował zdjęcie w 2019 roku w swojej książce „Szczerze”. Zajmuje ono dwie strony (260 i 261). Jest potężne. Widać, że równocześnie wydyma on wargi, jakby naśladował dźwięk strzału. To ewidentne podżeganie do mordu, bo trudno uznać to za formę zabawy w symboliczne zabijanie. Fotografia ukazuje też skalę nienawiści Tuska do prezydenta USA. Dziś, w zupełnie innym wymiarze, wolą Tuska oddawany jest symboliczny strzał w plecy polskiej armii, a także w nasze relacje z USA. Tym bardziej że otwarcie widać, iż Waszyngton uznaje program SAFE za wymierzony w relacje NATO–Stany Zjednoczone. Jak stwierdzili ambasador USA przy Unii Europejskiej Andrew Puzder i ambasador Stanów Zjednoczonych przy NATO Matthew Whitaker, „tworzenie barier dla amerykańskiego przemysłu obronnego spowolni europejskie wysiłki na rzecz dozbrojenia i podważy gotowość oraz interoperacyjność NATO poprzez odcięcie dostępu do zintegrowanych transatlantyckich łańcuchów dostaw”. To jasny sygnał, że SAFE jest pułapką, Tusk, poprzez jego forsowanie, chce wysadzić w powietrze, na życzenie Niemiec, nasze relacje z USA. Bo bez amerykańskiego sprzętu i technologii, a także bez wzajemnego zaufania strategicznego nie jest możliwa skuteczna modernizacja polskiej armii. 

W stronę obłędu

Wola Tuska prowadzi nas ku kolejnej katastrofie. Bo trudno wyobrazić sobie, żeby to Kosiniak-Kamysz wpadł na obłędny pomysł, aby na najważniejszej polskiej uczelni wojskowej, Akademii Sztuki Wojennej, kształcić studentów z Chin. Najważniejszy dokument Sojuszu, Koncepcja Strategiczna NATO z 2022 roku, po raz pierwszy określa Chiny (ChRL) jako „wyzwanie systemowe” dla bezpieczeństwa, interesów i wartości euroatlantyckich. Mamy już do czynienia z zimną wojną między Pekinem a Waszyngtonem, która w każdej chwili może przekształcić się w globalny konflikt militarny. W takiej sytuacji kształcenie w Akademii Sztuki Wojennej Chińczyków do wojny z USA, bo trudno to inaczej interpretować, to kolejny dowód na to, że Tusk zakłada w każdym możliwym miejscu ładunki wybuchowe, których odpalenie ma zmasakrować nasze relacje z najważniejszym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Kształcenie studentów z ChRL na Wydziale Bezpieczeństwa Narodowego Akademii Sztuki Wojennej to jawna prowokacja. Polska jako członek NATO i kluczowy partner Waszyngtonu w regionie Europy ŚrodkowoWschodniej zobowiązuje się do ochrony wrażliwych informacji i kształcenia kadr zgodnie z interesami sojuszniczymi. Obecność obywateli Chin – państwa uznawanego w amerykańskich dokumentach strategicznych za głównego rywala na arenie globalnej – w środowisku, w którym analizuje się doktryny wojskowe, cyberbezpieczeństwo i strategię NATO, jest igraniem z bezpieczeństwem Polski. Krytycy podkreślają, że nawet formalnie kontrolowany dostęp do materiałów edukacyjnych o charakterze strategicznym może prowadzić do niezamierzonego „pośredniego transferu wiedzy”, co w kontekście ewentualnego konfliktu między Chinami a USA mogłoby zostać odebrane jako dramatyczna komplikacja w relacjach z Waszyngtonem. Co prawda minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnia, że współpraca edukacyjna odbywać się będzie „zgodnie i pod nadzorem wszystkich elementów związanych z bezpieczeństwem funkcjonowania polskiej uczelni” i że „nie dopatruje się tutaj żadnych zagrożeń”, ponieważ cały proces jest „monitorowany i realizowany w sposób najbardziej rzetelny”, ale powszechna jest wiedza o jego totalnej niekompetencji w sprawach wojskowych.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane