Podstawą umorzenia śledztwa jest brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego” – głosi komunikat gdańskiej prokuratury. Dodano: „Śledztwo w sprawie zgonu Jolanty Brzeskiej oscylowało wokół trzech możliwych wersji zdarzenia: zabójstwa; samobójstwa; nieszczęśliwego wypadku. Zdaniem Prokuratora, żadnej z wyżej wskazanych wersji śledczych nie można jednoznacznie, bezsprzecznie potwierdzić ani wykluczyć”.
Zbrodnia nie tylko pozostała bez kary. Sugestia, że mogło to być samobójstwo przez samospalenie, brzmi w uzasadnieniu jak okrutna drwina. Nawet jeśli wynika z czysto formalnych przesłanek, doskonale pokazuje to, o czym wielokrotnie mówił Jan Śpiewak: niewyjaśniona sprawa morderstwa działaczki lokatorskiej w podwarszawskim Powsinie pokazuje bezkarność staro-nowych elit III RP. Ich bezwzględność, chciwość i poczucie bezkarności.
Śledztwo na koślawych nogach
Tajemnicą poliszynela jest, że próba wyjaśnienia sprawy Jolanty Brzeskiej od początku przebiegała jak na koślawych nogach. Przypomnijmy podstawowe fakty. 3 marca 2011 r. spacerujący po Lesie Kabackim mężczyzna natrafił na spalone ludzkie szczątki. Badania genetyczne potwierdziły, że to zwłoki zaginionej kilka dni wcześniej Jolanty Brzeskiej, ponad 60-letniej działaczki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. W mediach szybko rozniosła się opinia, którą także policja początkowo traktowała jako wiążącą, że była to śmierć samobójcza. Okazało się, że kobieta spłonęła żywcem. Przyczyną śmierci był wstrząs termiczny i podtrucie tlenkiem węgla.
Środowiska lokatorskie uważały, że to była samobójcza śmierć działaczki, ale wtedy prawie nikt nie chciał ich słuchać. Z bólem trzeba przyznać, że niemała część opinii publicznej traktowała działalność reprywatyzatorów stołecznych nieruchomości jak ciąg dalszy słusznej kapitalistycznej transformacji. Wtedy rzadko kto mówił o możliwych motywach obojętności polityków, czyścicielach kamienic i zdemoralizowanych wielkimi pieniędzmi urzędnikach i prawnikach. A ruch lokatorski musiał mierzyć się z oskarżeniami o roszczeniowość i PRL-owską mentalność. Dopiero w kolejnych latach, gdy patologiczny, korupcjogenny, a przy okazji też polityczny kontekst prywatyzacji ukazał się w nieco pełniejszym świetle, zbrodnia na Brzeskiej zaczęła być postrzegana inaczej.
Niestety, zmiana nastawienia opinii publicznej nic właściwie nie pomogła śledztwu. Pierwsze postępowanie w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej wszczęto jeszcze 3 marca 2011 r. Zajęła się nim Prokuratura Rejonowa Warszawa-Mokotów. Rok później, w maju, śledztwo zostało przejęte przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Niemal 12 miesięcy później zostało umorzone z uwagi na niewykrycie sprawcy zabójstwa. Polską i Warszawą rządziła Platforma Obywatelska. Hanna Gronkiewicz-Waltz, dziś europosłanka Koalicji Obywatelskiej, wówczas prezydent stolicy, w najlepsze udawała, że nie ma żadnej mafii reprywatyzacyjnej. Żadnych reprywatyzacyjnych zbrodni i podłości wobec zwykłych ludzi, którzy cierpieli za sprawą działalności takich postaci jak Marek Mossakowski.
Dodajmy jeszcze jedną rzecz, którą przypomniał niedawno Jan Śpiewak: „Prokurator Dariusz Korneluk, który wtedy odpowiadał za prokuraturę warszawską, dzisiaj jest uznawany przez ministra sprawiedliwości za prokuratora krajowego. A powinien być wtedy pociągnięty do odpowiedzialności zawodowej za porażkę tego śledztwa”.
Reprywatyzacja? Właściwie nie ma winnych
Już po zmianie władzy, we wrześniu 2016 r., Prokuratura Okręgowa w Warszawie podjęła na nowo śledztwo w sprawie Jolanty Brzeskiej. Powierzono je Prokuraturze Regionalnej w Gdańsku. Choć ruch lokatorski nie krył nadziei związanych ze wznowieniem śledztwa, choć komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji za czasów Zjednoczonej Prawicy podjęła instytucjonalną walkę z patologiami, sprawa zabójstwa Jolanty Brzeskiej ugrzęzła w błocie tajemnic. Środowisko lokatorskie wprost mówiło o parasolu ochronnym nad mafią reprywatyzacyjną.
