Marsz Niepodległości jako impreza o statusie państwowej przeszedł przez Warszawę. Nie spalono nikomu mieszkania, nie zdewastowano empiku, nie zaatakowano skłotu ani nie wyrwano świeżo posadzonych drzewek. I to w kontekście aktualnej sytuacji politycznej powinno nas najbardziej martwić” – pisał rok wcześniej Przemysław Witkowski na łamach portalu Krytyki Politycznej, budząc swym zarzutem pewną wesołość uczestników imprezy.
Główna myśl Witkowskiego była jednak taka, że marsz z wydarzenia antysystemowego stał się w pewnym sensie projektem systemowym, a na pewno w pewien sposób wpisanym w aktualny prawicowo-konserwatywny system narracyjny, tworzony przez rządy Zjednoczonej Prawicy. Na potwierdzenie swych słów Witkowski cytował zresztą krytyków marszu nie tylko z lewej, lecz także z prawej strony.
Z obywatelskiego poruszenia serca
Zostawiając jednak zmartwienia autora Krytyki Politycznej, można stwierdzić, że i kolejna edycja potwierdziła do pewnego stopnia tę konkluzję i to bez oficjalnego patronatu ważnych instytucji państwowych. Państwo było przecież i tak w dużym stopniu partnerem środowisk organizujących imprezę i nie chodzi tu o tak chętnie nagłaśniane w celu straszenia odbiorców liberalnego przekazu relacje Roberta Bąkiewicza z PiS, ale o wykazywaną przez odpowiedzialnych za bezpieczeństwo najwyższych urzędników obawę, że w obecnej sytuacji geopolitycznej tak wielkie zgromadzenie ludzi łatwo może stać się celem prowokacji. Już nie ze strony krajowych przeciwników narodowców, ale Rosji.
Gdy rządzi prawica, marsz, choć nie zawsze i nie w pełni jej władzy przychylny, przez rząd traktowany jest jako wielkie patriotyczne wydarzenie. Naturalny i nieodzowny element krajobrazu obywatelskich i patriotycznych aktywności Polaków i szerzej, wszystkich mieszkańców Polski, chcących tego dnia zamanifestować radość z kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości.
Strona liberalna z kolei marsz zawsze traktowała jako akt wobec niej wrogi i groźny, co do 2015 r. regularnie pokazywały konfrontacyjny sposób zabezpieczania imprezy, a niemal do ostatnich dni przed edycją tegoroczną administracyjno-sądowe szykany prowokowane przez władze miasta stołecznego Warszawa. Ten strach i zarazem instrumentalizacja w celu straszenia mają wymiar międzynarodowy, co widzimy w corocznych obowiązkowych publikacjach o „marszu faszystów”, „nazistowskich symbolach”, „skrajnej prawicy” i wszystkim, co spędza sen z powiek liberalnego Europejczyka i jego przyjaciela zza oceanu.
Głos sprzeciwu wobec III RP
Największym paradoksem w historii Marszu Niepodległości jest to, że chyba właśnie ten strach zadecydował o masowości tej imprezy. Przed 2009 r. było to bowiem wydarzenie niszowe, można by powiedzieć, że subkulturowe. Swoje początki miało jeszcze w latach 90., gdy sprowadzało się czasem do rozłożonej w czasie ulicznej zadymy antyfaszystowskich punków i członków organizacji lewicowych z jednej strony i nacjonalistycznych skinów z drugiej, demonstrujących odpowiednio 9 i 11 listopada. Imprezy, które dziś nazwano by lewackimi, straciły na znaczeniu, gdy na kilka lat spadło zainteresowanie bardziej politycznymi subkulturami, a obchody rocznicy Nocy Kryształowej próbowali wykorzystać politycy organizacji w rodzaju Unii Pracy, zniechęcając tym samym wrogich klasie politycznej anarchizujących punkowców czy anarchosyndykalistów.
Impreza narodowa również traciła swój subkulturowy, skinowski charakter w ramach upolityczniania się i doroślenia (dosłownie i w przenośni) całego środowiska. Jednak szersze zainteresowanie zdobyła w 2009 r., gdy organizowana przez lewicowe środowiska artystyczne blokadę wypromowała i rozdmuchała „Gazeta Wyborcza”. Interwencja Czerskiej w pewnym stopniu, być może nawet decydującym, zmieniła marsz w to, czym pozostał on dla wielu uczestników do dziś.
