Siwek przypomina, że to wtedy młodemu politykowi liberalnemu marzyło się wykreowanie ruchu na rzecz autonomii poszczególnych regionów naszego kraju, począwszy od jego rodzimych Kaszub. Nie spotkało się to jednak z ciepłym przyjęciem zainteresowanych, stosowna partia nie powstała, przez lata jednak tworzyła się niejako w zastępstwie specyficzna polityka Gdańska. Najlepiej oddał ją w słowach (a ja, naiwny, nie do końca w to wtedy wierzyłem) mój trójmiejski znajomy, tłumacząc mi, że władze tego miasta prowadzą taką politykę, nie tylko historyczną, ale właściwie każdą, jakby Gdańsk znajdował się jedynie pod tymczasowym zarządem polskim. A były to czasy, gdy Platforma rządziła jeszcze w skali kraju, więc nie było potrzeby emocjonalnej ucieczki przed PiS w rojenia o rzekomej świetności wolnego miasta. Potem proces przyspieszył, przywracano elementy szemranego dziedzictwa, również kosztem polskiej pamięci, wreszcie wiceprezydent zrównał odpowiedzialność Polaków i Niemców za 1 września 1939 roku, by na finał niemiecka wycieczka radośnie odśpiewała swoją ludowa piosenkę, która dla wielu Polaków była przed laty ostatnią usłyszaną w życiu muzyką.
Tymczasem jednak w 2019 roku pojawił się program radykalnej decentralizacji, faktycznie zaś dekompozycji państwa, oddający samorządom większość kompetencji centrum, a państwo zostawiając w roli tymczasowej fasady. Dokument firmował prof. Dudek, a na sztandary wzięły go liczne liberalne organizacje i samorządy. Warto do niego wrócić, bo kto wie, może za chwilę będziemy mieli 16 ciągnących w różne strony Gdańsków, a powstałym bałaganem ktoś na pewno chętnie się zaopiekuje zza jednej lub drugiej, mocno fikcyjnej już wtedy, granicy.