Trudno odmówić racji tym obawom i zastrzeżeniom. Platforma wielokrotnie i z zauważalną regularnością formułowała postulat stworzenia wspólnej listy partii opozycyjnych. Pojawiał się on w stanowiskach oficjalnych i medialnych wrzutkach, przybierając często formułę nie tyle zaproszenia, ile ultimatum, jak np. kilka tygodni temu, gdy na łamach „Newsweeka” pojawił się przeciek na temat wyznaczenia przez PO ostatecznego terminu na takie porozumienie. Po jego upłynięciu pozostałe partie miałyby radzić sobie same. Jednak problem Platformy polega na tym, że… prawdopodobnie, może z wyjątkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, które sondażowo wypada najsłabiej, zapewne faktycznie sobie poradzą.
Marzenie Tuska o powtórce z 2007 r.
Owszem, po powrocie Donalda Tuska PO podniosła się z największego dołka: pewne nie było dla niej już nawet zdobycie drugiego miejsca w przyszłych wyborach, zaczęła je tracić w kolejnych badaniach opinii publicznej na rzecz ugrupowania Szymona Hołowni. Tyle że to ambicji Tuska nie zaspokaja. Wiele jego zachowań i wypowiedzi pokazuje bowiem, że mentalnie tkwi on w roku 2007, a to sprawia, że jedyny akceptowalny, a zarazem oczekiwany przez niego układ sił w polityce to poparcie rzędu minimum 35–37 proc. i pozostałe partie opozycyjne w roli dużo słabszych przystawek.
Gdy 15 lat temu PO odsunęła PiS od władzy, w wyborach uzyskała ponad 40 proc. głosów. Do koalicji dobrała sobie mające mniej niż 10 proc. PSL – i tyle wówczas wystarczyło. Tym razem może być zupełnie inaczej, koalicja „wszyscy przeciw PiS” będzie się składać z co najmniej czterech samodzielnych podmiotów, z najsilniejszą, lecz już niedysponującą miażdżącą przewagą Platformą. Pozostałe partie swojej szansy upatrywać mogą w zbliżeniu się w liczbie głosów do PO, co zapewni im większą podmiotowość i siłę przebicia w ewentualnych negocjacjach rządowych, a później w rządzie jako takim.
Jedna lista założona już dziś w dużym stopniu modelowałaby przyszłe wyniki i proporcje (tak jak stało się to w wyborach do Senatu), a przy tym oznaczałaby uznanie zwierzchnictwa Platformy i Tuska. Podobny sposób myślenia przejawiają jego zdeklarowani wyborcy, którzy zdają się nie tolerować żadnej podmiotowości PSL i Lewicy, a przede wszystkim Polski 2050. Zwolennicy Platformy są wobec Hołowni skrajnie nieufni, przy każdej okazji oskarżają go (podobnie zresztą jak PSL i Lewicę) o zakulisowe dogadywanie się z PiS, również pod kątem przyszłej koalicji. W ten sposób tłumaczono sobie po tej stronie sceny politycznej choćby to, dlaczego, w przeciwieństwie do Donalda Tuska, Szymon Hołownia, nie będąc posłem, mógł wziąć udział w niedawnej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Wyjaśnienie tej zagadki jest proste: Hołownia zadbał po prostu o stosowne dopuszczenie do informacji niejawnych.
Narzędzie nacisku na „przystawki”
List wzywający do współpracy utrzymany jest w duchu dawnych listów otwartych autorytetów moralnych, przywołuje na myśl styl sprzed co najmniej kilkunastu lat. Warto zauważyć, że nawet opozycyjne Oko Press, publikując odezwę, opatruje ją listą własnych wątpliwości. W tej redakcyjnej polemice zwracają uwagę pytania: „Czy politycy partii opozycyjnych, a przede wszystkim KO, którzy najwięcej mówią o wspólnej liście, podejmują rzeczywiste działania na rzecz jej utworzenia? Proponują zakres porozumienia, choćby zarys programu wyborczego? Prowadzą rozmowy? Wykonują przynajmniej gesty wobec potencjalnych partnerów?”.