„Marsz, marsz, Polska to jedno/Marsz przeciw prasie, przeciw mediom” – śpiewał kilka lat temu w utworze „Marsz przeciw mediom” Karat MN, patriotyczny raper z warszawskiej Pragi. Karat znakomicie uchwycił i pokazał w swoim tekście (a także w towarzyszącym mu teledysku), czym stał się i pozostał również po 10 latach od nagrania utworu Marsz Niepodległości. To demonstracja już nie aktywnych w kilku niszowych wówczas organizacjach nacjonalistów, ale wielki głos sprzeciwu wobec medialnych i politycznych elit III Rzeczypospolitej, symbolizowanych przede wszystkim przez „Gazetę Wyborczą” i TVN. Stację telewizyjną załamującą ręce nad faszystowskim hasłem „Bóg, honor i ojczyzna” wznoszonym przez uczestników.
Zderzenie światów pod Biało-Czerwoną
Tym samym marsz stał się być może najszerszą i najbardziej pojemną pod względem idei, motywacji i prezentowanych zachowań imprezą w historii Polski po 1989 r. Na swój sposób podobną do manifestacji wszystkich niezadowolonych, jakie skupiały młodzież – od anarchistów, przez wszystkie dopiero co wychodzące z podziemia organizacje i organizacyjki, do narodowców w latach 1989–1990 – które skończyły się jednak dużo szybciej niż niezadowolenie.
Spójrzmy na kluczowy dziś wątek ukraiński. W marszu, który przeszedł ulicami stolicy w ubiegły piątek, miejsce znalazło się i dla rozumiejących potrzebę współpracy z Ukrainą, i dla tych, którzy nie będąc przeciwnikami dzisiejszej Ukrainy, akcentują potrzebę rozliczenia bardziej ponurych kart historii.
W poprzednich latach wielu szokowały hasła na temat „Białej Europy” środowiska autonomicznych nacjonalistów, chętnie nagłaśniane przez media, jak dziś hasła obecnego też Grzegorza Brauna, jako symbol i przekaz całej imprezy, a przecież wobec niej odrębne. To specyfika tego miejsca i czasu, dla osób znających je tylko z mediów trudna do zrozumienia, ponieważ całkowicie wyjątkowa.
W marszu idą przecież kluby „GP” i politycy Zjednoczonej Prawicy, a przecież i upraszczające na siłę rzeczywistość hasło „PiS PO jedno zło” znajduje tu swoich admiratorów. Idąc przez most Poniatowskiego, można było uczestniczyć w różańcu lub skandować nienadające się do cytowania hasła na temat TVN i Donalda Tuska.
„Zderzenie światów”, chciałoby się napisać, a to właśnie współistnienie światów pod biało-czerwoną flagą i przeciw obozowi polityczno-medialnemu, który bardzo chciałby, by tego dnia świętowanie ograniczyło się do różowych baloników i czekoladowych orłów.
Senny koszmar mainstreamu
I tu mamy więc kolejny paradoks – wydarzenie będące w oczach przeciwników symbolem i manifestacją polskiej zaściankowości, nietolerancji i kulturowego zamknięcia się na wszelką różnorodność, samo w sobie okazuje się właśnie najbardziej (chciałoby się powiedzieć nawet „aż za bardzo”, ale to przecież właśnie ta specyfika 11 listopada w Warszawie) inkluzywną imprezą w całorocznym kalendarzu polskich świąt. Imprezą, podczas której niemal bez zgrzytów czy słownych utarczek wspólnie potrafią iść ludzie, którzy często w żaden inny dzień nie mogli i nie chcieli iść razem. To przecież czarny sen autorytetów moralnych i ich medialnych wychowanków.
Dominujący przekaz przez lata pozostaje ten sam. Patriotyzm, konserwatyzm, przywiązanie do religii, a z drugiej strony sprzeciw tak celnie ukazany przez przywołanego już Karata. W tej marszowej poetyce zmieniają się jedynie akcenty, czułe na naciski z zewnątrz. Wrócił Tusk – więcej Tuska w hasłach. Wzmaga się napór ze strony Brukseli, to też zaznacza się w hasłach, zwłaszcza tych ze sfery obyczajowej. Media skutecznie lansują zachowania patologiczne jako sposób na życie – na moście przy stadionie powiewa banner z uczestnikami gal „fame MMA”, w tym oczywiście dwójka lewicowych minicelebrytów jako ostrzeżenie przed upadkiem zasad. Obok wisi kukła Putina – jakoś niechętnie pokazywana przez tych, którzy wbrew rozsądkowi stu tysięcy idących chcą dorobić prorosyjską gębę i zapisać ich do stronników Brauna.
Każdy Marsz Niepodległości jest więc zarazem polskim świętem i koszmarem sennym III RP. Czy jednak tak samo będzie również za rok, zastanowimy się w drugiej części tekstu poświęconej zagrożeniom, które już podczas tej edycji dały o sobie znać.