Hanna Gronkiewicz-Waltz nawet po wybuchu afery reprywatyzacyjnej twierdziła, że to żaden układ, ale konsekwencja działań „niektórych prawników”, działających na podstawie dekretu Bieruta. Sprawa była jednak gorąca. I niebezpieczna dla męża byłej prezydent Warszawy, który „pozyskał” i odsprzedał pożydowską kamienicę przy ulicy Noakowskiego 16 w Warszawie. W 2016 r., w czasie, gdy wybuchła medialna awantura o działkę w okolicach Pałacu Kultury (Chmielna 70), stołek wiceprezydenta stolicy stracił Jacek Wojciechowski. On sam zaprzeczał, że jego dymisja miała cokolwiek wspólnego ze stołeczną reprywatyzacją. I wygrał przed „wolnymi sądami” proces cywilny w tej sprawie wytoczony Janowi Śpiewakowi. Wiosną 2024 r. Wojciechowski został prezydentem Raciborza, śląskiego miasta, w którym zaczynał swoją karierę samorządowca w latach 90. XX w.
Gdy cztery lata temu dla Instytutu Spraw Obywatelskich zrobiłem duży wywiad z działaczką lokatorską, przyjaciółką Jolanty Brzeskiej, Ewą Andruszkiewicz, i z Janem Śpiewakiem, ten ostatni mówił: „Toczą się też procesy karne wobec ludzi zamieszanych w złodziejską reprywatyzację. Mam jednak wrażenie, że ewidentnie na ławach oskarżonych brakuje polityków. Nie rozumiem, dlaczego Hanna Gronkiewicz-Waltz nie ma zarzutów i nigdy nie została przesłuchana w sprawie reprywatyzacji – choćby przez prokuraturę”. Andruszkiewicz zwracała wówczas uwagę na nieco inną rzecz. Mogłaby to pewnie powiedzieć mocniej: „Problemem jest jakaś systemowa nieporadność państwa wobec osób, które wiedzą, jak poruszać się w meandrach reprywatyzacyjnej rzeczywistości. One są z reguły o wiele bardziej sprawne niż ludzie, którzy powinni dbać o interesy publiczne. Ich motywują pieniądze, które da się na tym wszystkim zarobić, sprawnie poruszają się w gąszczu prawnym”.
III RP jak zła macocha dla słabych
Przez ostatnie lata o reprywatyzacji, nie tylko w Warszawie, powiedziano naprawdę dużo. Naświetlono mechanizmy, za pomocą których udało się machinę sądowniczą i prawniczą wciągnąć w dochodowy dla nielicznych biznes, który okazał się piekłem tysięcy lokatorów i lokatorek, ich bliskich, rodzin i przyjaciół. A jednak bardzo wielu ludzi ma poczucie krzyczącej niesprawiedliwości. Na przykładzie działalności osób takich jak Marzena K., była urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości, widać mechanizmy kumoterstwa i przewałów na grube miliony.
Nierozwikłana tajemnica śmierci Jolanty Brzeskiej każe jednak zapytać, czy w plątaninie reprywatyzacyjnych szwindli i zbrodni nie udało się strącić tylko kilku pionków. Czy nie pozbyto się kilku kozłów ofiarnych, żeby pozostali uczestnicy intratnego procederu mogli spokojnie paść się na ludzkiej krzywdzie. Trudno jest dziś uwierzyć, że sprawa zabójstwa Jolanty Brzeskiej została wyjaśniona. Trudno też uwierzyć, że stojący w gęstym cieniu ludzie, którzy pociągali za sznurki w reprywatyzacyjnej mafii, utracili już wszystkie wpływy i możliwości. To jest jedna z najstraszniejszych lekcji w sprawie III RP, jaką sobie można wyobrazić.
Świętowaliśmy niedawno dzień niepodległości. To piękne święto i najwspanialsza uroczystość. Napawa jednak goryczą, że III RP dla zbyt wielu okazała się złą macochą, że triumfują w niej nieprawość i niesprawiedliwość. I to złem wołającym o pomstę do nieba. Tak po ludzku coraz trudniej mieć nadzieję, patrząc właśnie na stolicę, na Warszawę, że to zło na tym świecie kiedykolwiek zostanie rozliczone.