Można w te wszystkie punkty wątpić. Działania, których list jest ewidentnie częścią, koncentrują się głównie na wytworzeniu nacisku na partnerów, pewnego siłowego wymuszenia współpracy jeszcze przed wyborami, a więc w pewnym stopniu rezygnacji z samodzielności poszczególnych uczestników. Jak nietrudno się domyślić – z korzyścią dla najsilniejszego partnera. Co wspólnego ma to z demokracją, którą w ten sposób miałoby się ratować?
Zwolennicy jednej listy wierzą, że takie posunięcie zapewni im głosy, a także emocjonalny współudział 10 mln Polaków, co miałoby być powtórzeniem znakomitego wyniku Rafała Trzaskowskiego, lecz przede wszystkim – pierwszej Solidarności, co, zważywszy na skład tego paktu, jest nadużyciem wyjątkowym. „Nie będzie 10 mln, bo dla wielu wyborców wspólna lista jest nie do zaakceptowania i po prostu zostaną w domu. To kolejna próba emocjonalnego szantażu na mniejszych partiach inspirowana przez środowiska związane z Platformą Obywatelską” – gasi entuzjazm określający się jako sympatyk lewicy użytkownik Twittera, podpisujący się jako Mr. Mistrzowski. I, natychmiast, oskarżony zostaje o pisanie z inspiracji „Nowogrodzkiej”.
W demokracji moralistów nie ma miejsca na sprzeciw i na wątpliwości. Przekonują się o tym nie tylko komentatorzy, lecz także pierwszoplanowi aktorzy tego przedstawienia. „Wyborczy sukces, poza wspólnotą celu, jest możliwy dzięki wspólnocie idei i programu. Dlatego dwa bloki partii demokratycznych, nie jedna lista, dają gwarancję zwycięstwa i stabilnej większości” – pisze na Twitterze Władysław Kosiniak-Kamysz. I choć także postulat dwóch bloków wydaje się niemożliwy do zrealizowania i ideowo mało spójny (poświęciłem temu już wiele tekstów, dlatego dziś ten wątek pominę), znać tu konsekwencję lidera ludowców, lecz i niechęć po powtórki z lat 2007–2014. Jednak dla wchodzących w interakcję z szefem PSL zwolenników Tuska możliwy jest jeden tylko motyw takich politycznych deklaracji – chęć nawiązania współpracy z PiS.
Anachronizm moralnego wzmożenia
„Polska pod rządami prawicy została całkowicie zdewastowana zarówno w wymiarze gospodarczym, systemowym, jak duchowym. Stała się zakładnikiem czy wręcz własnością jednej formacji politycznej i ideologicznej. Konieczna jest wielka zmiana. Do tego, by móc przeprowadzić niezbędne reformy, zaczynając od odbudowy porządku prawnego, po stworzenie silnej, odpartyjnionej gospodarki, potrzebna jest jedna lista wyborcza. Jest politycznym i moralnym nakazem, by partie opozycyjne zdołały ową wspólną listę wyborczą powołać i odnieść zdecydowane zwycięstwo nad PiS” – piszą autorzy „apelu 447”, do którego dopisują się ponoć kolejne tysiące osób. Pastwienie się nad tym skompromitowanym lata temu językiem, który zresztą stał się jedną z przyczyn odzyskania przez prawicę najpierw szans na władzę, a potem władzy, byłoby szalenie łatwe. Te argumenty z moralnej przewagi i obowiązku moralnego budzą zniecierpliwienie sporej części adresatów tej korespondencji.
Warto zwrócić uwagę, że raczej nieintencjonalnie, list ten ujrzał światło dzienne akurat w siódmą rocznicę powołania do życia Komitetu Obrony Demokracji. Formacji najpierw silnej i faktycznie łączącej w sobie różne nurty opozycji, następnie skompromitowanej i zapomnianej, a ostatnio zrewitalizowanej przez Donalda Tuska i traktowanej już jednoznacznie jako zaplecze PO.
Los KOD powinien być dla innych partii opozycji przestrogą, ponieważ innej roli Donald Tusk dla nich nie przewiduje.